Mazowiecki Zarząd Wojewódzki Związku Żołnierzy Wojska Polskiego
  ARCHIWUM
 


       

Szanowni Prezesi,
Szanowni Członkowie, Koledzy i Koleżanki ,
przyjaciele i sympatycy
naszej Organizacji Mazowieckiej.

              W  39 rocznicę powołania Związku Żołnierzy Wojska Polskiego w imieniu Mazowieckiego Zarządu Wojewódzkiego ZŻWP, składam Wam serdeczne Życzenia zdrowia i pomyślności oraz dziękuję za poniesiony trud i zaangażowanie w działalność  Związkową.

         Życzymy Wam zdrowia, umacniania więzi rodzinnych
i koleżeńskich,
inwencji twórczej oraz satysfakcji z dobrze spełnionego obowiązku wobec Ojczyzny.

                    Prezes
           Mazowieckiego Zarządu Wojewódzkiego
   ppłk w st.spocz. Artur Malinowski

Zaskoczenie. Myśliwce F-35 mogą trafić do Polski już w 2024 r.

 

Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak potwierdził, że zakup niewykrywalnych dla radarów samolotów bojowych jest coraz bardziej realny. Amerykanie zasugerowali nawet, że F-35 mogłyby trafić do Polski już w 2024 roku.

Stany Zjednoczone potwierdziły, że rozważają możliwość sprzedaży myśliwców F-35 pięciu krajom sojuszniczym: Polsce, Rumunii, Grecji, Hiszpanii i Singapurowi.

"Skoro strona USA mówi o tym publicznie to znaczy, że zakup samolotów F-35 może być przyśpieszony" - ocenił na Twitterze minister obrony Mariusz Błaszczak.

"Cieszę się z tej informacji" - dodał szef resortu i podkreślił, że negocjacje w sprawie zostały już rozpoczęte. "Przygotowałem podstawy prawne i finansowe, aby nabyć przynajmniej 32 samoloty V generacji" - zaznaczył

Stany Zjednoczone rozważają rozszerz. sprzedaży myśliwców F-35 do 5 nowych krajów, w tym Polski – tak wynika z pisemnego raportu przedst. Departamentu Obr. M. Wintera dla Izby Reprezentantów, do którego dotarła agencja Reuters

Tureckie zamieszanie

Eksperci podkreślają, że przyspieszenie rozmów ze strony USA może mieć związek z decyzją tureckiego rządu o zakupie rosyjskiego systemu rakietowego S-400.

- W oczekiwaniu na jednoznaczną decyzję Turcji rezygnacji z systemu S-400, dostawy związane ze zdolnością operacyjną samolotów F-35 do tego kraju zostały wstrzymane – poinformował rzecznik Pentagonu

Teraz wiceprezes producenta samolotów F-35 (firmy Lockheed Martin) zapowiedział, że pierwsze dostawy tych nowoczesnych maszyn do Warszawy są możliwe już w 2024 roku.

 

Źródło: TVP Info



Więcej US Army w Polsce

    

26.03.2019 r

W Polsce stacjonuje 5,5 tys. żołnierzy USA. Przerzucane są samoloty i czołgi.

W poniedziałek Siły Powietrzne USA przerzuciły do Polski myśliwce F-15E Strike Eagle, które na co dzień stacjonują w brytyjskiej bazie Lakenheath. Samoloty przyleciały do Powidza, aby wziąć udział we wspólnych ćwiczeniach z pilotami polskich samolotów – poinformowała Ambasada USA w Warszawie.

W ostatnich dniach Amerykanie znacznie zwiększyli swoją obecność w Polsce. Ćwiczyli szybki przerzut wojska i sprzętu.

Z informacji, które w poniedziałek uzyskaliśmy z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych wynika, że w Polsce stacjonuje ok. 6 tysięcy żołnierzy z krajów NATO, w tym aż 5,5 tysiąca z USA.

„Ćwiczenia tego typu doskonalą kolektywną gotowość, umacniają relacje z sojusznikami w NATO i krajami partnerskimi oraz dowodzą zaangażowania USA na rzecz regionalnego bezpieczeństwa" – tak ambasada USA tłumaczy przelot samolotów do Polski.

Niemal równolegle Amerykanie wysłali nad Bałtyk, Polskę oraz Litwę bombowce strategiczne B-52. Lotniskiem macierzystym jest baza Barksdale w Luizjanie (USA). W czasie europejskich ćwiczeń B-52 stacjonują w Fairford w Wielkiej Brytanii.

W czasie kilku przelotów nad Bałtykiem dwa razy samoloty te zostały przechwycone przez rosyjskie myśliwce.

W tym samym czasie 1500 żołnierzy amerykańskich z Fort Bliss w Teksasie zostało przesuniętych do Polski. Przylecieli samolotami do Berlina, a następnie pojechali do Drawska Pomorskiego. Na poligon ten zostało wysłanych 700 jednostek sprzętu bojowego z magazynów w holenderskim Eygelshoven. Przetransportowano m.in. amunicję, działa, czołgi.

Z komunikatu US Army wynika, że żołnierze ci w ramach ćwiczeń zarządzonych przez sekretarza obrony USA Patricka Shanahana zostali w trybie alarmowym wysłani do wzmocnienia wschodniej flanki NATO. Przez kilka tygodni będą trenować w Drawsku wspólnie z polskimi żołnierzami.

WIĘCEJ WOJSKA

Od kilku miesięcy trwają rozmowy na temat zwiększenia liczby żołnierzy amerykańskich w Polsce, a także zmiany formuły ich stacjonowania z rotacyjnej na stałą. Decyzje w tej sprawie najpewniej zapadną wczesną jesienią.

Chociaż w przestrzeni medialnej pojawia się określenie Fort Trump, w rzeczywistości nie powstanie całkowicie nowa baza wojskowa. Rozbudowana zostanie infrastruktura już istniejąca.

Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że liczba żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Polsce na stałe zostanie zwiększona o ok. 1,3 tys. (teraz rotacyjnie stacjonuje ich ok. 4,5 tys.).

Już teraz ze środków NATO powstają nowe magazyny na uzbrojenie i amunicję, składy paliw, wzmacniane są rampy kolejowe przy poligonach, a także odnawiane pasy lotnisk wojskowych.

– Celem jest zwiększenie możliwości przerzutu wojsk, wzmacniana jest m.in. infrastruktura w okolicach Żagania – opisuje nam oficer, który zna kulisy rozmów.

W tej chwili żołnierze amerykańscy stacjonują w kilkunastu miejscach w Polsce. Np. wojska specjalne w Krakowie, siły powietrzne w Powidzu, stopniowo uzbrajana jest baza rakietowa w Redzikowie (są w niej zlokalizowane elementy systemu radarowego śledzenia pocisków, a także silosy gotowych do odpalenia rakiet SM-3 Block IIA, baza ma osiągnąć gotowość w 2020 r. ).

NOWA INSTALACJA W POWIDZU

Kilka dni temu sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg zapowiedział powstanie dużego magazynu sprzętu wojskowego w Powidzu koło Poznania. W „Wall Street Journal" zapowiedział, że jego budowa ruszy za kilka miesięcy i potrwa dwa lata. Ma tam być przechowywany sprzęt dla brygady pancernej. Podobne magazyny zlokalizowane mają być w Niemczech, Belgii i Holandii. Koszt inwestycji to 260 mln dol. (miałaby być finansowana w ramach NATO Security Investment Programme – NSIP)

– Do 2021 roku NATO zamierza zakończyć około 250 projektów infrastrukturalnych w całej Europie w celu poprawienia zdolności lotnisk, portów, tras kolejowych i dróg do transportowania i przyjmowania ciężkiego sprzętu – stwierdził sekretarza generalny NATO.

Źródło: rp.pl

 




"Kraby" już w polskiej armii.

22.03.2019 r.

Zakontraktowana jeszcze w 2016 roku dostawa nowego uzbrojenia dla polskiej armii nareszcie trafia do swojego końcowego właściciela. Polska Grupa Zbrojeniowa poinformowała o wyprodukowaniu pierwszych armato-haubic Krab, przy których produkcji pomagał Samsung.

Hutę Stalowa Wola nareszcie opuściły pierwsze elementy Dywizjonowego Modułu Ogniowego "Regina”, które polski rząd zakontraktował jeszcze w 2016 roku na sumę 4,6 mld złotych. W skład każdego modułu wchodzą 24 samobieżne armato-haubice Krab, a także 3 wozy dowódczo-sztabowe, 8 wozów dowódczych różnego szczebla, 6 wozów amunicyjnych i wóz remontu uzbrojenia i elektroniki. W sumie do 2024 roku Huta Stalowa Wola ma wyprodukować cztery takie komplety pojazdów, więc jak łatwo policzyć ostatecznie do polskiej armii ma trafić 96 nowych armato-haubic:

Pierwsze osiem Krabów, które opuściło hutę, oznacza oficjalne zakończenie problematycznej budowy tego pojazdu mającego zastąpić działa samobieżne Goździk. Goździki nie spełniają już bowiem standardów NATO i to nawet pomimo prób ich modernizacji. Z kolei Kraby miały być początkowo były wyposażone w podwozia produkowane przez ZM Bumar-Łabędy, ale po licznych usterkach zdecydowano się postawić na podwozia K9 koreańskiej firmy Samsung Techwin, której spółką-siostrą był swego czasu doskonale znany nam koreański, elektroniczny gigant Samsung.

 

Źródło: internet



Będzie więcej żołnierzy US Army w Polsce

27.02.2019 r.

 

Obecność wojsk amerykańskich w Polsce zostanie zwiększona - potwierdził szef MON - Mariusz Błaszczak. Niewykluczone, że w Wielkopolsce powstanie także kwatera dla amerykańskiego generała.

  



Umowa na zakup wyrzutni HIMARS podpisana.

16.02.2019

W Warszawie podpisano polsko-amerykańską umowę na dostawę zestawów artylerii rakietowej dalekiego zasięgu HIMARS. W uroczystości udział wzięli m.in. prezydent Andrzej Duda i wiceprezydent USA Mike Pence.

Podpisanie umowy na dostawę wyrzutni HIMARS (z ang. "homary") przeprowadzono podczas spotkania obu polityków z polskimi i amerykańskimi żołnierzami, na terenie 1. Bazy Lotnictwa Transportowego w Warszawie. Obecni byli. in.: prezydent Andrzej Duda,  wiceprezydent USA Mike Pence, minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak. 

Podczas uroczystości prezydent Andrzej Duda stwierdził, że podpisanie umowy zapewni bezpieczeństwo nie tylko Polsce, ale całemu regionowi. Dostarczenie wyrzutni wpisuje się w program modernizacji armii. 

Mariusz Błaszczak,  szef resortu obrony, potwierdził zawarcie umowy na dostawę wyrzutni rakietowych HIMARS swoim podpisem. Wyraził też przekonanie, że "dzisiejszy dzień zapisze się w historii wojska polskiego". Zapewniał, że dzięki amerykańskiego systemowi rakietowemu nasz kraj będzie bezpieczny. Powiedział, że HIMARS zwiększy bezpieczeństwo naszego kraju, zwiększy zdolności bojowe naszej armii, a dzięki tej broni wschodnia flanka NATO będzie zabezpieczona.

System HIMARS pozwala na rażenie wybranych celów na odległość do 300 kilometrów. Wartość umowy wynosi 414 mln dolarów. Składa się z 18 zestawów, 16 bojowych, dwóch ćwiczebnych. Dostawy mają być realizowane do 2023 roku.

Czym jest HIMARS?

Zadaniem wieloprowadnicowych wyrzutni HIMARS będzie wsparcie ogniowe poprzez wykonywanie głębokich uderzeń amunicją rakietową precyzyjnego rażenia, naprowadzaną za pomocą systemów nawigacji inercyjnej i satelitarnej. Amunicja stosowana w wyrzutniach HIMARS pozwala prowadzić ogień w obszarze działań taktycznych - do 70 km i operacyjnych - do 300 km.

System ma służyć do rażenia wybranych celów, takich jak kluczowe obiekty o znaczeniu militarnym, elementy logistyczne i dowodzenia, elementy ugrupowania bojowego pododdziałów przeciwlotniczych oraz artylerii naziemnej. To kolejny element, po wprowadzeniu samobieżnych armatohaubic Krab i moździerzy samobieżnych Rak, modernizacji wojsk rakietowych i artylerii.ródło

Źródło: internet

 

 



Waloryzacja emerytur i rent niższa niż szacował rząd

Na poniedziałkowe dane GUS czekało 9 mln polskich emerytów i rencistów, którzy od 1 marca mają otrzymać waloryzację świadczeń. O jej wysokości decydują dwa wskaźniki: inflacja w gospodarstwach emeryckich (czyli podwyżki cen towarów, które kupują głównie emeryci) i nie mniej niż 20 proc. realnego wzrostu płac (czyli podwyżki, które dostają pracownicy) z roku poprzedzającego waloryzację. W styczniu GUS ogłosił, że inflacja emerycka wyniesie 1,8 proc.

Aby wyliczyć podwyżkę, potrzebne były jeszcze dane o wzroście wynagrodzeń. Wczoraj GUS podał, że wzrost osiągnął 5,3 proc.

Jaka podwyżka dla emerytów

Waloryzacja niestety będzie niższa niż szacował rząd. W założeniach budżetowych prognozował, że wyniesie 3,26 proc.

Ostatecznie osiągnie 2,86 proc. Składa się na to 1,8 proc. inflacji i 1,06 proc. wzrostu płac (20 proc. z 5,3 proc.).

Bez zmiany zasad najbiedniejsi emeryci dostaliby 30-40 zł (brutto) więcej.

Na czym polega zmiana

Rząd z góry ustalił, że każdy dostanie podwyżkę o wskaźnik inflacji i 20 proc. wzrostu płac, czyli o 2,86 proc.

Jednocześnie zapisał w projekcie ustawy, że podwyżka ma wynieść przynajmniej 70 zł. Chce w ten sposób pomóc najbiedniejszym seniorom.

Zmiana oznacza, że na nowych zasadach zyskają wszyscy, których świadczenie nie przekracza 2448 zł.

– W sumie na zmianach skorzysta ok. 6,5 mln emerytów i rencistów, w tym ok. 70 proc. emerytów i rencistów pobierających świadczenia z ZUS, 100 proc. emerytów i rencistów pobierających świadczenia z Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, ok. 20 proc. świadczeniobiorców ze służb mundurowych oraz 100 proc. osób pobierających renty socjalne oraz zasiłki i świadczenia przedemerytalne – mówi dr Łukasz Wacławik, specjalista ds. ubezpieczeń społecznych.

Koszt waloryzacji w 2019 r. miał pierwotnie wynieść 6,86 mld. Po zmianie zasad będzie to ok. 1 mld zł więcej.

Kto dostanie więcej niż 70 zł

Wszyscy, którzy mają dziś świadczenie powyżej 2448 zł, dostaną 2,86 proc. podwyżki – więcej niż 70 zł.

W przypadku najniższej emerytury i najniższej częściowej renty będą obowiązywać inne podwyżki niż dla pozostałych seniorów.

Rząd ustalił, że:

- najniższa emerytura i renta, a także najniższa renta rodzinna i renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy oraz renta rolnicza wzrosną z 1029,80 zł do 1100 zł (czyli o 70,20 zł);

- najniższa renta z tytułu częściowej niezdolności do pracy wzrośnie z 772,35 zł do 825 zł (czyli o 52,65 zł).

Dodatki po waloryzacji

Wszystkie dodatki będą waloryzowane o 2,86 proc.:

- dodatek pielęgnacyjny, dodatek za tajne nauczanie (215,84 zł) wzrośnie o 6,17 zł;

- dodatek pielęgnacyjny dla inwalidy wojennego całkowicie niezdolnego do pracy i samodzielnej egzystencji (323,76 zł) wzrośnie o 9,26 zł;

- dodatek kombatancki (215,84 zł) wzrośnie o 6,17 zł.

Historia waloryzacji

W przeszłości zmieniano już zasady waloryzacji. Kwotową wprowadzono w 2012 r. za rządów PO-PSL. Wszyscy dostali wtedy po 71 zł.

 

Kwota wolna od podatku w górę

W marcu emerytów czeka jeszcze podwyżka związana ze zmianą wysokości kwoty wolnej od podatku. Kwota była podnoszona dwa razy. W 2017 r. wzrosła z 3091 zł do 6000 zł rocznie. W 2018 r. została podniesiona do 8000 zł.

Emerytura dla matek, dyskryminacja ojców.

Od marca każda kobieta, która urodzi i wychowa przynajmniej czwórkę dzieci, zdobędzie prawo do emerytury minimalnej.

Obecnie, aby dostać przynajmniej emeryturę minimalną, kobieta musi pracować i odprowadzać składki przez 20 lat (mężczyzna pięć lat dłużej).

Na świadczenie mogą liczyć „matki, które urodziły i wychowały albo wychowały co najmniej czworo dzieci”.

Emeryturę będzie można pobierać po osiągnięciu wieku emerytalnego – czyli 60 lat w przypadku kobiet i 65 lat w przypadku mężczyzn.

 

Źródło: gazeta.pl

 

 



Mundurowi sprzed 1999 r. po przejściu do cywila płacą składki do ZUS bez prawa do świadczenia. Może się to zmienić.

24.01.2016 r

Sąd Najwyższy wydał w czwartek wyrok, który może być długo wyczekiwaną rewolucją dla dziesiątek, jeśli nie setek tysięcy emerytowanych żołnierzy, policjantów i funkcjonariuszy innych służb państwowych, którzy na wspólnych zasadach mają wyliczane emerytury. Problem w tym, że wszyscy ci, którzy zaczęli służbę przed 1999 r., po odejściu do cywila mają prawo tylko do jednej emerytury, nawet gdy po zdjęciu munduru zatrudnili się już jako pracownicy i latami opłacali składki do ZUS.

SN stwierdził, że mogą oni być nierówno traktowani w stosunku do mundurowych, którzy służbę zaczęli 1 stycznia 1999 r. Młodsze roczniki po odejściu ze służby mogą bowiem wypracować drugą emeryturę z ZUS i pobierać oba świadczenia równolegle.

– Jeżeli Sąd Najwyższy uważa, że prawo powinno być jednakowe dla wszystkich, to jesteśmy jak najbardziej za tym – mówi komandor Wiesław Banaszewski, przewodniczący konwentu dziekanów korpusu oficerów zawodowych. – Większość wojskowych stara się wypracować pełną wysługę lat, aby otrzymać jak najwyższą emeryturę. Gdy odchodzą ze służby w wieku 50–60 lat, są w pełni aktywni i starają się szukać pracy na rynku cywilnym.

TRUDNY WYBÓR

Korzystny dla mundurowych wyrok zapadł w sprawie emerytowanego wojskowego, który przez prawie 25 lat służył w wojskach lotniczych. Po odejściu ze służby przepracował kolejne 23 lata. Prowadził własną działalność, ale głównie pracował w tym czasie na etacie. Na koncie ZUS uzbierał przeszło 350 tys. zł składek.

Gdy w 2015 r. uzyskał wiek emerytalny, złożył papiery do ZUS z wnioskiem o wyliczenie cywilnej emerytury. Zakład wyliczył mu 1800 zł świadczenia, jednak zawiesił jego wypłatę na podstawie art. 95 ustawy o emeryturach i rentach z FUS. Ten przepis mówi, że osoby przyjęte do służb mundurowych przed 1 stycznia 1999 r. mogą pobierać w takim przypadku tylko jedno świadczenie – wyższe lub wybrane przez ubezpieczonego.

Wojskowy nie zgodził się z decyzją ZUS i złożył odwołanie do sądu. Zarówno w pierwszej, jak i drugiej instancji sądy powszechne wydały dla niego niekorzystne wyroki, odmawiające prawa do wypłaty drugiego świadczenia.

Wszystko się zmieniło, gdy sprawa dotarła do Sądu Najwyższego.

– W praktyce okazało się, że kilkaset tysięcy złotych składek zebranych przez ubezpieczonego na koncie w ZUS nie ma żadnego wpływu na wysokość jego świadczenia – tłumaczył Sławomir Lisiecki, warszawski adwokat podczas rozprawy przed SN. – Uważam, że art. 95 ustawy o emeryturach i rentach nie zawęża kręgu uprawnionych, tylko określa zasady przyznawania i wypłaty tych świadczeń.

NIERÓWNE TRAKTOWANIE

Sąd Najwyższy w wyroku z 24 stycznia 2019 r. podzielił argumenty skargi kasacyjnej odwołujące się do zapisanego w art. 32 Konstytucji RP obowiązku równego traktowania obywateli.

– Zasadniczy problem w tej sprawie to odkodowanie pojęcia emerytura wojskowa – tłumaczyła Romualda Spyt, sędzia SN.

SN wyszedł z założenia, że zróżnicowanie w traktowaniu emerytów wojskowych wynika z różnych zasad doliczania cywilnego stażu pracy do świadczenia mundurowego. Wojskowi, którzy przystąpili do służby przed 1 stycznia 1999 r., mogą sobie w ten sposób powiększać świadczenie mundurowe, ale przez to nie mają możliwości pobierania dwóch świadczeń. Ci, którzy do służby weszli po 1998 r., nie mogą już doliczać stażu cywilnego, ale jeśli po przejściu do cywila uzbierają dodatkowe składki w ZUS, mają prawo do pobierania dwóch świadczeń.

– SN doszedł do przekonania, że nie wszyscy, którzy przystąpili do służby przed 1999 r., mają możliwość doliczania cywilnego stażu do świadczenia mundurowego – zauważyła sędzia Spyt.

Tak też było w tym przypadku. Wojskowy dostał świadczenie w maksymalnej wysokości 75 proc. swojego ostatniego uposażenia, nie miał więc możliwości doliczenia cywilnego stażu pracy.

SN uznał, że sytuacja takich osób jest identyczna z sytuacją tych, którzy przystąpili do służby po 1 stycznia 1999 r. Powstało więc pytanie, czy art. 95 ust. 2 ustawy o emeryturach i rentach z FUS nie narusza konstytucyjnej zasady równości. Odpowiedzią na nie zajmie się Sąd Apelacyjny w Łodzi, do którego wróci sprawa emerytowanego wojskowego.

Sygnatura akt: I UK 426/17

OPINIA DLA „RZECZPOSPOLITEJ"

dr Tomasz Lasocki  z Katedry Ubezpieczeń na Uniwersytecie Warszawskim

Wynikająca z obecnie obowiązujących przepisów możliwość pobierania dwóch świadczeń przez mundurowych, którzy przystąpili do służby po 1 stycznia 1999 r., wynika z tego, że na przełomie lat 90. i pierwszej dekady XXI wieku przez kilka lat byli w powszechnym systemie emerytalnym. Wywalczyli sobie jednak powrót do poprzednich, korzystniejszych zasad liczenia ich świadczeń. Jeśli utrwali się pogląd wyrażony w wyroku Sądu Najwyższego, spodziewam się, że będzie potrzebna interwencja ustawodawcy, która może się skończyć pozbawieniem wszystkich mundurowych pobierania dwóch świadczeń, a nawet powrotem do pomysłu na włączenie mundurowych do powszechnego systemu emerytalnego. Trzeba bowiem brać pod uwagę możliwie wysoki dla państwa koszt wypłaty drugiej emerytury dla mundurowych.

 

Źródło: rp.pl



Paweł Adamowicz nie żyje. Prezydent Gdańska miał 53 lata.

 14.01.2019 r.

Adamowicza zaatakował mężczyzna, który wbiegł na scenę tuż przed "światełkiem do nieba" i kilka razy ugodził prezydenta nożem.

"Halo! Halo! Nazywam się Stefan, siedziałem niewinny w więzieniu, siedziałem niewinny w więzieniu. Platforma Obywatelska mnie torturowała, dlatego właśnie zginął Adamowicz" - krzyczał ze sceny do mikrofonu.

Prezydent został przewieziony do szpitala klinicznego Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Jego stan był bardzo ciężki, po godzinie 21 rozpoczęła się operacja, która trwała ponad pięć godzin.

Sprawcą ataku na prezydenta Pawła Adamowicza jest 27-letni Stefan W. Mężczyzna jest dobrze znany organom ścigania. W 2014 roku został skazany za serię napadów na oddziały SKOK i placówkę Credit Agricole.

Kim był Paweł Adamowicz?

Paweł Adamowicz był gdańskim prawnikiem, samorządowcem i politykiem. Przez ponad 20 lat nieprzerwanie sprawował urząd prezydenta miasta Gdańska.

Podczas 27. Finału WOŚP został na scenie zaatakowany i kilkukrotnie dźgnięty nożem. Zmarł po operacji w szpitalu klinicznym Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Paweł Adamowicz urodził się w Gdańsku w 1965 roku. Gdy w sierpniu 1980 roku wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej - który wkrótce rozprzestrzenił się na całą Polskę i doprowadził do powstania "Solidarności" - 15-letni Adamowicz aktywnie włączył się w działalność opozycyjną.

Cztery lata później, w 1984 roku Adamowicz dostał się na prawo na Uniwersytecie Gdańskim. Był wydawcą i drukarzem podziemnych pism studenckich "Jedynka" i "ABC".

Działalność opozycyjna w PRL

Rok przed ukończeniem studiów, w 1988 roku Adamowicz współorganizował strajk okupacyjny na swojej uczelni. Wtedy także został przewodniczącym studenckiego komitetu strajkowego. Współorganizował jedne z pierwszych jawnych stowarzyszeń opozyjnych w PRL, m.in.: Klub Myśli Politycznej "Dziekania" w Warszawie czy Gdański Klub Polityczny im. Lecha Bądkowskiego, Stowarzyszenie "Kongres Liberałów" i Gdańskie Stowarzyszenie Akademickie.

Po studiach Adamowicz rozpoczął pracę na Uniwersytecie Gdańskim. Między 1991 a 1993 rokiem działał w NSZZ "Solidarność" na tej uczelni. W 1996 roku ukończył aplikację radcowską w Gdańsku.

Adamowicz - polityk

Już jako 25-latek Paweł Adamowicz został wybrany na radnego Gdańska z ramienia Komitetu Obywatelskiego. Przez kolejne trzy lata działał w Kongresie Liberalno-Demokratycznym, a od 1994 roku przez cztery lata był przewodniczącym Rady Miasta Gdańska - jako działacz najpierw Partii Konserwatywnej, a później Stronnictwa Konserwatywno-Liberalnego.

Od 1998 roku - jako przedstawiciel AWS ponownie został radnym, później objął urząd prezydenta Gdańska. W 2001 roku Paweł Adamowicz zakładał gdańskie struktury Platformy Obywatelskiej.

W 2002 roku został wybrany na drugą kadencję w fotelu prezydenta Gdańska, tym razem w wyborach bezpośrednich. Od tego czasu co cztery lata z dużą przewagą zwyciężał w lokalnych wyborach prezydenckich.

Źródło: onet.pl



ANALIZA. Co Polskę i świat czeka w 2019 roku. Oto kluczowe problemy:

06.01.2019 r.

1.            Konflikt Warszawy z Brukselą zaostrzy się w 2019 roku

Świat odziedziczył tyle problemów po roku 2018, że w bieżącym wcale już nie muszą wybuchać jakieś nowe konflikty albo kryzysy, by trzymać nas w niepewności i napięciu – czeka nas chaotyczny brexit, nieprzewidywalne posunięcia Trumpa, a na naszym podwórku przewidywalne zaostrzenie konfliktu z Unią Europejską, by wymienić tylko kilka problemów odziedziczonych po starym roku.

Czeka nas kolejna z góry skazana na porażkę bitwa z Unią – grudniowa ustawa o cenach prądu otworzyła kolejny front walki z Brukselą, która zapewne uzna ją za niedozwoloną pomoc publiczną

·         Wiele wskazuje na to, że Wielka Brytania opuści Unię Europejską w kompletnym chaosie, który wstrząśnie nie tylko Wyspami, ale i poważnie zakłóci porządek w Europie

·         Donald Trump zapewne nie zatrzyma się w działaniach, które osłabiają gospodarkę i pokój na świecie, a przede wszystkim wewnętrzną stabilność Stanów Zjednoczonych

·         Wybory do Parlamentu Europejskiego pokażą czy tradycyjne partie są w stanie powstrzymać napór prawicowych ruchów populistycznych

·         Wybrana zostanie nowa Komisja Europejska – czy jej nowym przewodniczącym może zostać Angela Merkel?

W Brukseli w cichym okresie świątecznym pojawił się nowy pomysł – oto przewodnictwo następnej Komisji Europejskiej miałaby objąć Agela Merkel.

Niezależnie od tego jak realne są takie pogłoski, to widać w nich objaw marzenia unijnych polityków, dyplomatów i urzędników, by pojawił się jakiś zbawca. Polityk zdolny utrzymać jedność Wspólnoty na kontynencie coraz bardziej wstrząsanym przez populistów i niechętnych Unii przywódców, w rodzaju Donalda Trumpa czy Władimira Putina.

Na razie nic na taki rozwój wypadków nie wskazuje, bo pozycja pani Merkel uległa wprawdzie ostatnio osłabieniu, kiedy zrzekła się stanowiska szefowej swojej partii (Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej, CDU), ale aż do następnych wyborów do Bundestagu w 2021 roku, raczej nic jej nie zagraża na kanclerskim fotelu.

Jeśli już o wyborach mowa, to w tym roku czekają nas drugie co do wielkości wybory na świecie – majowe głosowanie na posłów do Parlamentu Europejskiego. Większe wybory (demokratyczne) mają tylko w Indiach.

Jak wyliczył Ran Heath, odbędzie się jeszcze osiem krajowych wyborów parlamentarnych (siedem w Unii plus Szwajcaria) oraz osiem wyborów prezydenckich (sześć w Unii oraz na Ukrainie i w Macedonii). Dojdzie też do wymiany najlepszych miejsc pracy w Unii – 27 nowych komisarzy, nowego prezes Europejskiego Banku Centralnego oraz nowego głównego unijnego dyplomaty.

A na koniec wisienka na torcie – wybrany zostanie następca (lub następczyni) Donalda Tuska na stanowisku przewodniczego Rady Europejskiej.

To twarde fakty. Więc teraz trochę spekulacji, choć w znacznej mierze opartych na twardych faktach – najpierw o tym co czeka Polskę na międzynarodowej arenie.

2.     Nowy spór Warszawy z Brukselą

Uchwalona w końcu grudnia ustawa o cenach prądu otwiera nowe pole bitwy z Brukselą i po raz kolejny ta bitwa jest nie do wygrania.

Wszelkie bowiem regulacje związane z finansowaniem przedsiębiorstw przez budżet państwa – a ustawa przewiduje kompensację za straty dla producentów energii wynikające z niepodwyższania cen za prąd – muszą być zgłaszane w Komisji Europejskiej, by ta mogła zdecydować czy nie zachodzi tu ewentualność niedozwolonej pomocy publicznej.

Rząd tego nie zrobił, a Bruksela już się tym zainteresowała. I łatwo przy tym przewidzieć jej wątpliwości czy przy realizacji ustawy nie dojdzie do niedozwolonej pomocy publicznej – zachodzi ona, kiedy wzrasta konkurencyjność wspomaganych przez państwo firm wobec firm, które takiego wspomagania nie otrzymają.

Można się spodziewać, że Bruksela zażąda zawieszenia ustawy, a jak wiemy z doświadczenia (przypadki wyrębu Puszczy Białowieskiej oraz wysłanych na emeryturę sędziów Sądu Najwyższego), władza najpierw będzie obstawać przy swojej racji, aż w końcu pod naciskiem – być może znów wspartym autorytetem Trybunału Sprawiedliwości – ulegnie i zgodzi się wycofać ze swojego stanowiska.

Tymczasem już w marcu rzeczony Trybunał w Luksemburgu zajmie się skargą Komisji Europejskiej na ustawę o Sądzie Najwyższym i pytaniami prejudycjalnymi z polskich sądów w sprawie m.in. legalności wyboru i działań Krajowej Rady Sądownictwa. I raczej nie należy się spodziewać decyzji po myśli Prawa i Sprawiedliwości.

Równolegle z rozprawą w Trybunale toczy się już od ponad roku procedura z artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej, którą wszczęła Komisja zarzucając Polsce łamanie zasad państwa prawa przy okazji wdrażania reformy systemu sądowniczego.

Proces ten może teoretycznie doprowadzić do pozbawienia naszego kraju prawa do głosowania w głównych instytucjach unijnych i do odbierania pomocy finansowej. Jednak jak już widać jest to proces bardzo przewlekły, a poza tym raczej niemożliwe jest by w ogóle do tej ostateczności doszło: werdykt, że w Polsce mamy do czynienia z "poważnym i trwałym naruszeniem" podstawowych wartości unijnych wymaga jednomyślności wszystkich krajów członkowskich – Węgry już zapowiedziały, że będą przeciw.

3.     Unijny budżet

Wspomniane spory polityczno-prawnicze mogą mieć wpływ na wysokość funduszy unijnych, jakie zostaną przyznane Polsce w nowym długoletnim budżecie Unii na lata 2021-27.

Decydujący bój w tej sprawie odbędzie się zapewne jesienią, po tym jak po majowych wyborach ukonstytuują się nowe władze Unii.

Ogłaszając w zeszłym roku propozycję budżetu, Komisja zapowiedziała, że zechce uzależnić wypłaty przyszłych unijnych funduszy pomocowych od gwarancji, że system sądowniczy kraju przyjmującego takie fundusze jest uniezależniony od wpływu polityków. I co prawda Polska nie została tu wymieniona z imienia, to niewątpliwie Komisji chodziło o nas i o Węgry.

W urzędniczym slangu Unii propozycję nazwano rozporządzeniem "w sprawie ochrony budżetu Unii w przypadku uogólnionych braków w zakresie praworządności w państwach członkowskich". Lepiej, żeby nasz rząd zrozumiał ten język, bo kryje się za nim poważne finansowe zagrożenie.

Wielu co prawda twierdzi, że są małe szanse na przeprowadzenie tego projektu, bo sprzeciwią mu się inne kraje – zwłaszcza z naszej części Unii – obawiające się, że kiedyś taka "ochrona" może dotknąć także ich. Ale jeśli uprą się na to największe kraje Unii, czyli tzw. płatnicy netto, to ta zasada, nazwana już "zasadą praworządności" wejdzie w życie.

4.     Brexit bez umowy rozwodowej

Już za 12 tygodni czeka Unię rozwód z Wielką Brytanią i zanosi się na pasjonujące i dramatyczne widowisko, jakie zwykle serwują w mediach rozchodzący się celebryci. Tylko, że tym razem ekscytować się będą nie tylko pisma plotkarskie, bo rozwód ten dotknie nas wszystkich. I to boleśnie, nie wiadomo tylko jeszcze jak boleśnie.

Rząd Theresy May zdołał w listopadzie dogadać się z Brukselą w sprawie zasad brexitu, który nastąpi o północy 29 marca. Ta szczegółowa umowa, licząca 585 stron, umożliwia podjęcie rozmów o przyszłych stosunkach Wielkiej Brytanii z Unią Europejską i na te rozmowy strony zostawiły sobie czas w tak zwanym okresie przejściowym do końca 2020 roku.

Pani May nie ma jednak większości w parlamencie, by zatwierdzić tę umowę i zapewne czeka nas "dziki" brexit – w sobotę 30 marca Brytyjczycy obudzą się jako kraj obcy wobec Unii, bez umów regulujących handel, transport, zatrudnienie czy choćby współpracę w zwalczaniu terroryzmu.

Rząd w Londynie już planuje wystawienie 4500 żołnierzy do ochrony porządku na drogach wokół portów nad Kanałem La Manche, które zostaną zablokowane przez tiry – one będą stały, bo nie tylko nie będzie dość celników, żeby je odprawić, ale nie będą również znane stawki ceł jakimi należy obłożyć towary przez te tiry wiezione.

Podobnego bałaganu należy oczekiwać po kontynentalnej stronie Kanału – ale to tylko najbardziej fotogeniczny element kryzysu. Nie zapominajmy np. o miliardach euro, które nagle znikną z funduszy unijnych – a brytyjski netto wkład do budżetu Wspólnoty to około 10 miliardów, czyli niemal jedna dziesiąta całości.

Umowa o brexicie przewiduje, że Brytyjczycy mieliby zapłacić Unii swoiste alimenty, czyli regulować swoje zobowiązania zawarte w długoletnim budżecie, który trwa do roku 2020. Bez umowy tych pieniędzy nie ma.

5.     Wybory europejskie

Drugie co do wielkości wybory parlamentarne świata odbędą się w ostatnią niedzielę maja. Do obsadzenia jest 705 mandatów, w tym 52 z Polski.

Na razie prowadzony przez POLITICO ogólno-unijny sondaz wskazuje na to, że największe obecnie frakcje, czyli Europejska Partia Ludowa (EPP) – jej członkiem jest Platforma Obywatelska – oraz lewicowy Sojusz Socjalistów i Demokratów utrzymają swoje pozycje choć stracą po około jednej piątej mandatów.

Wszystkie te kalkulacje mogą jednak wziąć w łeb, jeśli nacjonalistom i populistom uda się stworzyć wspólny front – lider włoskiej skrajnej prawicy (a przy okazji wicepremier i najmocniejszy dziś polityk Włoch) Matteo Salvini będzie w środę o tym właśnie rozmawiał z Jarosławem Kaczyńskim w Warszawie.

Celem Salviniego, eurosceptyka, który otwarcie wspiera prezydenta Rosji Władimira Putina, jest utworzenie paneuropejskiego prawicowego sojuszu, opartego na jego partii Liga, francuskim Froncie Narodowym, Akcji dla Niemiec u naszych zachodnich sąsiadów i austriackiej Partii Wolności – ciekawe czy zapisze się do niego Prawo i Sprawiedliwość.

6.     Zagrożenia spoza Europy

Poza problemami wewnętrznymi, Europa będzie miała w tym roku kłopoty z innymi wielkimi graczami światowymi: Donaldem Trumpem i Władimirem Putinem.

Nasza najbliższa sąsiadka, Rosja, aktywnie wspiera wszelkie ruchy rozbijające Unię od środka i prowadzi działania wojenne na Ukrainie, kilkaset zaledwie kilometrów od unijnych granic. Na dodatek bez żenady wtrąca się w procesy wyborcze w poszczególnych krajach i nie należy oczekiwać, by w tym wielkim wyborczym roku miała nie skorzystać z okazji do rozgrywania swojego meczu.

Z kolei amerykański prezydent Donald Trump wydał światu wojnę handlową i wprowadził – lub za niedługo wprowadzi – zaporowe cła na wszystkie towary sprowadzane z Chin i na produkty europejskiego przemysłu hutniczego i motoryzacyjnego. Chiny i Unia nie pozostaną dłużne.

Oglądać też pewnie będziemy kolejne chaotyczne działania Trumpa w dziedzinie bezpieczeństwa – w ubiegłym roku była to nieuzgodniona z sojusznikami zapowiedź wycofania wojsk USA z Syrii i narastający sceptycyzm prezydenta wobec NATO. Do tego dochodzą np. rosyjskie groźby rozlokowania rakiet z głowicami nuklearnymi w obwodzie kaliningradzkim…

***

Na pocieszenie przypomnę, że według chińskiego kalendarza, od 5 lutego będziemy mieli Rok Świni – to zapowiada nowe pieniądze z nieznanych źródeł, bo świnka zawsze zdoła wywąchać trufle pod ziemią. Ważne jednak, żeby się przy tym nie pobrudzić.

 

Źródło: onet.pl



Zbliża się czas rozliczeń w MON

  03.01.2019 r  

W 2019 r. będziemy obserwowali deszcz obietnic rządu dotyczących zwiększenia potencjału sił zbrojnych. Czy będzie to tylko zaklinanie rzeczywistości?

Mijający rok zarządzania przez Mariusza Błaszczaka resortem obrony sprowadzał się do wygaszenia konfliktu na linii MON–Pałac Prezydencki, który zafundował obozowi władzy Antoni Macierewicz. Błaszczak starał się uporządkować resort po swoim poprzedniku i administrować nim. Jedyna znacząca decyzja dotyczyła umowy na zakup pierwszych elementów systemu obrony powietrznej i przeciwrakietowej Wisła. Ostatnie miesiące MON można określić zaś jako czas stagnacji.

Z analizy planów działalności ministra obrony narodowej na 2019 rok wynika, że w tym roku resort będzie realizował to, co zostało zaplanowane w poprzednich latach, a nie zostało dotychczas zrobione. Jednak pomimo zapowiedzi Błaszczaka nie poznaliśmy kształtu reformy systemu zakupów dla wojska, czyli ram działania Agencji Uzbrojenia oraz Funduszu Obrony Narodowej.

Zatem najważniejsze rozstrzygnięcia związane wzmocnieniem wojska będą prezentowane w roku podwójnych wyborów: do europarlamentu oraz polskiego parlamentu. Nie ma wątpliwości, że wojsko znajdzie swoje miejsce w kampanii wyborczej.

O ile większych emocji pewnie nie będzie budził plan budowy wojsk cybernetycznych, zapowiadany jeszcze przez Macierewicza, o tyle ponownie pod pręgierzem znajdzie się system kierowania i dowodzenia siłami zbrojnymi, którego zmiana dopiero jest wprowadzana i nie do końca znany jest jej ostateczny kształt.

Najpewniej emocje będzie ciągle budziła kwestia budowy Wojsk Obrony Terytorialnej. Czeka nas czas rozliczeń. Opozycja przypomni obietnice Macierewicza, że w 2019 r. ta formacja miała być gotowa. Tymczasem w planie działalności MON na 2019 r. znajduje się zapowiedź, że WOT do końca roku powinny liczyć maksymalnie 31,6 tys. żołnierzy, gdy cała formacja docelowo ma mieć 53 tys. żołnierzy.

MON będzie się starał w tym roku pochwalić podpisaniem umowy na dostawy zestawów rakietowych Homar. Emocje i spory – nakręcane przez lobbystów – będą dotyczyły decyzji o tym, jaki wybrać samolot bojowy, a także w jakim zakresie wspierać program budowy okrętów nawodnych Miecznik oraz okrętów podwodnych Orka. Być może Marynarka Wojenna zostanie wzmocniona do końca roku budowanym od kilkunastu lat okrętem ORP „Ślązak".

Na rozstrzygnięcie czekają programy dotyczące zakupu śmigłowców do zwalczania okrętów podwodnych i ratownictwa morskiego. Ale trzeba też przypomnieć, że w planie działania MON na 2018 r. znalazła się niezrealizowana deklaracja podpisania umowy m.in. na zakup śmigłowców uderzeniowych czy „samolotów kompleksowego rozpoznania".

Eksperci przypominają, że planowanie zakupów odbywa się nieco po omacku przy nieznanym planie modernizacji technicznej Sił Zbrojnych do 2026 roku. To oznacza, że mogą być obarczone błędem. Inni zwracają też uwagę, że brakuje dokumentów z wyższej półki, np. nowej strategii obronnej Rzeczypospolitej Polskiej, czy strategii bezpieczeństwa narodowego.

W tym roku zapadnie decyzja dotycząca zwiększenia liczby wojsk USA w Polsce, która niefortunnie została określona jako budowa Fort Trump. Jeżeli negocjacje zakończą się sukcesem, to najpewniej zwiększenie potencjału sił amerykańskich sprowadzone zostanie do zmiany formuły, z rotacyjnej na stałą, obecności brygady pancernej US Army, budowy dowództwa dywizji w Poznaniu, utrzymania stałej obecności USA w grupie batalionowej w Orzyszu, zwiększenia obecności sił powietrznych, a może też przeciwlotniczych, bezzałogowców i amerykańskich wojsk specjalnych w Polsce.

Takie wzmocnienie będzie można uznać za sukces. Sęk w tym, że MON może mieć problemy, aby odpowiednio go opakować i sprzedać, bo wciąż kuleje tzw. polityka informacyjna resortu Mariusza Błaszczaka.

Żródło: rp.pl



"Trump może wycofać wojska z Polski". Przerażająca wizja, czy możliwa?

29.12.2018 r.

Donald Trump wycofa amerykańskie wojska z Polski? Taka sugestia pada w tekście wpływowego tygodnika "Der Spiegel", który twierdzi, iż Władimir Putin "jednym telefonem" może skłonić prezydenta USA do - de facto - złamania zobowiązań sojuszniczych wobec naszego kraju.

Europa musi sama zatroszczyć się o swoje bezpieczeństwo" pisze "Der Spiegel" .

Autorka tekstu snuje przerażającą z punktu widzenia Polski - ale nie tylko - wizję. "Wycofanie wojska z Syrii i zapowiedź dużej redukcji amerykańskich żołnierzy w Afganistanie powinny uzmysłowić wszystkim, którzy mieli jeszcze jakieś złudzenia, że USA przestały być solidnym partnerem" - czytamy w głównym komentarzu opublikowanym w najnowszym wydaniu tygodnika.

Jak dodaje Hoffmann, "nie ma żadnej gwarancji, że chimeryczny prezydent nie podejmie nagle decyzji o wycofaniu swoich żołnierzy z Polski". "Być może nastąpi to po rozmowie telefonicznej z Władimirem Putinem, który zapewni go, że nie musi się troszczyć o Polskę - tak jak po rozmowie z prezydentem Turcji Trump wydał rozkaz wycofania wojska z Syrii" - zauważa autorka komentarza.

Podkreśla, że "Trump dawał wielokrotnie do zrozumienia, że ma za nic sojusze i porozumienia, a szczególnie NATO", które ma być już jedynie "mglistą nadzieją".

Żródło: wp.pl/fragmenty/



Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak potwierdził
, że trwają ostatnie rozmowy na temat umieszczenia baz amerykańskich w Polsce.

28.12.2018 r.

Ostatnie spotkanie przedstawicieli MON-u i Pentagonu w tej sprawie odbyło się przed świętami. Szef MON w rozmowie z radiową Jedynką potwierdził, że rozmieszczenie stałych baz amerykańskich na terenie Polski jest przesądzone. Obecnie trwa ustalanie szczegółów w tej sprawie.

Błaszczak o amerykańskich bazach w Polsce: nie "czy, tylko "jak".

Mariusz Błaszczak mówił, że w ubiegłym tygodniu odbyło się spotkanie zespołu roboczego w sprawie amerykańskich baz w Polsce. Brali w nim udział przedstawiciele MON-u i Pentagonu. Jak dodał, rozmowy nie dotyczyły tego, czy stałe bazy wojskowe w Polsce w ogóle powstaną, ale już konkretnych szczegółów tego przedsięwzięcia.

- Rozmowy dotyczyły szczegółów. Mogę dziś powiedzieć wprost: nie rozmawiamy o tym "czy", tylko rozmawiamy "jak, więc te rozmowy trwają i jestem spokojny, jeśli chodzi o ich pozytywne zakończenie" - mówił szef MON w radiowej Jedynce.

Mariusz Błaszczak zaznaczył też, że wiceszef Pentagonu Patrick Shanahan, który od stycznia będzie pełnił obowiązki sekretarza obrony Stanów Zjednoczonych, jest włączony w prace związane z tak zwanym Fort Trump. Przypomnijmy, że o utworzeniu stałej bazy wojsk Stanów Zjednoczonych prezydent Andrzej Duda rozmawiał podczas wrześniowego spotkania w Białym Domu z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Polski prezydent powiedział wówczas, że baza mogłaby nazywać się "Fort Trump" i zadeklarował, że jako Polska jesteśmy gotowi wyłożyć na jej budowę 2 miliardy dolarów.

Źródło: wiadomości.gazeta.pl



Zagrożenie ze strony Rosji wymaga zwiększenia udziału wojsk NATO w Polsce – twierdzą analitycy

25.12.2018 r.

Raport analityków Atlantic Council nie pozostawia wątpliwości: konieczne jest zwiększenie obecności NATO na wschodniej flance. To pokaże Rosji, że w razie zagrożenia Sojusz jest gotowy stanąć w obronie republik bałtyckich – twierdzą eksperci.

Raport przygotowało kilkunastu wpływowych dyplomatów i oficerów armii USA. Proponują, co i gdzie powinno się znaleźć w naszym kraju. Przy okazji ujawniają, co Amerykanie już robią w Polsce – podał portal Onet. Ponieważ w razie zagrożenia militarnego Litwy, Łotwy i Estonii to Polska byłaby głównym punktem lokalizacji i dowodzenia wojsk NATO, wskazane jest ich zdaniem zwiększenie liczby baz w naszym kraju. Eksperci z Atlantic Council sugerują, by Pentagon w porozumieniu z sojusznikami z NATO podjął następujące kroki: podwyższył status dowództwa misji wojskowej USA w Poznaniu do poziomu stałego dowództwa pełnej dywizji; zdecydował się na stałe rozmieszczenie grupy bojowej w Żaganiu, w skład której weszłyby rotujące jednostki z innych baz w USA i Europie; a także przyspieszył zaplanowaną na 2023 r. rozbudowę pasa startowego na lotnisku w Powidzu niedaleko Poznania (mają tam zostać również rozbudowane instalacje do rozładunku i składowania amunicji oraz sprzętu).

Do tego autorzy raportu proponują, aby Pentagon przesunął do Polski część jednostek obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu, które mają zostać rozmieszczone w RFN w 2020 r., a także rozmieścił w Polsce jednostki obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu (np. Patrioty), które powinny również wspomagać polskie wojsko w trenowaniu. Są również zdania, że konieczne jest stworzenie w Polsce stałego dowództwo brygady sił powietrznych USA oraz zwiększenie obecności lotnictwa USA w Łasku (w tym możliwości przyjmowania samolotów transportowych). Wśród zmian proponowanych przez analityków Atlantic Council jest także ustanowienie niewielkiej bazy marynarki wojennej USA w Gdyni (jej zadaniem byłoby wspieranie wizyt okrętów USA na Bałtyku). Ponowili także poparcie dla budowy bazy tarczy antyrakietowej w Redzikowie. Więcej można przeczytać w raporcie tutaj.

Onet przypomina, że Atlantic Council to instytucja o dużym znaczeniu w Waszyngtonie. W skład zespołu analityków, który napisali raport, weszli m.in. b. asystent sekretarza obrony USA ds. Europy Ian Brzezinski (syn Zbigniewa Brzezińskiego) oraz b. asystent sekretarza stanu USA ds. Europy i b. ambasador USA w Polsce Dan Fried. Na czele zespołu stanęli b. dowódca sił NATO w Europie gen. Philip Breedlove oraz b. asystent sekretarz obrony, b. zastępca sekretarza generalnego NATO i b. ambasador USA w NATO i Rosji Alexander Vershbow.

Atlantic Council w swoim raporcie zbiera też mniej lub bardziej znane dotąd informacje o obecnej liczbie i rodzaju wojsk USA w Polsce. Z publikacji wynika, że żołnierze USA poza ambasadą w Warszawie stacjonują w 15 miastach w Polsce – w tym 3,5 tys. żołnierzy z czterech batalionów sił lądowych stacjonuje na 4–6 poligonach w Bolesławcu, Skwierzynie i Świętoszowie, a ich dowództwo mieści się w Żaganiu. W sumie w Polsce – czytamy w raporcie – stacjonuje dziś na stałe lub w ramach rotacji 4,4 tys. żołnierzy amerykańskich.

 Źródło: Onet



RAPORT WPŁYWOWEGO THINK-TANKU O "FORT TRUMP". NIE DLA STAŁEJ OBECNOŚCI

Atlantic Council, jeden z najbardziej znaczących ośrodków w USA, przygotował opracowanie na temat amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce. Proponuje wzmocnienie amerykańskiej obecności w Polsce, ale wizja AC znacznie odbiega od tego, o co ubiegał się polski rząd.

Raport - a właściwie jego wstępna wersja- został opublikowany w czwartek wieczorem. Jego głównymi autorami są byli kluczowi decydenci w NATO-6130285597505153c), były Naczelny Dowódca Sojuszu w Europie Philip Breedlove oraz były zastępca sekretarza generalnego NATO -6130285597505153c) Sandy Vershbow. Dokument jest odpowiedzią na polską propozycję umieszczenia stałej amerykańskiej bazy wojskowej w naszym kraju, nazwanej przez polskiego prezydenta "Fortem Trump".

Autorzy raportu zgadzają się co prawda z potrzebą wzmocnienia wschodniej flanki NATO, w tym Polski. Ale ich propozycja nie zawiera ani oddzielnej nowej bazy, ani znacznego zwiększenia liczby amerykańskich żołnierzy w Polsce, ani ich stałej obecności. Co więc zawiera?

Wiele małych kroków

Głównym punktem jest zobowiązanie do utrzymania rotacyjnej obecności batalionowej grupy bojowej (BCT), która już teraz jest obecna w Żaganiu w woj. lubuskim. Wizja AC zakłada rozbudowę bazy w Żaganiu - na koszt Polski - o nowe budynki potrzebne do zakwaterowania amerykańskich żołnierzy (obecnie korzystają z polskich koszar lub śpią pod namiotami) i przystosowanie poligonów do amerykańskich standardów. Dzięki tej inwestycji, status sił rozmieszczonych w Żaganiu mógłby otrzymać status "ciągłej rotacyjnej obecności opartej na stałej instalacji".

Ale to niejedyna propozycja. Wśród innych jest m.in. umieszczenie w Poznaniu siedziby amerykańskiej dywizji w Europie. Nie wiązałoby się to jednak z przemieszczeniem sił. Żołnierze dywizji w większości nadal byliby rozlokowani poza Polską. Ponadto eksperci Atlantic Council chcą ustanowienia nowej niewielkiej jednostki marynarki wojennej w Gdyni, po to, by ułatwić częstsze wizyty US Navy w Polsce. Następną propozycją jest umieszczenie kolejnej brygadowej grupy bojowej w Niemczech i regularne wysyłanie po jednym batalionie tej siły do Polski i krajów bałtyckich na ćwiczenia. Dodatkowo Amerykanie umieściliby w Polsce systemy obrony przeciwlotniczej oraz zakładają m.in. rozbudowę bazy lotniczej w Łasku oraz stworzenie kwatery głównej dla Brygady Lotnictwa Bojowego.

Propozycja Atlantic Council jest więc stosunkowo mniej ambitna, ale bardziej różnorodna od tego, o co ubiegał się MON. Zdaniem gen. Jarosława Stróżyka, byłego attache wojskowego w Waszyngtonie, raport zawiera "wiele małych kroków", ale mimo odrzucenia idei "Fortu Trump" jest dobry dla Polski.

- Porównując raport Atlantic Council z propozycją rządu, widać słabość polskiej propozycji, która była monotematycznie lądowa i lokalizacyjna - ocenia ekspert.

Co dalej z Fortem Trump

Jakie znaczenie ma ten raport dla decyzji Pentagonu, który w najbliższych miesiącach ma opublikować swój oficjalny raport na temat bazy w Polsce? Potencjalnie duże. Zarówno autorzy dokumentu, jak i sam ośrodek, to gracze wagi ciężkiej, mocno ugruntowani w amerykańskim establishmencie zajmującym się wojskiem i polityką zagraniczną.

Atlantic Council nie jest jednak jedynym amerykańskim ośrodkiem, który odniósł się do pomysłu "Fortu Trump". Swoją propozycję przedstawił również think-tank Center for European Policy Analysis (CEPA). Przedstawiony trzy tygodnie wcześniej raport jest bardziej zbliżony do polskich postulatów. Zakłada bowiem ustanowienie w Polsce stałej amerykańskiej obecności i powiększenie sił USA w Polsce o nową brygadę. Jednak podobnie jak w przypadku propozycji AC, baza byłaby oparta o istniejącą już w Polsce infrastrukturę , to coś na kształt "bazy hybrydowej".

O tym, jak oficjalnie odpowie amerykański rząd, dowiemy się już wkrótce. Zlecony przez Kongres raport Pentagonu w tej sprawie ma ukazać się na początku przyszłego roku. Pierwotnie szacowano, że dokument zostanie opublikowany w marcu, ale jak ocenia gen. Stróżyk, przyspieszona publikacja raportu Atlantic Council oznacza jest, że może stać się to już w styczniu.

Źródło: wp.pl




Zdegradować generała Jaruzelskiego

  
         9.12.2018 r. 

 Szef porozumienia kombatantów apeluje do prezydenta Andrzeja Dudy o odebranie stopnia generała Wojciechowi Jaruzelskiemu.

Dr Jerzy Bukowski rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie, w apelu skierowanym do prezydenta Dudy, który właśnie trafił do mediów przekonuje, że „są podstawy prawne do odebrania stopnia generałowi Jaruzelskiemu".

W imieniu Porozumienia zwraca się do prezydenta „z ponowną prośbą o pozbawienie stopnia wojskowego generała Wojciecha Jaruzelskiego". Przypomina, że ta organizacja od 4 lutego 2010 roku „konsekwentnie, lecz niestety bezskutecznie zabiega u kolejnych głów państwa o podjęcie tej ważnej decyzji, która stanowiłaby czytelne i sugestywne rozliczenie epoki PRL".

„Powyższa prośba nie ma nic wspólnego z tzw. ustawą degradacyjną, która została przez Pana zawetowana w tym roku. Naszemu Porozumieniu zależy wyłącznie na symbolicznym, ale jednoznacznym wskazaniu Polakom, kto z narażeniem życia zasłużył się w walce o niepodległość Rzeczypospolitej i należą mu się od niej najwyższe honory, a kto powinien być trwale napiętnowany jako zdrajca rodzimej racji stanu; dlatego przywołuję w kontekście tych postaw jedynie dwa nazwiska: Kuklińskiego oraz Jaruzelskiego" – tłumaczy dr Bukowski.

I przypomina, że prawomocnym wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie z 2012 roku cała Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego została uznana za związek przestępczy o charakterze zbrojnym pod kierunkiem Wojciecha Jaruzelskiego. „Sąd podkreślił, że ten związek miał swoją strukturę, przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego trwały od marca 1981 roku, a na jego czele niewątpliwie stał gen. Jaruzelski. Potwierdził również, że - co wynika z wyroku Trybunału Konstytucyjnego - dekrety i uchwała o wprowadzeniu stanu wojennego podjęte przez Radę Państwa 12 grudnia 1981 roku były nielegalne" – dodaje Jerzy Bukowski.

Tłumaczy, że „na podstawie paragrafu 2. artykułu 327. kodeksu karnego można orzec degradację osoby, która w chwili popełnienia czynu zabronionego była żołnierzem w razie skazania za przestępstwo umyślne, jeżeli rodzaj czynu, sposób i okoliczności jego popełnienia pozwalają przyjąć, że sprawca utracił właściwości wymagane do posiadania stopnia wojskowego".

„Apeluję do Pana Prezydenta o zastosowanie powyższego przepisu wobec człowieka najpełniej symbolizującego poddaństwo Polski wobec Związku Sowieckiego - generała Wojciecha Jaruzelskiego i pozbawienie go stopnia wojskowego w 37. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego" – napisał dr Jerzy Bukowski.

 

AMS żródło: rp.pl



Współczesne czołgi i pojazdy bojowe Wojska Polskiego.

01.12.2018 rok

 

Z jakiego sprzętu korzystają polscy żołnierze? Obok czołgów, których na zachód od Bugu mamy najwięcej w Europie, Wojsko Polskie korzysta również z wielu innych maszyn. Jaki sprzęt będzie nas bronić w razie wojny?

1.  T-72

W Wojsku Polskim od: 1981 roku

Liczba używanych egzemplarzy: około 160

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Polska jest – przynajmniej teoretycznie – największą potęgą pancerną w Europie na zachód od Bugu. Mamy więcej czołgów, niż Wielka Brytania, Francja czy Niemcy, a w NATO ustępujemy tylko Stanom Zjednoczonym i Turcji.

Choć zdecydowaną większość stanowią znacznie nowocześniejsze Twarde i Leopardy, to w linii wciąż znajdują się mocno już wysłużone T-72, opracowane w Związku Radzieckim jeszcze w latach 60. (w 2005 roku było ich prawie 600; obecnie – około 160).

Mimo modernizacji sprzęt ten nie spełnia już wymagań współczesnego pola walki choć – co warte odnotowania – wciąż, od 1973 roku, znajduje się w nieprzerwanej produkcji i użyciu, służąc w armiach 40 krajów świata, a zarówno producent, jak i użytkownicy dokonali wielu modyfikacji, znacznie zwiększających możliwości bojowe tego czołgu.

2.  PT-91 Twardy

W Wojsku Polskim od: 1994 roku

Liczba egzemplarzy: około 230

Najliczniejszy czołg w polskich siłach zbrojnych to opracowana w kraju, głęboka modernizacja radzieckiego modeluT-72. W porównaniu z oryginałem zmieniono m.in. układ napędowy z silnikiem, system kierowania ogniem, przyrządy obserwacyjne, a także pancerz.

W PT-91 zastosowano pancerz reaktywny w postaci małych kostek materiału wybuchowego, którymi obłożono newralgiczne miejsca. Twardy ma także na koncie sukces eksportowy – partię polskich czołgów kupiła kilka lat temu Malezja.

3.  Leopard 2

 W Wojsku Polskim od: 2002 roku

Liczba egzemplarzy: około 250

Niemiecka maszyna została opracowana jeszcze w latach 70. i została uznana za pierwszy czołg, należący do tzw. trzeciej generacji broni pancernej. Mimo wieku, dzięki ciągłym modernizacjom, w swojej najnowszej wersji nadal należy do najlepszych czołgów świata.

Polska dysponuje Leopardami 2 w wersjach A4 i A5, odstających już od światowej czołówki. Choć są to najnowocześniejsze czołgi w Polsce, to planowany jest program modernizacji tych maszyn do standardu, nazwanego Leopard 2PL. Polskie Leopardy zostaną wyposażone m.in. w nowe armaty, system wymiany danych, skuteczniejszą amunicję i ulepszony układ jezdny. Pierwszy prototyp tego sprzętu ma powstać jeszcze w 2016 roku.

4.  BRDM-2

BRDM-2 M96/M97 (Żbik B)

 W Wojsku Polskim od: 1966 roku

Liczba używanych egzemplarzy: około 240

Zaprojektowany w Fabryce Samochodów GAZ w 1962 roku samochód opancerzony to obecnie podstawowy wóz rozpoznawczy polskich wojsk lądowych. Projektanci BRDM-a zastosowali w nim ciekawe rozwiązanie – pojazd nie tylko może pływać bez wcześniejszego przygotowania, ale pod kadłubem znalazły się dwie pary dodatkowych, mniejszych kół, zwiększających możliwości pokonywania przeszkód.

Podwozie BRDM-2 stało się nośnikiem wielu rodzajów wyposażenia i uzbrojenia: od pojazdów rozpoznawczych, poprzez zestawy przeciwlotnicze, wozy łączności, pojazdy sztabowe czy wyspecjalizowane niszczyciele czołgów, wyposażone w różne rodzaje rakiet przeciwpancernych.

Część używanych w Polsce maszyn zmodernizowano, tworząc model BRDM-2 M96/M97, czyli dość udany – zwłaszcza biorąc pod uwagę koszt i uzyskany efekt – samochód rozpoznawczy Żbik, ze zmodernizowanym napędem, uzbrojeniem i wyposażeniem. Polski Żbiki stały się następnie bazą do kolejnych modyfikacji , jak przeznaczony dla polskiego kontyngentu w Iraku pojazd Szakal. Obecnie trwają prace nad następcą BRDM-2.

5.  BWP-1

W Wojsku Polskim od: 1972 roku

Liczba używanych egzemplarzy: około 1270

Gdy Rosjanie ujawnili światu istnienie tego sprzętu, BMP-1 (bo tak brzmi rosyjska nazwa) prezentował się wyjątkowo groźnie.

Był niski, a zatem trudny do wykrycia i zniszczenia, bardzo mobilny, silnie uzbrojony i pływający górował nad dowolnym sprzętem, używanym do transportu żołnierzy na polu bitwy przez kraje zachodnie. Był również w stanie zniszczyć – przynajmniej w teorii – każdy z używanych wówczas czołgów.

Tak było ponad 50 lat temu. Obecnie BWP-1, choć wyznaczył kierunek rozwoju bojowych wozów piechoty, nie odpowiada wymogom współczesnego pola walki: zapewnia słabą ochronę załodze i przewożonym żołnierzom, a jego uzbrojenie ma symboliczną skuteczność.

Mimo tego wciąż stanowi podstawowy bojowy wóz piechoty Wojska Polskiego. Wielokrotnie planowane modernizacje tego sprzętu nigdy nie doszły do skutku. BWP-1 ma zostać zastąpiony nowym, polskim wozem bojowym o nazwie Borsuk.

6.  2S1 Goździk

W Wojsku Polskim od: 1974 roku

Liczba używanych egzemplarzy: około 340

Samobieżna haubica 2S1 Goździk to obecnie najliczniejszy przedstawiciel artylerii samobieżnej w Wojsku Polskim. Została opracowana w latach 60. z wykorzystaniem kadłuba transportera opancerzonego MT-LB i podzespołów czołgu PT-76 i była produkowana w Polsce na licencji przez Hutę Stalowa Wola.

Ciekawą i nietypową jak na tę kategorię sprzętu właściwością Goździka jest możliwość pływania, choć aby było to możliwe, konieczne jest rozładowanie części przewożonej amunicji. Zamiast 40, Goździk przewozi wówczas 30 nabojów kalibru 122 mm.

Haubica, obsługiwana przez 4 lub 5-osobową załogę, może wystrzelić do 7 pocisków na minutę. Plany modernizacji Wojska Polskiego przewidują stopniowe wycofywanie Goździków i zastąpienie ich przez armatohaubice Krab.

7.  MT-LB

W Wojsku Polskim od: 1976 roku

Liczba używanych egzemplarzy: setki pojazdów różnych wersji

To prawdziwy wół roboczy polskiej armii. Choć nie jest tak efektowny, jak inne, groźnie wyglądające i budzące zainteresowanie mediów pojazdy, to dla polskiego wojska jest obecnie sprzętem niezastąpionym. Dlaczego?

Wszystko za sprawą bardzo udanego, funkcjonalnego podwozia. Opracowany w Związku Radzieckim w latach 60., od 1976 roku jest produkowany w Polsce przez Hutę Stalowa Wola. Początkowo miał holować armaty, ale z czasem doczekał się niezliczonych modyfikacji: od transportera opancerzonego (polska wersja o nazwie Opal), po różne wersje wozów dowodzenia, kierowania ogniem, zestawów przeciwlotniczych, pojazdów zabezpieczenia technicznego czy podwozia (po zwiększeniu długości) dla haubic Goździk.

Choć konstrukcja ma już ponad pół wieku, to MT-LB nie ma powodu, by myśleć o emeryturze – po modernizacjach nadal jest użytecznym sprzętem, a niebawem do służby trafi jego kolejna, zmodernizowana wersja o nazwie LPG (Lekkie Podwozie Gąsienicowe).

8.  Armatohaubica wz. 1977 Dana

W Wojsku Polskim od: 1983 roku

Liczba używanych egzemplarzy: 111

Opracowana w dawnej Czechosłowacji samobieżna armatohaubica była – jak na swój czas – bardzo nowoczesnym sprzętem. Umieszczono ją na kołowym podwoziu, dzięki czemu po utwardzonych drogach mogła się przemieszczać ze znacznymi prędkościami. Co więcej, Dana korzysta ze skutecznego automatu ładowania, co pozwoliło zmniejszyć liczbę żołnierzy, obsługujących ten sprzęt do zaledwie 4–5 osób.

Pierwsze Dany trafiły do polskiego wojska w 1983 roku i są używane do dzisiaj, a swojej przydatności dowiodły m.in. w czasie misji w Afganistanie. Konstruktorzy tej broni opracowali przez lata szereg modyfikacji – od zmiany kalibru ze 152 na stosowany w NATO 155 mm, po wymianę lufy na dłuższą, co zaowocowało wzrostem zasięgu.

Służące w Polsce Dany mają zostać w przyszłości zastąpione przez polską, samobieżną armatohaubicę AHS Kryl, budowaną wspólnie z izraelską firmą Elbit. Prototyp polskiej broni ma być gotowy w 2017 roku.

9.  M113

W Wojsku Polskim od: 2002 roku

Liczba używanych egzemplarzy: 35

Co w polskim wojsku robią stare, amerykańskie transportery opancerzone? Na szczęście nie służą do transportu żołnierzy na polu walki, a jako wozy dowodzenia i sanitarki, przeznaczone do transportu rannych.

Do polskiej armii trafiły razem z niemieckimi Leopardami 2: przejęliśmy bowiem nie tylko same czołgi, ale całe oddziały, wraz z wozami zabezpieczenia technicznego, mostami towarzyszącymi, pojazdami szkoleniowymi, samochodami terenowymi, ciężarówkami, pojazdami do transportu czołgów, a także sanitarkami i wozami dowodzenia, zbudowanymi na podwoziach M113.

10.  KTO Rosomak

W Wojsku Polskim od: 2004 roku

Liczba używanych egzemplarzy: około 670

Przetarg na kołowy transporter opancerzony (KTO) dla polskiej armii rozstrzygano w atmosferze skandalu. Choć początkowo nie brakowało przeciwników tego sprzętu, to Rosomak – choć nie jest bez wad – dowiódł swojej wartości służąc polskim żołnierzom w Afganistanie.

Rosomak to licencyjna, produkowana w Polsce wersja fińskiego transportera Patria AMV. Pojazd został dostosowany do polskich wymagań i jest produkowany w kilku wersjach, a w niedalekiej przyszłości jego podwozie będzie bazą dla samobieżnego moździerza Rak. W 2013 roku Polska odnowiła umowę licencyjną, a poza polskim wojskiem zamówienia na produkowane w Polsce transportery złożyła również Słowacja.

11.  AHS Krab

W Wojsku Polskim od: 2012 roku

Liczba używanych egzemplarzy: 10 (łącznie z prototypami)

Losy armatohaubicy Krab wydają się przestrogą, jak nie należy wprowadzać do uzbrojenia nowego sprzętu. Wszystko zaczęło się w latach 90. od niefortunnego pomysłu, że Polska, planująca wprowadzenie do uzbrojenia samobieżnej artylerii kalibru 155 mm, kupi jedynie wieże z armatami, a następnie połączy je z produkowanymi w kraju podwoziami gąsienicowymi. Efekt okazał się opłakany.

Zakłady Bumar Łabędy przez kilkanaście lat nie były w stanie dostarczyć pozbawionych usterek podwozi, co drastycznie opóźniało wprowadzenie nowej broni do uzbrojenia. W końcu – po 15 latach – ministerstwo obrony straciło cierpliwość i postanowiło zamówić podwozia w Korei. Ostateczny montaż sprzętu ma odbywać się w Hucie Stalowa Wola.

12. Oshkosh M-ATV

W Wojsku Polskim od: 2015 roku

Liczba używanych egzemplarzy: 45

Misje w Iraku i Afganistanie obnażyły jedną ze słabości polskiego wojska: brak pojazdów, zaprojektowanych tak, by maksymalnie zwiększyć przeżywalność załogi w przypadku najechania na minę (MRAP — Mine Resistant Ambush Protected).

Podczas misji w Afganistanie polski kontyngent korzystał z pojazdów tego typu, wypożyczonych przez Amerykanów. Poza tamtymi samochodami, amerykański Departament Obrony zdecydował o przekazaniu Polsce 45 najnowocześniejszych (choć używanych!) maszyn tego typu. Są to samochody Oshkosh M-ATV, które mają zastąpić w amerykańskiej armii popularne HMMWV, nazywane potocznie — co stało się oficjalną nazwą cywilnej wersji — Hummerami.

Następca Hummera wygląda dość pokracznie, ale nietypowy wygląd jest wynikiem specyficznej konstrukcji pojazdu. Oshkosh M-ATV łączy wysoką mobilność z bardzo dobrą ochroną załogi, która przeżyje nawet wtedy, gdy pod kołem eksploduje 10-kilogramowy ładunek wybuchowy.

 

 

Żródło: Łukasz Michalik (przedruk)



Rosjanie ostrzelali i zajęli ukraińskie okręty. „Agresja! Oczekujemy reakcji zaprzyjaźnionych krajów”

 26.11.2018 r.

Prezydent Ukrainy Perto Poroszenko podpisał dekret o wprowadzeniu stanu wojennego, który będzie trwał do 25 stycznia. Decyzję podjęto po tym, jak Rosjanie otworzyli ogień do trzech okrętów ukraińskiej marynarki wojennej w Cieśninie Kerczeńskiej. Jednostki zostały zajęte przez Rosjan. W poniedziałek o godz. 17 zbierze się Rada Bezpieczeństwa ONZ.

Początkowo poinformowano, że jeden z małych opancerzonych kutrów został ostrzelany przez Rosjan i trafiony. Okręt utracił napęd, jeden członek załogi został ranny. Informacje o ataku sił specjalnych pojawiły się później.

Administracja Petro Poroszenki poinformowała, że w związku z wydarzeniami ukraiński prezydent jest w stałym kontakcie z Unią Europejską i NATO. Poinformowano też o nich Radę Bezpieczeństwa ONZ. „Uważamy najnowsze działania Federacji Rosyjskiej wobec okrętów marynarki wojennej Ukrainy za akt agresji, nakierowany na celowe eskalowanie przez Rosję sytuacji na Morzu Azowskim i w Cieśninie Kerczeńskiej” - czytamy w oświadczeniu wydanym przez ukraińskie władze. 

Minister spraw wewnętrznych Ukrainy Arsen Awakow opublikował wideo z wydarzeń na Morzu Azowskim nagrane przez Rosjan. Słychać rozkazy wypowiadane przez rosyjskich wojskowych - według ukraińskiego ministra będzie to dowodem dla międzynarodowych sądów.

„Agresja! Oczekujemy reakcji zaprzyjaźnionych krajów” - napisał Awakow.

Wprowadzenie stanu wojennego

W poniedziałek po południu prezydent Ukrainy Petro Poroszenko podjął decyzję o podpisaniu dekretu wprowadzającego stan wojenny na terenie kraju. Stan wojenny będzie trwał do 25 stycznia przyszłego roku.

W niedzielę wieczorem prezydent Ukrainy Petro Poroszenko zwołał Gabinet wojny, który uznał, że atak na okręty marynarki wojennej Ukrainy to „atak agresji wojskowej”. Zwołano także posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony, który poparł wprowadzenie stanu wojennego na terenie kraju.

W poniedziałek ukraiński parlament rozpatrzy wprowadzenie stanu wojennego. Posiedzenie w trybie pilnym zwołał przewodniczący parlamentu Andrij Parubij. – Wprowadzenie stanu wojennego nie oznacza, że Ukraina będzie prowadziła działania ofensywne. Ukraina będzie prowadziła wyłącznie działania na rzecz obrony swojego terytorium i bezpieczeństwa swoich obywateli – powiedział prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, dodając, że wciąż będą prowadzone działania „polityczno-demokratycznej” w celu „wyzwolenia ukraińskich terytoriów”. Poroszenko przeprowadzi także rozmowy z przywódcami międzynarodowych organizacji, by „stworzyć koalicję dla przeciwdziałania agresji Federacji Rosyjskiej”.

W związku z ostrzelaniem i zajęciem przez Rosję trzech okrętów ukraińskiej marynarki wojennej w Cieśninie Kerczeńskiej ukraińska armia została postawiona w stan pełnej gotowości. Wszystkie okręty Wojskowych Morskich Sił Ukrainy wyszły w morze.

Ukraińska marynarka wojenna przekazała także, że w wyniku ostrzału rannych zostało sześciu żołnierzy. Szef sztabu sił zbrojnych Ukrainy Wiktor Mużenko poinformował także, że Ukraina nie ma kontaktu z marynarzami z przechwyconych przez Rosjan okrętów. Mużenko oświadczył, że ukraińskie okręty miały prawo przepłynięcia przez kontrolowaną przez Rosję Cieśninę Kerczeńską pomimo tego, że Rosjanie zamknęli w niedzielę przejście, tłumacząc, że na mieliźnie w tym miejscu osiadł tankowiec.

Prezydent Petro Poroszenko zażądał natychmiastowego uwolnienia marynarzy z trzech ostrzelanych i zajętych w Cieśninie Kerczeńskiej okrętów ukraińskiej marynarki wojennej oraz zwrotu tych jednostek Ukrainie. Zaapelował także o deeskalację sytuacji na Morzu Azowskim.

Rosja oskarża Ukrainę o prowokację

W niedzielę wieczorem rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) potwierdziła, że zatrzymała trzy ukraińskie okręty Ukrainy oraz że użyła wobec nich broni. Powodem otwarcia ognia miało być naruszenie granicy Rosji, manewrowanie „w sposób niebezpieczny”, a także niezastosowanie się do poleceń jednostek rosyjskich.

Zarówno FSB, jak i rzeczniczka MSZ Rosji Maria Zacharowa oskarżają ukraińskie władze o „prowokację” i stosowanie „bandyckich metod”. Co więcej, strona rosyjska zwróciła się o zwołanie pilnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie sytuacji na Morzu Azowskim. Ambasador USA przy ONZ Nikki Haley potwierdziła, że Rada zbierze się w Nowym Jorku około godziny 11 (godz. 17 czasu polskiego).

Wiceminister spraw zagranicznych Rosji Grigorij Karasin stwierdził w poniedziałek, że incydent na Morzu Azowskim to „prowokacja przemyślana pod względem czasu, miejsca i formy”. – Cele są zrozumiałe: „wstrząśnięcie” Ukrainą poprzez ogłoszenie stanu wojennego, zmobilizowanie nastrojów antyrosyjskich na Zachodzie, zaostrzenie sankcji przeciwko Rosji – powiedział Karasin, sugerując, że sytuacja ta ma związek z wyborami prezydenckimi na Ukrainie.

Reakcja Polski

„Z całą mocą potępiamy agresywne działania Rosji, wzywamy jej władze do poszanowania prawa międzynarodowego, a obie strony – do wstrzemięźliwości w obecnej sytuacji, która może zagrozić stabilności bezpieczeństwa europejskiego” – napisał polski MSZ w niedzielę w oświadczeniu odnoszącym się do sytuacji w Morzu Azowskim. Podkreślono, że eskalacja napięcia to efekt „konsekwentnym łamaniu przez Federację Rosyjską podstawowych zasad prawa międzynarodowego, w tym naruszenia integralności terytorialnej i suwerenności Ukrainy”.

Z kolei szef MON Mariusz Błaszczak spotka się w poniedziałek m.in. z szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, dowódcami Sił Zbrojnych RP oraz szefami innych służb wojskowych.

Próżno jednak szukać stanowiska najważniejszych osób w państwie. Podczas gdy napięcia na Morzu Azowskim były coraz większe, prezydent Andrzej Duda wolał odnieść się do sukcesu Roksany Węgiel na Eurowizji dla dzieci. Wielu użytkowników Twittera zwróciło uwagę, że priorytetem powinno być oświadczenie dotyczące sytuacji pomiędzy Ukrainą i Rosją.

Gorąco w Cieśninie Kerczeńskiej

W Cieśninie Kerczeńskiej gorąco było od rana, kiedy rosyjski okręt „Don” staranował ukraiński holownik redowy „Jany Kapu”, który płynął wraz z dwoma małymi opancerzonymi kutrami „Berdiansk” i „Nikopol” z portu w Odessie nad Morzem Czarnym do Mariupola nad Morzem Azowskim.

Z wydanego rano komunikatu wynikało, że do incydentu doszło na wodach Morza Azowskiego. Najnowsze informacje wskazują jednak, że ukraiński holownik został staranowany przez rosyjski okręt jeszcze przed wpłynięciem pod most nad Cieśniną Kerczeńską, który łączy Rosję z zaanektowanym przez nią Krymem. "Jany Kapu" ma uszkodzony silnik, poszycie i balustradę oraz stracił tratwę ratunkową.

Po południu Ukraińcy poinformowali, że w związku z pojawieniem się jej jednostek Rosjanie wysłali nad Cieśninę Kerczeńską dwa uzbrojone śmigłowce szturmowe Ka-52. Rosyjskie media podają, że z Krymu nad Cieśninę wyleciały myśliwce Su-25.

Dowództwo ukraińskiej marynarki podało, że jej dwa kutry patrolowe i holownik wciąż oczekują na przepłynięcie przez Cieśninę Kerczeńską. Poinformowało także, że Rosjanie twierdzą, iż przebiegający tamtędy szlak wodny jest zablokowany przez tankowiec, który osiadł na mieliźnie. „Informacje te na razie nie zostały potwierdzone przez międzynarodowe systemy kontroli żeglugi” - ogłosiła marynarka Ukrainy w komunikacie.

Eskalacja konfliktu

Wcześniej oświadczyła, że „Federacja Rosyjska po raz kolejny pokazała swoją agresję i całkowite lekceważenie norm prawa międzynarodowego”. MSZ Ukrainy oceniło, że zachowanie Rosji na Morzu Czarnym i Azowskim stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa międzynarodowego.

„Takie działania są zagrożeniem dla bezpieczeństwa wszystkich państw regionu Morza Czarnego i wymagają natychmiastowej reakcji wspólnoty międzynarodowej” - oświadczyła ukraińska dyplomacja.

„Na Azowie zaczyna się eskalacja w celu zmuszenia naszych marynarzy, by jako pierwsi otworzyli ogień” - skomentował na Facebooku ukraiński politolog Jewhen Mahda.

Rosja blokuje Cieśninę Kerczeńską

Rosja od kilku miesięcy zatrzymuje statki płynące do ukraińskich portów na Morzu Azowskim, tłumacząc, że ma do tego prawo na mocy porozumienia o wspólnym korzystaniu przez Ukrainę i Rosję z wód tego akwenu.

Rosja kontroluje także Cieśninę Kerczeńską, która łączy Morze Azowskie z Morzem Czarnym, i zbudowała nad nią most prowadzący z Rosji na zaanektowany przez nią Krym.

W październiku Parlament Europejski uchwalił rezolucję o łamaniu przez Rosję prawa międzynarodowego na Morzu Azowskim. W rezolucji zwrócono m.in. uwagę na nielegalne wydobywanie przez Rosję ropy naftowej i gazu na ukraińskich wodach terytorialnych. Podkreślono także, że Moskwa dąży do przekształcenia Morza Azowskiego w "jezioro wewnętrzne" Federacji Rosyjskiej.

Zaniepokojenie w związku z działaniami Rosji na Morzu Azowskim wyrażał również sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Zwracał uwagę, że utrzymanie swobody poruszania się po wodach Morza Azowskiego jest ważne nie tylko dla Ukrainy, ale również dla statków należących do krajów Sojuszu Północnoatlantyckiego i handlu między krajami NATO i Ukrainą.

Źródło: newsweek

 



Pracownik cywilny wojska głoduje od trzech tygodni. MON nie reaguje

Ryszard Stefan to były oficer lotnictwa. Dziś zajmuje się ochroną magazynów wojskowych. Zarabia ok. 2 tys. zł. Od lat walczy o podwyżki dla pracowników cywilnych wojska. – Wyczerpałem już dopuszczalne środki, by mur niezrozumienia w MON-ie skruszyć. Nie udało się, więc rozpocząłem protest głodowy – mówi. Głoduje już od trzech tygodni.

Ryszard Stefan dodaje, że dziś mijają 3 lata, od kiedy związkowcy wysłali petycję do prezydenta

·       Nadal pozostaje ona bez odpowiedzi. Szef MON też nie chce z nimi rozmawiać 

·       Przez wiele lat płace pracowników cywilnych wojska były zamrożone 

Pierwsze podwyżki przyznał dopiero były minister obrony Antoni Macierewicz. MON: "W latach 2016-17 podniesiono limity, co pozwoliło na dokonanie podwyżek średnio ok. 250 zł w 2016 i ponad 200 zł w roku 2017. Mariusz Błaszczak, minister obrony narodowej podjął decyzję o przeznaczeniu w 2018 roku kwoty 114,5 mln zł na podwyżki wynagrodzeń pracowników resortu obrony narodowej".

Nadal jednak zarobki pracowników cywilnych wojska należą do najniższych w sferze budżetowej.

F-16 startuje, pracownik cywilny głoduje 

- Te uśrednione dane, które pokazuje MON wyglądają ładnie, ale resort nie podaje, ile zarabia pirotechnik, strażak, magazynier środków pirotechnicznych. Po 45 latach pracy i służby moje wynagrodzenie zasadnicze wynosi, po tegorocznej podwyżce, którą resort obrony tak bardzo się szczyci, 2070 zł – mówi Ryszard Stefan, pracownik Oddziału Wart Cywilnych w 1. Regionalnej Bazie Logistycznej w Wałczu, Skład w Mostach. 

Ten były oficer lotnictwa oraz członek Związku Pracowników Wojska "TARCZA" od lat walczy o poprawę sytuacji prawie 45 tysięcy osób cywilnych, które pracują na rzecz armii.

Ich sytuacja jest naprawdę kiepska. Pomimo ostatnich podwyżek, pensje zasadnicze ponad 70 proc. pracowników wojska pozostają w okolicach płacy minimalnej.

Na dowód członkowie związku "TARCZA" pokazują dziennikarce Onetu tzw. paski wypłat. Wynika z nich, że kierownik sekcji informatyki w 31. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach, gdzie stacjonują myśliwce F-16, chluba polskiej armii, zarabia ok. 2,6 tys. zł netto. Nie lepiej jest na innych stanowiskach: starszy referent w bazie dostaje na rękę ok. 2 tys. zł, technik ok.1,7 tys. zł, a bibliotekarz ok. 1,8 tys. zł. 

– Można się czarować, ale nasza szara rzeczywistość wygląda tak, że wielu pracowników ledwo wiąże koniec z końcem – mówi pan Stefan. 

Zapytaliśmy resort obrony, czy minister Mariusz Błaszczak wie, że jeden z pracowników cywilnych wojska prowadzi głodówkę i jak zamierza zareagować? Tego jednak się nie dowiedzieliśmy. W odpowiedzi Centrum Operacyjne MON odpisało jedynie, że w połowie listopada został o tym poinformowany Pełnomocnik Ministra do Spraw Współpracy ze Związkami Zawodowymi.

"Natychmiast po otrzymaniu informacji o proteście zwrócono się do p. Ryszarda Stefana z wyjaśnieniem faktycznej sytuacji kadrowej pracowników wojska, prośbą o rozważenie możliwości zaniechania protestu i ewentualnym zaproszeniem do bezpośredniego kontaktu z MON" – czytamy w odpowiedzi. 

Gdy pytamy o to pana Stefana, ten nie kryje zdziwienia. - Nikt ze mną nie rozmawiał, nikt mnie o nic nie pytał, nikt mnie nigdzie nie zapraszał. To, co przełożonych interesowało, to wszelkie dane dotyczące mojej pracy i opinii służbowej. Tyle, że ta opinia jest bardzo dobra, więc nie można mi przypisać złej woli, czy wyrobić gęby lenia i wałkonia mającego problemy z dyscypliną. Tyle zrobiono – odpowiada oburzony.

O co walczą związkowcy?

Podwyżki przyznane im przez MON są minimalne. Związkowcy pytają, gdzie podziały się miliony, które w budżecie resortu miały pójść na wzrost ich wynagrodzeń, a gdzieś zniknęły. 

– Na podwyżki wykorzystano, tylko cześć pieniędzy z tej puli. Co się stało z resztą? Pomimo wielu pism resort milczy. Nie udziela nam informacji na ten temat – mówi Marek Kazimierczak prezes ZPW "TARCZA".

Onet również zapytał MON o to, jak rozdysponowano całą pulę pieniędzy, które miały trafić do pracowników cywilnych. Chodzi o miliony złotych. Na zwiększenie wynagrodzeń pracowników cywilnych wojska w ubiegłym roku resort zaplanował ponad 164,5 mln zł. Z wyliczeń związków zawodowych wynika, że na podwyżki przeznaczono ponad 105 mln zł.

Nie chcą jałmużny, chcą rozwiązań systemowych 

Zdaniem związków  zawodowych cały system wynagradzania pracowników cywilnych wojska, w którym obecnie panuje uznaniowość i bałagan, wymaga zmian systemowych. "Żenująco niskie płace zatrudnionych fachowców i specjalistów oraz wynagradzanie pracowników cywilnych wojska na poziomie minimalnych płac w kraju sprawia, że bardzo wielu pracowników odchodzi z pracy, nie mając nadziei na jakąkolwiek zmianę w tym zakresie" – napisali do ministra obrony Mariusza Błaszczak pod koniec września członkowie związku "TARCZA". Żądają przywrócenia dialogu społecznego ministerstwa obrony ze stroną związkową. 

- Do tej pory żaden z ministrów tego rządu nie spotkał się z nami – mówi Marek Kazimierczak. Związkowcy domagają się również przedstawienia polityki płacowej wobec pracowników cywilnych na najbliższe pięć lat.

– Na profesjonalizację i restrukturyzację wojska wydano dziesiątki miliardów złotych. Ta nowoczesna machina musi być obsługiwana przez wyspecjalizowany, godziwie zarabiający personel także cywilny. Nie wiem, czy ktoś w MON dziś wie, ilu pracowników wojska pracuje w armii i ilu wojsko będzie potrzebowało za kilka lat. O to nikt nie dba – mówi Marzena Zawada, wiceszefowa "TARCZY". 

Kolejny postulat dotyczy dokonywania transparentnego podziału środków na wynagrodzenia oraz określenia minimalnej płacy zasadniczej i przeciętnego poziomu płac w resorcie. – Zamiast zapewnić warunki godziwej pracy i płacy w resorcie obrony tworzy się system nagrodowy. Zapytaliśmy ministra obrony, dlaczego tak się dzieje, jednak nie uzyskaliśmy odpowiedzi – mówi Marzena Zawada. 

Związek skierował szereg petycji nie tylko do resortu obrony ale też do prezydenta Andrzeja Dudy, jako zwierzchnika sił zbrojnych. Ich żądania pozostają jednak bez odzewu.

– Poza kilkoma bezowocnymi spotkaniami z Wojciechem Drobnym, dyrektorem Departamentu Spraw Socjalnych, nikt nie chce się pochylić nad sprawą sytuacji socjalno – bytowej, w jakiej znajdują się obecnie pracownicy cywilni wojska - mówi Marek Kazimierczak. Z kolei Marzena Zawada dodaje: - Wobec takiej postawy władz, jeden z naszych kolegów Ryszard Stefan zdecydował się na protest głodowy. Bardzo niepokoimy się o jego zdrowie, ponieważ mijają kolejne tygodnie, a nikt z MON-u nie zamierza reagować. 

Z puszczańskich Mostów znaleźliśmy się w centrum wydarzeń

Pan Ryszard Stefan działalnością związkową zajmuje się od kilkunastu lat.

- Zdecydował o tym przypadek. Jestem byłym żołnierzem, oficerem lotnictwa. Służyłem w 2. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego "KRAKÓW" w Goleniowie. Przyszły nowe czasy i pod koniec lat 90. jednostka została skasowana. Nie chcąc szukać miejsca służby w innych rejonach kraju, odszedłem do cywila. Miałem wówczas 26 lat wysługi. To dawało mi niepełną emerytalną, dlatego musiałem poszukać pracy. Wówczas o pracę było jednak trudno – opowiada pan Stefan. 

Wojsko zaczęło wówczas wygaszać zasadniczą służbę wojskową, której żołnierze zajmowali się m.in. pilnowaniem jednostek i obiektów wojskowych. Armia sięgnęła po pracowników cywilnych. Zapadła decyzja o utworzeniu Oddziałów Wart Cywilnych.

- Trafiłem do 1. Regionalnej Bazy Logistycznej w Wałczu i do ochrony składów wojskowych w Mostach, gdzie pracuję do dziś. To było prawie 20 lat temu. Trafiło tam wówczas ze mną kilku byłych żołnierzy z pułku lotniczego. Reszta to byli cywile. Zaczęliśmy tworzyć oddział. Dogrywać się miedzy sobą – opowiada pan Stefan.

Ich praca w OWC polega na pilnowaniu składów i magazynów wojskowych w Mostach. Pracują po 12 godzin, a potem mają 48 godzina przerwę. - Praca nie jest łatwa, w dodatku czas płynie. Większość z nas ma już ponad 50 lat – pan Stefan opowiada, że kiedy został pracownikiem cywilnym wojska dostrzegł, że jest to grupa nie tylko bardzo słabo wynagradzana, ale też nie cieszy się szacunkiem wśród żołnierzy. o: Materiały prasowe

Dodaje jednak, że jego sytuacja nie jest zła w porównaniu z kolegami, którzy do OWC przyszli z cywila.

– Jako oficer starszy lotnictwa pobieram też emeryturę, która wynosi nieco ponad 2 tys. zł. Wiem, że wyobrażenie o emeryturach wojskowych wygląda inaczej, ale wiele się zmieniło przez lata. Teraz sierżant dostaje wyższą emeryturę niż oficer straszy, który odszedł z armii 20 lat temu – mówi pan Stefan. 

Jako żołnierz nie mógł angażować się w działalność związkową. - Nie wiedziałem nawet z czym to się je. Po kilku latach pracy w Mostach zapanowało u nas duże wzburzenie, bo związki zawodowe w RBLog w Wałczu podjęły decyzję, że pracownicy mojego składu dostaną podwyżkę o 50 zł mniejszą niż oni, ponieważ rzekomo dostajemy wyższe pensje. Co było nieprawdą. Żeby nie dać się okraść postanowiliśmy założyć własny związek. I nagle z małych puszczańskich Mostów, znaleźliśmy się w centrum wydarzeń uczestnicząc w rozmowach na tematy płacowe i socjalno-bytowe pracowników wojska. W Warszawie staraliśmy się, jak tylko było to możliwe walczyć o te prawa – mówi pan Stefan.

Już jako związkowiec był dwa razy w Sejmie na posiedzeniach sejmowej komisji obrony narodowej. – Pytałem posłów, jak zdesperowani ludzie, którzy głodują, bo ich pensje nie wystarczają na wyżywienie rodziny mogą rzetelnie wykonywać niebezpieczną pracę przy bombach i pociskach – wspomina.

Posłowie od prawej do lewej strony sceny politycznej kiwali głowami, a nawet zachęcali go do walki. Tyle że na koniec i tak nic się nie zmieniło.

 

Źródło: onet.pl



Ostry apel generałów na 100-lecie odzyskania Niepodległości. "Nie pozwólmy zniszczyć Polski"

7.11.2018 r
W czwartek ok. 100 emerytowanych generałów pojawi się na Placu Piłsudskiego,
żeby uczcić 100-lecie odzyskania przez Polskę Niepodległości. Mundurowi odczytają też specjalny apel skierowany do obecnych władz. Nie zabraknie w nim ostrych słów krytyki pod adresem rządu Prawa i Sprawiedliwości. Wirtualna Polska jako pierwsza dotarła do dokumentu.

Apel to efekt inicjatywy "100 generałów na 100-lecie Niepodległości". Wsród generałów, którzy podpisali się pod deklaracją są m.in. byli szefowie sztabu generalnego: Mieczysław Gocuł, Mieczysław Cieniuch, Tadeusz Wilecki, dowódcy generalni gen. Lech Majewski, Jarosław Różański, dowódcy służb: gen. Krzysztof Bondaryk, Gromosław Czempiński, Andrzej Anklewicz, Marek Dukaczewski, Marian Janicki, Adam Rapacki.

- W 1918 r. Polska po latach niewoli, wojen i nieszczęść powstała z niebytu i odrodziła się z trzech zaborów w jedno suwerenne i niepodległe państwo polskie – w Rzeczpospolitą Polską - rozpoczyna się apel. Według jego autorów, obecnie Polska jest Ojczyzną wszystkich Polaków. - I tych urodzonych, tworzących Ją przed 1989 rokiem i tych po 1990 roku. Odbudowana III RP i ostatnie dwudziestopięciolecie to najlepszy okres w historii Polski od ponad 300 lat - czytamy w dokumencie.

W dalszej części, byli mundurowi nawiązują do ustawy deubekizacyjnej, ale także do sytuacji w polskich służbach. - Nikt kto służył i pracował uczciwie nie może być wykluczony z polskości, nie wolno mu odmawiać patriotyzmu. Nie wolno dzielić obywateli na różne "sorty”. Polacy nie składają się z plemion. Obywatele Polski to Wspólnota. Nie pozwólmy zniszczyć Polski. Nie zgadzajmy się na niszczenie naszej Konstytucji. Na żołnierzach, oficerach Wojska Polskiego i innych polskich formacji mundurowych, na pracownikach polskiej administracji, na nas, na kolejnym pokoleniu polskiej inteligencji, spoczywa odpowiedzialność za państwo i jego niepodległość - alarmują sygnatariusze apelu.

- Dzisiaj zwracamy się w szczególności do oficerów Wojska Polskiego, Policji, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej, służb specjalnych i oficerów innych formacji mundurowych, jako wasi byli dowódcy i przełożeni - nie dajmy zniszczyć osiągnięć III RP, nie dzielmy Polaków, nie dajmy zmarnować zdobytej niepodległości. Nie zgadzajmy się na unieważnienie naszych życiorysów, wielu lat ciężkiej służby dla zapewnienie bezpieczeństwa i obronności naszej Ojczyzny. Pamiętajmy ciągle aktualne słowa marszałka Józefa Piłsudskiego – "Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości" - apelują byli generałowie.







Gen. Skrzypczak ostrzega: Armie NATO są w złej kondycji
    30.11.2018 r.
 
- Żołnierz obrony terytorialnej nie może biegać z kałachem po polu - mówił w #RZECZoPOLITYCE były dowódca wojsk lądowych i były wiceminister obrony narodowej, Waldemar Skrzypczak.
Jacek Nizinkiewicz – rozmowa z gen Waldemarem Skrzypczakiem, byłym wiceszefem MON, dowódcą wojsk lądowych.
Dlaczego pan w swojej najnowszej książce straszy Polaków tytułem, że „Jesteśmy na progu wojny”?
Świadomie użyliśmy tego tytułu, żeby zachęcić ludzi, by pochylili się nad problemami, które są tam opisane. Głównie nad zagrożeniami wynikającymi z tego, co się dzieje w globalnym świecie.
 Jesteśmy na progu nowej zimnej wojny?
Ta wojna już trwa od kilkunastu lat, o tym się nie mówiło, bo politycy wmawiali nam, że między Moskwą a Brukselą i Waszyngtonem jest miłość, która w zasadzie podszyta jest przez Putina tym, że on się zbroi, a cały czas nam wszystkim mydlił oczy. To mu się udało, bo armie NATO-wskie są w złej kondycji.
Pan pisze o tym, że NATO jest słabe i ONZ jest słabe.
ONZ w zasadzie nie spełnia żadnej roli, nie decyduje o obliczu świata, nie ma żadnego wpływu na cokolwiek. Prowadzi tylko akcje humanitarne i to w wąskim zakresie, mało skuteczne. Jeśli NATO się nie odbuduje, to będzie miało poważny problem w zakresie funkcjonowania i bycia przeciwwagą do tego, co w Europie stanowić może potencjał przeciw temu, czym dysponują Rosjanie.
Po jednej stronie jest Rosja, po drugiej są Stany Zjednoczone i NATO, a my jesteśmy ważnym sojusznikiem?
Jesteśmy ważnym i wiarygodnym sojusznikiem, bo od początku podkreślamy swoją misję w NATO. Bez NATO nie damy sobie rady z żadnym potencjalnym przeciwnikiem, a tym przeciwnikiem dla nas jest zawsze Rosja i tak będzie.
Rosja prowadzi wojnę cybernetyczną, propagandową?
Wojnę hybrydową, elementy tej wojny to między innymi cyberwojna, informacyjna, propagandowa. Wszystko to jest skierowane przeciwko zachodowi, UE i poszczególnym państwom UE. Po kryzysie z Ukrainą, Putin zdecydował, że jego zasadniczym celem jest osłabienie UE i dąży konsekwentnie do jej rozsadzenia. Udaje mu się ta w bardzo dużym zakresie, ponieważ te separatyzmy, nacjonalizmy które się odradzają w państwach UE kruszą jej siłę. To źle wróży, ponieważ państwa UE tworzą swoją siłą i potencjałem, NATO.
Taki trening Putin przeprowadził na Ukrainie wcześniej.
On przeprowadza ten trening bardzo skutecznie i udało mu się sterroryzować Ukrainę i tym co robi na Ukrainie terroryzuje UE i państwa sąsiednie, czyli państwa bloku wschodniego.
Kornel Morawiecki inaczej widzi tą sytuację i uważa, że to nie jest do końca tak, że Rosjanie najechali Ukrainę. Z Rosją trzeba rozmawiać wciągać ją do UE.
Nie ulega wątpliwości, że agresji dokonała armia rosyjska, czyli Putin uderzył na Ukrainę, w momencie gdy mogła wyjść z orbity wpływów Rosji. Zgadzam się z tym, że z każdym sąsiadem należy rozmawiać, z Rosją też.
Jak pan ocenia te prorosyjskie wypowiedzi ojca premiera?
Nasz rząd powinien zająć stanowisko w tej kwestii, ponieważ pan Kornel Morawiecki jest członkiem naszego parlamentu i uważam, że szczególnie po tej prawej stronie członkowie naszego parlamentu powinni mówić jednym głosem.
Premier powinien się odciąć od poglądów ojca?
Powinien zająć stanowisko w tej kwestii, nie krytykując, ale zająć takie, które będzie wykładnią stanowiska rządu polskiego w tej kwestii.
Czy Polska jest w polu zainteresowań Rosji?
Tak, jest postrzegana jako główny ”wichrzyciel” dla Putina, budujący potencjał UE i będzie odpowiedzialna za zagrożenia Rosji. Polska jest inspiratorem dążeń, żeby uzyskać taką zdolność militarną, żeby oprzeć się potencjalnej agresji Rosji.
Im bardziej podzielona Polska, im bardziej skonfliktowany naród, tym lepiej dla Rosji?
Zdecydowanie tak i to jest jednym z celów: rozbicie wewnętrznej jedności polskiego narodu. Polacy wewnętrznie są silnym monolitem, ale działania które prowadzi Putin i jego polityka mocno szkodzą jedności.
Rosja miała duży wpływ na wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych?
To zostało udowodnione, więc co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości. Rosjanie nie tylko tam oddziałują na przebieg wyborów, sądzę że w Europie zachodniej również mają duży wpływ na to co się dzieje, jeśli chodzi o wybory.
Czy jest ryzyko, że Rosja będzie próbować ingerować w wybory demokratyczne w Polsce?
Należy liczyć się z tym, że Rosjanie podejmą takie działania, żeby mieć wpływ na przebieg wyborów. Być może, żeby je zakłócić lub mieć swoje wyniki. Ważne jest to, żebyśmy oparli się tym wyzwaniom, które Rosjanie nam rzucają. Przede wszystkim chodzi o to by rząd który odpowiada za bezpieczeństwo państwa polskiego podjął takie działania, które zabezpieczą nas przed ingerencją Rosjan.
Jak Polska jest zabezpieczona przed ingerencją Rosjan, na ile nasze służby są silne?
Widać wyraźnie, po tych działaniach które prowadzą Rosjanie na terenie Polski, a wiemy, że działają na wszystkich frontach, łącznie z biznesem i polityką, że nasze służby nie są przygotowane w pełnym zakresie do tego, aby się tej inwazji oprzeć.
Pisze pan w książce, że historia lubi się powtarzać w 1939 w wyniku błędu polityków byliśmy osamotnieni. Najbardziej niebezpieczne są głosy tych którzy mówią, że powinniśmy opuścić UE, gdy wyjdziemy z Unii, wyjdziemy też ze strefy NATO, a gdy tak się stanie, wejdziemy we wschodnią strefę wpływów. Czy pan straszy, czy naprawdę jest ryzyko takiego scenariusza?
Nie straszę, mówię tylko o tym co nas czeka, jeśli będziemy popełniali błędy.
Może pan próbuje obudzić Polaków, czytelników?
Nie mam złudzeń. Moja wiedza powinna służyć temu, by Polacy mieli świadomość tego co nas czeka, jak będą takie działania niektórych polityków. Politycy są inspiratorem wszystkich złych rzeczy dla poszczególnych państw, w wyniku swoich błędów, tak jak było w 1939: Polska, samotna wyspa.
Teraz ten scenariusz się powtarza?
Mam nadzieję, że politycy takich błędów nie popełnią, które spowodują, że Polska będzie osamotniona. Jeśli będziemy na marginesie Europy, to będziemy łatwym kąskiem dla Putina. Wcale nie militarnym, a ekonomicznym.
Pisze pan, że jest zaskoczony skrajnym nacjonalizmem, faszyzacją niektórych obszarów naszego życia, przecież tak dotkliwie odczuliśmy jego skutki na własnej skórze podczas II wojny światowej. Rzeczywiście dochodzi do takich zjawisk?
Jeżeli dochodzi do napadów na ludzi na ulicach i napadów dokonują ludzie spod znaków, które są bardzo bliskie skrajnej prawicy, socjalizmowi nacjonalistycznemu to świadczy o tym, że degraduje się Polska scena polityczna. Ludzie pozwalają na takie napady, a pamiętamy z historii od czego zaczęło się w Niemczech, od napadów na żydów.
Będziemy wkrótce obchodzić rocznicę, gdy obył się Marsz Niepodległości na którym grupka osób niosła transparenty rasistowskie, ta grupka do dzisiaj nie została ukarana. To mogą być prowokacje coś co wpłynie źle na wizerunek Polski?
Trzeba by zbadać źródło działania tych ludzi, bo uważam, że są bezwolnym narzędziem.
Joachim Brudziński to sprawdzał, Zbigniew Ziobro miał to sprawdzać - i okazało się, że są właściwie bezkarni.
To znaczy, że ktoś stara się pokazać, że oni nic złego nie czynią. Uważam, że czynią wiele złego, bo psują wizerunek państwa polskiego na arenie międzynarodowej pokazując nasze narodowe szowinizmy, pokazują również rasizm i brak tolerancji dla innych. W Polakach tego wcześniej nigdy nie było       
Jak pan ocenia Polską armie pod rządami nowego ministra Mariusza Błaszczaka?
Armia się rozbudowuje, potencjał ludziki w armii jest coraz większy, to jest dobry kierunek. Decyzja o sformowaniu 4 dywizji jest uzasadniona. Natomiast nic się nie dzieje, jeśli chodzi o zmodernizowanie armii, potencjał armii nie wzrasta. Stawiamy na modernizację sprzętu poradzieckiego, konstrukcji przestarzałych, które na współczesnym polu walki nie spełnią żadnej roli. Trzeba odbudować potencjał sił zbrojnych, ale zastosować nowe technologię, bo w tej chwili nie ma szans na polu walki dla starych technologii, są bezużyteczne.
Antoni Macierewicz zapowiadał modernizację Polskiej armii, może było błędem jego zdymisjonowanie?
Niech pan pamięta, że to są politycy. Politycy dużo mówią a mniej robią. Taka jest Polska scena polityczna, politycy deklarują z prawej, lewej ze środka, że zmodernizują armię od 30 lat i żadnego postępu nie ma.
Lepiej jest w armii polskiej za Błaszczaka niż było za Macierewicza?
Jest spokojniej przede wszystkim, mniej się dzieje rzeczy dziwnych i niezrozumiałych. Armię trzeba dać wojskowym, niech oni dowodzą ciałami zbrojnymi a politycy powinni robić tę otoczkę polityczną, obronną która ma stanowić o sile Polskich sił zbrojnych.
Jak Antoni Macierewicz zapisał się w polskiej obronności?
Pozostaje w pamięci bardzo mocno to, co się stało z przetargiem na śmigłowce, jego anulowaniem i wile innych rzeczy, które zahamowały zakup. Miedzy innymi modernizacja polskich sił zbrojnych. W armii nadal funkcjonuje problem Nangar Khel, to jest syndrom wydarzeniu, które doprowadziło do aresztowania siedmiu polskich żołnierzy i do oskarżenia ich o zbrodnię ludobójstwa. Z której to zbrodni najbardziej cieszyli się Rosjanie, bo wszyscy nasi sojusznicy w NATO byli tym zaskoczeni. Nawet oficerowie amerykańscy bronili naszych żołnierzy publicznie, nie pomogło to nic, bo żołnierze byli oskarżeni i siedzieli.
Co z obroną terytorialną, jak ona funkcjonuje?
Funkcjonuje dobrze, entuzjazm Polskiej młodzieży taki pro-obronny jest dobrze wykorzystywany przez formacje OT. Ona jest potrzebna i uważam, że formacja OT powinna być uzupełnieniem potencjału wojsk operacyjnych, ponieważ brakuje nam wojsk operacyjnych. Wojska OT powinny być lepiej wyszkolone i wyposażone, bo to nie może być żołnierz, który biega z kałachem po polu, bo na przyszłym polu walki takich żołnierzy nie będzie. Jeżeli to wojsko będzie dobrze wyszkolone i dobrze doposażone, to może stanowić uzupełnienie potencjału wojsk operacyjnych.
Widzi pan entuzjazm w Andrzeju Dudzie, jeżeli chodzi o zainteresowanie kwestiami obronności? Prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych.
Entuzjazm to pojęcie, które nie pasuje do żadnego polityka, bo politycy są graczami, są wyrachowani. Armia zawsze była dobrym elementem gry, a często jak to mówię kwiatkiem do butonierki. Wszyscy w blasku armii się ogrzewają.
Andrzej Duda również?
Wszyscy, nie ma wyjątków.




To w końcu kto wygrał te wybory?

28.10.2018 r.

Mamy już oficjalne wyniki wyborów samorządowych, można więc postawić fundamentalne pytanie: kto właściwie wygrał? W przypadku wyborów lokalnych odpowiedź nigdy nie jest jednoznaczna. W ostatnich dniach sami widzieliśmy, jak może zmieniać się w czasie.

W niedzielę, gdy poznaliśmy wczesne exit polls, wydawało się, że PiS odniósł bardzo gorzkie zwycięstwo. Opozycja świętowała: maszyna PiS zatrzymała się, partia Kaczyńskiego nie działa już jak walec rozjeżdżający wszystko to, co stoi mu na drodze do władzy. Choć Koalicja Obywatelska przegrała wybory do sejmików, dobry wynik ludowców i świetne wyniki kandydatów na prezydentów miast popieranych przez Koalicję sprawiały wrażenie, że KO wywalczyła solidny, honorowy remis ze wskazaniem na nią.

Wszystko to zmieniły jednak dane spływające później. Sondaże z końca dnia i pierwsze cząstkowe wyniki przynosiły mniej korzystny dla opozycji obraz. Traciło PSL, PiS zyskiwał. Dziś widać, że skala zwycięstwa PiS w sejmikach jest większa, niż wydawało się to w niedzielę. Z kolei Koalicja Obywatelska utrzymała twierdze wielkich miast. Skala klęski, jaką PiS w nich poniósł wywraca narrację o partii, która ma jasny i niekwestionowany mandat społecznej większości. Wybory przyniosły geograficznie spolaryzowany, z trudem wywalczony remis między dwiema głównymi siłami. Bez wyraźnego wskazania na żadną z nich.

Fantastyczny wzrost poniżej ambicji

Dla PiS ten remis oznacza fantastyczny wzrost liczby kontrolowanych przez partię województw. Choć trzeba przyznać, że Nowogrodzka startowała z bardzo niskiego pułapu. Przed niedzielą PiS rządził tylko w jednym województwie z 16 – na Podkarpaciu.

Teraz wygrał wybory w aż 9 województwach, w 6 budując samodzielną większość. PiS kontroluje całą ścianę wschodnią, Małopolskę, Łódzkie i Świętokrzyskie. Jak podaje lokalna prasa, nawet na Dolnym Śląsku – w jednym z mateczników PO – PiS dogadał się z Bezpartyjnymi Samorządowcami i będzie rządził.

Można się spodziewać, że także w innych regionach emisariusze PiS będą obiecywać wszystko, co zaoferować może partia rządząca krajem i województwem, rozważającym ewentualny transfer do drużyny Kaczyńskiego radnym wojewódzkim z spod sztandarów Polskiego Stronnictwa Ludowego, Bezpartyjnych Samorządowców, lokalnych komitetów, czy nawet SLD.

Pytanie tylko, na ile ten wzrost zgodny jest z ambicjami partii. Jak podawała „Gazeta Wyborcza”, prezes Kaczyński miał liczyć na wynik zbliżony do najlepszych sondażowych notowań PiS. Najbardziej korzystne sondaże dawały przecież PiS nawet 40 proc. poparcia, a Koalicji Obywatelskiej mniej niż 20 proc.. Faktyczne wyniki okazały się dużo bardziej wyrównane. Wielkie miasta wyraźnie pokazały też granice wzrostu PiS. Stanowcza odmowa rozmów o koalicji ze strony PSL w sejmikach każe zastanowić się w partii nad tym, czy polityka wojny ze wszystkimi, obniżająca zdolność koalicyjną rządzących do zera, nie jest samobójczą taktyką.

Kontrolowany upadek

Dla Koalicji Obywatelskiej, a ściślej PO te wybory miały być kontrolowanym upadkiem. Przed niedzielą PO była hegemonem Polski lokalnej. Od kilku dni już nie jest. Jak kontrolowany ten upadek by nie był, z pewnością musi boleć. Głównie działaczy żyjących do tej pory z lokalnego samorządu. Co dla KO najgorsze, PiS ma szansę na władzę na tych obszarach, gdzie mało kto się tego spodziewał. Na czele z regionem przewodniczącego Schetyny, Dolnym Śląskiem.

Jednocześnie realne straty KO byłyby mniejsze, gdyby aż tak dużej liczy radnych wojewódzkich nie stracił w tym roku PSL. Koalicja Obywatelska zdobyła też wielkie miasta – część już w pierwszej turze. Politycznie i wizerunkowo skala sukcesu w Poznaniu, Łodzi, czy zwłaszcza w Warszawie równoważy częściowo straty w województwach. Ocalenie władzy stolicy jest także ważne z punktu widzenia zarządzania partią – to etaty dla licznych działaczy, niezwiązanych z partią, ale mogących jej pomóc aktywistów itd.

Ruchy wewnętrzne

Ocalenie Warszawy i innych dużych miast powstrzyma pewnie ruchy wewnętrzne w PO. Warszawski sukces zamyka przynajmniej do następnych wyborów usta krytykom Grzegorza Schetyny we własnym obozie. Mimo tego, że nie jest tajemnicą, że to nie Trzaskowski był preferowanym przez Schetynę kandydatem w stolicy, a we Wrocławiu lider PO chciał postawić na Kazimierza Michała Ujazdowskiego – co musiałoby się skończyć wyborczą katastrofą.

Jedyną osobą, która miałaby ewentualnie mandat, by zakwestionować przywództwo Schetyny jest dziś Rafał Trzaskowski. Ten zaś będzie zbyt zajęty nowym dla niego zadaniem zarządzania miastem o budżecie kilkunastu miliardów złotych, budowaniem własnej ekipy, poszukiwaniem najlepszych współpracowników.

W PiS nikt przywództwa Kaczyńskiego w żadnym scenariuszu kwestionować nie będzie. Pewnie wiele osób winę za wynik poniżej oczekiwań chciałoby zrzucić na premiera Morawieckiego. Szef rządu wydaje się jednak chwilowo przynajmniej niezagrożony. Po pierwsze, Kaczyński jednoznacznie stanął za nim w najbardziej kryzysowych momentach (taśmy, wyniki exit polls). Po drugie, jeden z kluczowych konkurentów Morawieckiego z rządu, minister Zbigniew Ziobro, sam mógł przyczynić się do słabszego wyniku swoim zupełnie nieprzemyślanym wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie zgodności traktatu o Unii Europejskiej z polską konstytucją.

Największym przegranym wyborów w obozie władzy wydaje się Patryk Jaki. To on zrobił w tych wyborach najwięcej koncesji pod adresem centrum: wypisał się z Solidarnej Polski, zapewniał, ze nie ma nic przeciw paradom równościom i in vitro, sięgnął po związanego z lewicą Piotra Guziała. Nic nie pomogło, przegrał z kretesem. Jak donosi „Do Rzeczy”, w PiS pojawiła się koncepcja, by „w nagrodę za pracę w kampanii” Jaki miał dostać „biorące miejsce” w przyszłych eurowyborach. Nagroda to dość dwuznaczna. Europarlament to tyleż bardzo atrakcyjna finansowo na tle płac polskich polityków oferta, co w realiach PiS rodzaj politycznego zesłania. Euromandat pozwoli Jakiemu zarobić, a jednocześnie na kilka lat wyłączy go z krajowej politycznej gry.

Bez nokautu

Podsumowując, ani PiS nie zadał – jak liczył – Koalicji Obywatelskiej nokautującego ciosu, ani KO nie wypadła tak dobrze, jak z początku się wydawało. Wyniki pokazują, że oba wyborcze starcia w następnym roku nie mają oczywistego zwycięzcy. Zwłaszcza, że na pewno pojawią się w nich nowi gracze.

Newsweek.pl




TSUE zawiesza PiS-owską ustawę o Sądzie Najwyższym

19.10.2018 r.
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał postępowanie zabezpieczające w sprawie zmian w polskim Sądzie Najwyższym. Chodzi o uchwalone przez PiS przepisy, którymi partia rządząca usiłowała odesłać na emeryturę sędziów SN po 65. roku życia.

Tym samym TSUE przychylił się do wniosku KE o przywrócenie w SN stanu sprzed wejścia w życie przepisów przewidujących obniżenie wieku emerytalnego sędziów z 70 do 65 lat. Zgodnie z tymi regulacjami 27 spośród 72 czynnych sędziów SN miało przejść w stan spoczynku, włącznie z pierwszą prezes Małgorzatą Gersdorf.

TSUE chce by sędziowie, którzy w świetle nowych przepisów już zostali wysłani na emerytury, byli przywróceni do orzekania. „Postanowienie wiceprezesa Trybunału znajduje zastosowanie z mocą wsteczną do sędziów Sądu Najwyższego, których te przepisy dotyczą” - podkreślono w decyzji. Wstrzymane ma również być mianowanie nowych sędziów na miejsca tych, którzy zostali wysłani na emeryturę.

Co oznacza zabezpieczenie TSUE?

Jak pisze na portalu Deutsche Welle wieloletni ekspert ds. Unii Europejskiej Tomasz Bielecki postanowienie o środkach tymczasowych, które podjęła wiceprezes TSUE Rosario Silva de Lapuerta, nie przesądza o ostatecznym wyroku, na który przyjdzie poczekać miesiące. Jednak samo zarządzenie środków tymczasowych oznacza przekonanie Trybunału, że skarga Komisji Europejskiej zawiera poważne podstawy.

Decyzja zabezpieczająca, tzw. środki tymczasowe, obowiązuje państwo członkowskie natychmiastowo po jej wydaniu. Nie ma od niej odwołania, ale nie jest ona ostateczna. W ciągu kilku tygodni odbędzie się bowiem rozprawa w Trybunale, podczas którego Polska i Komisja Europejska będą przedstawiać swoje argumenty. Po niej sąd wyda ostateczną decyzję co do zawieszenia przepisów o Sądzie Najwyższym. Będzie ona obowiązywać do czasu wydania ostatecznego orzeczenia w sprawie skargi KE na ustawę dotyczącą SN; orzeczenie to może zostać wydane za kilka miesięcy.

Podobnie oceniają sprawę polscy prawnicy. - Zabezpieczenie oznacza, że do czasu rozstrzygnięcia sporu między Polską a Komisją należy zostawić Sąd Najwyższy w spokoju i przywrócić zasady sprzed 3 lipca, w tym przywrócić na stanowiska sędziów przeniesionych przymusowo w stan spoczynku - tłumaczyła reporterowi reporterowi Onetu gdańska sędzia Dorota Zabłudowska.

Czy Polski rząd zastosuje się do orzeczenia?

Przebywający w Brukseli premier Mateusz Morawiecki przyznał, że rząd dostał zawiadomienie ze strony TSUE. – Ustosunkujemy się do niego po przeanalizowaniu. Myślę, że przekonałem kilku przywódców, jak bardzo ta reforma jest potrzebna – powiedział.

Gorzej poinformowana była rzeczniczka PiS, Beata Mazurek, która informację o działaniach TSUE nazwała wiadomością medialną. Zapewniła jednak, że Polska jest członkiem UE i będzie postępować zgodnie z obowiązującym prawem Wspólnoty.

Pierwsze reakcje polityków z obozu władzy wydają się jednak wskazywać, że Polska zastosuje się do postanowienia. – Jeżeli mówimy o tym, że pan prezydent - tak przynajmniej wynika z tych przekazów medialnych - nie może powołać I prezesa Sądu Najwyższego, przypominam nie uczynił tego do tej pory. Jeżeli nie może powoływać sędziów, którzy odeszli w stan spoczynku, to wydaje się, że trzeba jakieś decyzje podjąć i powinien je podejmować polski rząd. Być może jedną z takich decyzji mogłaby być decyzja o nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym – mówił w radiu RMF FM rzecznik prezydenta Błażej Spychalski.

Jak dodał, nowelizacja ta miałaby zmierzać na przykład do przywrócenia poprzedniego stanu prawnego. Zaznaczył równocześnie, że Kancelaria Prezydenta czeka na oficjalne dokumenty w tej sprawie.

Źródło: Onet, PAP




PiS odmraża ustawę o dezubekizacji armii. Będą mniejsze emerytury dla wojskowych

11.10.2018 r.

Sejm wraca do prac nad ustawą o obniżeniu rent i emerytur dla żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego. Biuro Analiz Sejmowych opublikowało niedawno opinię o projekcie ustawy, z której wynika, że jest ona niezgodna z konstytucją.

Rządowy projekt ustawy o zmniejszeniu rent i emerytur żołnierzy jest bardzo podobny do przyjętej w grudniu ustawy obniżającej świadczenia funkcjonariuszom policji.

W projekcie zapisano, że każdy żołnierz, który przed 31 sierpnia 1990 roku przepracował choćby jeden dzień w jednostce podległej MON, Informacji Wojskowej, Wojskowej Służbie Wewnętrznej czy „innych służb Sił Zbrojnych prowadzących działania operacyjno-rozpoznawcze lub dochodzeniowo-śledcze” straci przywileje emerytalne. Niższe świadczenia mają dostać nie tylko żołnierze zawodowi, ale również ci, których objęła zasadnicza służba wojskowa i pracownicy cywilni.

Jak szacuje się obejmie to od 12 do 20 tys. osób i ma przynieść rządowi zysk od 200 do 300 mln zł rocznie.Po przyjęciu ustawy obniżającej świadczenia funkcjonariuszom policji prace nad dezubekizacją wojska wstrzymano. W kwietniu na stronie biura analiz sejmowych ukazała się opinia do projektu uchwały, co prawdopodobnie oznacza jej "odmrożenie".

źródło: money.pl


Bezpieczeństwo Polski A.D. 2018

6.10.2018 r.

Nasz kraj od powstania był targany licznymi konfliktami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Specyficzne ułożenie geopolityczne postawiło nas w wiecznym rozkroku między Wschodem i Zachodem – co wielokrotnie generowało kolejne zagrożenia. Polacy zawsze byli narodem czuwającym i gotowym do walki. Czy w 2018 roku jesteśmy bezpieczni? Jakie są nasze główne zagrożenia? Analizujemy to w ramach cyklu tekstów na stulecie odzyskania niepodległości.Foto: Marcin Bielecki / PAP

·      W przypadku Polski najważniejszą organizacją, która pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo jest NATO. Istotną strukturą jest również Unia Europejska, która stabilizuje nasz system w nieoczywisty (bo nie militarny) sposób.

·         Zdaniem ekspertów polski system bezpieczeństwa narodowego nie jest optymalny

·         Nasz potencjał militarny wypada słabo w porównaniu do sąsiadów, przy wzięciu pod uwagę teoretycznego konfliktu zbrojnego.

·         Zagrożeń czyhających na Polskę jest mnóstwo. Niektóre udaje się poskromić, jednak część ewoluuje i zmienia się, a zdrowy system bezpieczeństwa musi sobie z nimi radzić.

Czym jest bezpieczeństwo? Czy można potraktować je uniwersalnie, skoro jest to indywidualny stan dający poczucie pewności i gwarancji istnienia? Na każdym kroku możemy spotkać coś, co to poczucie może zachwiać - ruchliwa droga, ciemna uliczka czy chyboczące rusztowanie, a nawet śliska podłoga w łazience czy szkodliwe związki znajdujące się w tym co spożywamy i czym oddychamy. Gdyby człowiek świadomie analizował każde najmniejsze zagrożenie, które na niego czyha - niechybnie wpadłby w paranoję - nauczyliśmy się więc część ignorować lub radzić sobie z nimi automatycznie.

Inaczej ma się jednak sprawa z bezpieczeństwem na gruncie społecznym czy państwowym. Tu ludzie, ramię w ramię na przestrzeni wieków, musieli wytworzyć lub wypracować pewne systemy, które pomogą zachować im byt na poziomie narodowym, regionalnym, a nawet międzynarodowym.

Z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości, zastanówmy się jak wygląda bezpieczeństwo narodowe Polski. Co nam grozi i czym przed zagrożeniami możemy się bronić?

Układ międzynarodowy

Choć nasz kraj nie zaznał konfliktu wewnętrznego ani zewnętrznego na pełną skalę od końca II wojny światowej, to nie można powiedzieć, by ostatnie ponad 70 lat było w pełni spokojne. Powojenna odbudowa, państwo podziemne, żelazna kurtyna, radziecka okupacja, zimna wojna, brutalnie tłumione strajki robotnicze, służby bezpieczeństwa zwalczające własny naród, przemiany polityczne i gospodarcze oraz towarzysząca wymienionym zjawiskom bieda. To rzeczywistość zaledwie 45 lat PRL-u. Choć teoretycznie panował pokój, dla większości dopiero obalenie w Polsce komunizmu pod koniec lat 80. okazało się kluczem do realnego bezpieczeństwa pod batutami najpierw NATO, a potem Unii Europejskiej.

Realista historyczny czy polityczny wie jednak, że ten stan nie jest wieczny, bo też wieczny nie jest żaden pakt ani sojusz.

Jak chroni nas NATO?

W Sojuszu Północnoatlantyckim Polska znajduje się od 12 marca 1999 roku, od tego momentu też przysługuje nam swoisty parasol ochronny, jakim niewątpliwie jest protekcja najpotężniejszego członka Sojuszu – Stanów Zjednoczonych. Lecz NATO to nie tylko USA i ich narzędzia dyplomatyczne. NATO to 29 krajów, które razem posiadają kilka milionów etatowych żołnierzy, z potencjałem poborowym kilkudziesięciu milionów jednostek. Większa część sojuszu posiada nowoczesne uzbrojenie, a same Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja – także broń jądrową – największy straszak wojenny i wynalazek realnie gwarantujący bezpieczeństwo i status quo. I nie mówimy tu o kilku bombach - tylko o tysiącach ładunków zdolnych całkowicie zniszczyć potencjalnego przeciwnika. A wszystko to uwarunkowane prawnymi aspektami.

Przytoczmy artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego: Strony Zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy artykułu 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie, jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.

Wiadomo czym NATO jest dla Polski. Czym jednak Polska jest dla NATO i dlaczego Sojusz miałby traktować nasz kraj jako ważny element struktury? Odpowiedź jest prosta i opiera się o zwykłą kalkulację - Rzeczpospolita stanowi flankę NATO, jej strategiczne położenie jest niezbędne dla Waszyngtonu do prowadzenia działań politycznych czy zbrojnych w kierunku wschodnim, tam gdzie znajduje się naturalny rywal NATO - Rosja (a więc spadkobierca ZSRR - Sojus). Reasumując – Sojusz Północnoatlantycki stanowi ogromny, stabilny i niezwykle ważny punkt odniesienia w bezpieczeństwie międzynarodowym Polski. Jego rozpad oznaczałby radykalne odsłonięcie naszego kraju choćby na zagrożenie ze wschodu.

Czy Unia Europejska gwarantuje bezpieczeństwo?

Choć Unia Europejska nie jest sojuszem wojskowym, to pełni niewątpliwie ważną funkcję w zachowywaniu bezpieczeństwa Polski. Unia Europejska związuje i integruje państwa pod względem politycznym i gospodarczym. Konflikty i różnice interesów rozstrzyga się za pomocą politycznych wpływów w legalnie działających instytucjach i organach unijnych.

Unia Europejska nie jest w stanie wziąć militarną odpowiedzialności za bezpieczeństwo kontynentu. Jej narzędzia, typu Europejskie Siły Szybkiego Reagowania czy Grupy Bojowe Unii Europejskiej, nie stanowią realnej siły, która mogłaby z powodzeniem bronić Europy. Podobne zdanie ma wielu ekspertów z dziedziny wojskowości.

Sama organizacja jednak wywołuje klimat do dyskusji i narzuca prawne ramy, które nie tylko dążą do uformowania statusu bezpieczeństwa na gruncie kontaktów Europa - reszta świata, ale przede wszystkim stabilizują i trzymają w komitywie wszystkich członków Unii. W tym także kraje, które na przestrzeni wieków funkcjonowały we wzajemnej niechęci lub wrogości, np. Francja-Niemcy lub Niemcy-Polska czy Włochy-Austria.

Także na gruncie narodowym Polska kształtuje swoje bezpieczeństwo w zgodzie z wizją integracji europejskiej opartej na doktrynie ponadpaństwowości. W zglobalizowanym świecie poszczególni członkowie, w tym Polska, mieliby problem by skutecznie rywalizować na arenie międzynarodowej. Unia Europejska, ze swoimi zaletami i wadami, daje możliwość szerszego zaistnienia w relacjach międzykontynentalnych oraz handlu globalnym, choć w dużej mierze zależy to od tego jaką pozycję Polska wywalczy sobie w samej Unii. Mimo wszystko taka stabilizacja na szerszym gruncie niewątpliwie pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo kraju.

System bezpieczeństwa narodowego

System bezpieczeństwa narodowego to całość sił (podmiotów), środków i zasobów przeznaczonych przez państwo do realizacji zadań w dziedzinie bezpieczeństwa, odpowiednio do tych zadań zorganizowana (w podsystemy i ogniwa), utrzymywana i przygotowywana. Składa się z podsystemu (systemu) kierowania i szeregu podsystemów (systemów) wykonawczych, w tym podsystemów operacyjnych (obronny i ochronne) i podsystemów wsparcia (społeczne i gospodarcze) - brzmi definicja podana przez autorów Białej Księgi Bezpieczeństwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej z 2013 roku. Samo skomplikowanie opisu obrazowo pokazuje, jak rozbudowany jest system bezpieczeństwa narodowego. System, który zdaniem twórców Białej Księgi, nie jest optymalny.

Kto ocenił, że polski system jest nieoptymalny? To dziesiątki osób zaangażowanych w powstanie dokumentu, od generałów wojska polskiego, pracowników Biura Bezpieczeństwa Narodowego, przez byłych ministrów, uczonych, pracowników wielu departamentów rządowych, po udział służb typu ABW, BOR czy Policja. A to zaledwie cząstka osób i organów, które uczestniczyły w powstaniu Białej Księgi. Ich opinia daje więc realne pojęcie o stanie systemu bezpieczeństwa narodowego Polski.

Jako problemy wskazują oni przede wszystkim to, że poszczególne podsystemy operacyjne i podsystemy wsparcia działają według mało spójnego podsystemu kierowania bezpieczeństwem narodowym. To z kolei, zdaniem ekspertów, utrudnia synergię. Kompetencje poszczególnych podmiotów są rozproszone lub powielone, istnieje zbyt wiele organów planistycznych, a koordynacja między nimi jest ograniczona. Problemem jest także brak spójnego prawa, które regulowałoby skutecznie kierowanie podsystemami bezpieczeństwa. Część środków i sił jest marnowana przez, albo luki kompetencyjne, albo dublowanie wysiłków - to, zdaniem twórców Białej Księgi, przesądza o nieekonomiczności i nieefektywności systemu.

Co w skrócie składa się na system bezpieczeństwa? Mnóstwo organów, stanowisk i funkcji. Są to zarówno władze ustawodawcze i wykonawcze, jak i wymiar sprawiedliwości czy Konstytucja ustalająca ramy państwa. Są to wszelkie rodzaje wojsk, sił i służb specjalnych. To także system zdrowotny, gospodarczy, edukacji. Podsystemem wspierania bezpieczeństwa jest nawet tożsamość narodowa, badania naukowe czy demografia i media.

Czynników i aspektów jest tak wiele, że w tym tekście poruszymy tylko kwestię najbardziej uchwytną i oddziałującą na wyobraźnię, a także odnoszącą się do areny międzynarodowej.

Potencjał militarny RP

Polska znajduje się na 22. miejscu na świecie pod względem potencjału militarnego. Tak przynajmniej twierdzi portal zajmujący się analizą danych dotyczących 136 sił wojskowych świata. Ranking Global Firepower (GFB) grupuje i klasyfikuje konwencjonalny potencjał wojskowy każdego kraju, biorąc pod uwagę siły lądowe, morskie i powietrzne. Wyniki zbudowane są na podstawie wartości związanych z zasobami, finansami i geografią, z ponad 55 różnymi czynnikami, które ostatecznie formują coroczny ranking.

By przedstawić potencjał polskich sił zbrojnych, posłużymy się porównaniem najbardziej nawiązującym zarówno do historii naszego kraju, jak i samego położenia geograficznego. Sprawdzimy więc, jak polskie wojsko wypada przy rosyjskiej i niemieckiej sile. Potęga militarna sąsiada zza Odry znajduje się na 10. miejscu, zaś rosyjska na 2. w rankingu GFP. Twórcy klasyfikacji ocenili więc siłę obu krajów jako większą niż polską (znajdującą się na 22. miejscu). Jak ma się to do liczb?

Choć w przypadku liczebności armii zawodowej, różnica między Niemcami i Polską wydaje się duża (178 tys. do 109 tys.), wrażenie to znika po uświadomieniu sobie, ilu żołnierzy liczy armia rosyjska (ponad milion).

Niemcy mają w odwodzie 30 tys. rezerwistów, Polska 75 tys., zaś Rosja... ponad 2,5 mln. Z całej trójki Polska ma najmniejszy budżet obronny. Choć szczycimy się, że wydajemy 2 proc. PKB na wojsko, w przeliczeniu stawia nas to kilka kroków za Niemcami (którzy wydają na zbrojenie pięć razy więcej) oraz o całe mile za Rosją (która wydaje prawie 50 razy więcej). 

Pod względem sprzętu także nie wypadamy najlepiej. Mamy mniej maszyn powietrznych niż nasz zachodni sąsiad - zarówno samolotów jak i helikopterów. Także ponad cztery razy mniej lotnisk zdolnych do ich obsługi. Niemcy, przynajmniej ilościowo, ale raczej także jakościowo (biorąc pod uwagę finansowanie), pokonaliby nas na również na morzu - w tej sferze także nie domagamy ilościowo.

To w czym jesteśmy lepsi, to z pewnością liczebność artylerii i wyrzutni rakietowych oraz czołgów. Tych ostatnich Niemcy mają 432, Polska zaś ponad tysiąc. Istnieją jednak różne opinie odnośnie jakości i wieku naszych pojazdów.

Rozważanie konfliktu zbrojnego między Niemcami i Polską nie należy jednak brać bardzo poważnie. Nasze kraje związane są surowymi i stabilnymi zasadami opisanymi w traktatach NATO i Unii Europejskiej. Także nasze gospodarki są od siebie zależne. Niemcy należy traktować jako sojuszników Polski. Inaczej się ma sprawa z Rosją, która ze swoją ekspansjonistyczną polityką może być traktowana jako realne zagrożenie dla bezpieczeństwa naszego kraju. Choć w przypadku konfliktu ze wschodnim niedźwiedziem liczymy, że nie musielibyśmy być sami, a stanęłaby za nami cała potęga NATO - zastanówmy się, co by było gdybyśmy jednak musieli w pojedynkę odeprzeć rosyjską agresję.

Rzecz jasna Rosja nie rzuciłaby przeciwko nam całej swojej siły, ale warto poznać proporcje. Rosja posiada dziesięć razy więcej maszyn powietrznych i ponad siedem razy więcej transporterów. Ilością czołgów mogliśmy się pochwalić w porównaniu do Niemiec, nie jest tak już w przypadku Rosji, która posiada ich aż 20 razy więcej niż my. Problem mielibyśmy także z rakietami spadającymi na nas z nieba, a sami nie bylibyśmy w stanie odpowiedzieć tym samym - Rosja posiada około 28 razy więcej jednostek ruchomej i stacjonarnej artylerii czy wyrzutni rakiet. Bezsilni bylibyśmy także na morzu, bowiem Rosja posiada tam około cztery razy więcej jednostek - a to wszystko w przypadku konwencjonalnego konfliktu. Gdyby konflikt przemienił się w wojnę totalną, wszystko to nie miałoby znaczenia w obliczu posiadanego przez Rosję potencjału jądrowego.

Powyższe dane, to jedynie wybrane wartości i jednostki - pokazują one jednak skalę różnic między naszymi siłami zbrojnymi i podkreślają, że w przypadku ewentualnego konfliktu, pomoc państw NATO jest dla nas niezbędna.

Główne zagrożenia dla Polski

Zagrożenia to kolejny aspekt, który można sklasyfikować wielorako. Istnieją zagrożenia zewnętrzne i wewnętrzne. Można wyróżnić zagrożenia polityczne, militarne, ekonomiczne, społeczne, ekologiczne, czy informacyjne i cybernetyczne. Jednym ze wspomnianych już wcześniej zagrożeń może być zachwianie równowagi areny międzynarodowej, które doprowadziłoby do realnego konfliktu militarnego (konwencjonalnego lub niekonwencjonalnego). Potencjalnym przeciwnikiem może być Rosja, szczególnie w myśl konfliktu na Ukrainie, który pozostaje w zamrożeniu czy też w ramach przeniesienia ośrodków walki z Syrii do innych punktów. To, co zwiększyłoby szansę na taki konflikt z pewnością byłby rozpad struktur NATO lub UE.

Innym zagrożeniem są kryzysy społeczne i polityczne, te które trwają lub te, które mogą rozgorzeć. Wśród nich z pewnością jest trwający (umownie) od 2015 roku kryzys migracyjny w Europie, stanowiący kość niezgody między poszczególnymi krajami Unii. Niekontrolowana migracja generuje także inne zagrożenia, zarówno dla migrujących jak i dla mieszkańców krajów odbierających.

Kolejnymi zagrożeniami z pewnością są radykalne ideologie religijne i polityczne oraz idące za nimi terroryzm, cyberterroryzm i konflikty militarne. Terroryzm uderza w ludność cywilną, w państwowe instytucje, atakuje brutalnie i z ukrycia. Coraz groźniejsza staje się cyberprzestępczość, której siła zależy od słabości informatycznej i technologicznej państwa i podlegających mu instytucji. Na stan bezpieczeństwa w kraju działają też nieodpowiedzialne decyzje polityczne władz, zachwianie ustrojem oraz kreowanie podziałów w społeczeństwie.

Wspominając o podziałach w społeczeństwie - od kilkunastu lat obserwujemy w Polsce pogłębiający się podział polityczny skojarzony wokół dwóch obozów politycznych. Zwolennicy obu stron posuwają się do coraz bardziej radykalnych sposobów prezentowania własnych poglądów. Wśród nich na porządku dziennym funkcjonuje już mowa nienawiści w internecie i na manifestacjach, a nawet różnego rodzaju palenie kukieł i przemoc fizyczna. Wszystko to przy poklasku i aprobacie elit politycznych. Taki rodzaj ekspresji i fanatyzmu politycznego może wywołać jedno z najgorszych, najbardziej smutnych i często najbardziej krwawych zagrożeń dla zdrowego państwa - wojny domowej.

Pojawiające się problemy mogą dotyczyć także szeroko rozumianej ekologii i ochrony środowiska. Żyjemy w czasach przyspieszania zmian klimatu, towarzyszą nam więc gwałtowne reakcje pogodowe. Choć Polska geograficznie znajduje się wciąż w miejscu stosunkowo umiarkowanym klimatycznie, coraz częściej dostrzegamy rosnące na sile żywioły oraz zmieniające się warunki pogodowe poszczególnych pór roku. Z tym wszystkim na co dzień muszą sobie radzić nie tylko służby, ale także cywile mozolnie odbudowujący straty osobiste i materialne. Polacy oddychają powietrzem, które plasuje się w czołówce pod względem słabej jakości - niszcząc nie tylko nasze zdrowie, ale również obniżając prestiż kraju oraz naruszając bezpieczeństwo energetyczne.

Część wymienionych wyżej zagrożeń, to procesy, przeciwko którym wciąż nie znaleziono skutecznej ochrony. Niektóre trwają, postępują, inne rozwijają się i ewoluują. Z jeszcze innymi służby skutecznie walczą, a cywile nawet nie zdają sobie z tego sprawy.

Kilka aspektów w polskim systemie bezpieczeństwa wymaga jednak gruntownego dopracowania.

Po pierwsze - choć korzyści wynikające z sojuszu z USA oraz uczestniczenie w NATO dają duże zabezpieczenie - zbyt mocno się do tego przywiązujemy. To samo zaangażowanie i wysiłki, które są przeznaczane na "załatwianie" baz amerykańskich w Polsce, powinny być spożytkowane na modernizację i doskonalenie polskiej armii. Brakuje nam nowoczesnego sprzętu, sprawnych systemów wczesnego ostrzegania czy rozbudowanej struktury przeciwlotniczej.

Po drugie - jak wskazali twórcy Białej Księgi – polski system bezpieczeństwa jest pełen luk. Poszczególne organy powielają się kompetencyjnie. Lub przeciwnie - niektóre funkcje i mechanizmy są pominięte. Wymaga to gruntownej reformy i potężnego audytu, ponieważ dotyczy dziesiątek organizacji, służb i jednostek, które należy ze sobą skutecznie i efektywnie związać.

Po trzecie - potrzebujemy lepszej polityki energetycznej, która stanowi nieodzowny element bezpieczeństwa kraju. Brakuje nam dywersyfikacji źródeł gazu, wciąż polegamy przede wszystkim na gazie z Rosji, jednocześnie dajemy się osaczać projektami typu Nord Stream 2. Nie wspominając o olbrzymim uzależnieniu od węgla, co czyni nas europejskim trucicielem. Musimy pamięć, że w ten sposób narażamy bezpieczeństwo zdrowotne nie tylko sąsiadów, ale przede wszystkim własnych rodaków.

 

 

Źródło: wiadomości onet.pl



Pentagon zamówił pierwszy zestaw Patriot dla Polski

01.10.2018 r.

Departament Obrony USA właśnie zamówił pierwszą partię Patriotów dla Polski. Dzięki nim będziemy mogli obronić się przed potencjalnym atakiem rakietowym z obwodu kaliningradzkiego.

Kontrakt wart jest 17,5 mld zł. Realizacja pierwszej partii pochłonie ok. 1/3 tej kwoty. Kontrakt ma strategiczne znaczenie dla Polski w regionie. Wszystko za sprawą Rosji, która rozlokowała w graniczącym z Polską obwodzie kaliningradzkim wyrzutnie rakiet Iskander-M. Mogą one być uzbrojone w głowice nuklearne, choć nigdy nie zostało to oficjalnie potwierdzone przez Rosję. Iskandery z Kaliningradu zasięgiem obejmują centralną Polskę.

W tej chwili Wojsko Polskie nie dysponuje własnym uzbrojeniem zdolnym zestrzelić lecący pocisk Iskander-M. Jesteśmy bezbronni. Dlatego Polsce tak potrzebne są Patrioty. One akurat są zdolne do strącania rakiet balistycznych w ostatniej fazie lotu, czyli zaraz przed uderzeniem w cel.

Patrioty kojarzone są przede wszystkim z wyrzutniami rakiet, jednak pod tą nazwą kryje się system antyrakietowy. Oprócz wspomnianych wyrzutni są to: radary, stacja łączności, centrala kontroli ognia, generatory prądotwórcze, wozy amunicyjne, pojazdy techniczne, centrum dowodzenia i inne pojazdy wspierające.

W pierwszym etapie Polska nie dostanie rakiet. Portal defence 24 spekuluje,że w ramach tej umowy zbudowane i dostarczone Polsce zostaną główne elementu systemu Patriot: elementy dowodzenia, wyrzutni, stacje kontroli ECS, radary sektorowe. Zamówienie nie obejmuje natomiast samych rakiet. Wszystko dlatego, że takie kontrakty realizowane są zwykle przez więcej niż jedną firmę. W tym przypadku pierwszą część kontraktu realizuje firma Raytheon, same rakiety dostarczy zaś Lockheed Martin.

A wszystko za pośrednictwem amerykańskiego rządu. Zaawansowane uzbrojenie, takie jak Patriot, nie może być kupowane przez kraje bezpośrednio od producenta. To rząd USA zamawia uzbrojenie i wyposażenie u rodzimych producentów. Amerykański Departament Obrony już podpisał z Raytheonem pierwszą umowę na Patrioty dla Polski.

Patriot chroni obszar o średnicy od 15 do 45 km, dosłownie strącając rakiety nieprzyjaciela. Polsce proponowany jest stosunkowo tani w eksploatacji pocisk SkyCeptor działający na zasadzie hit-to-kill. W najnowszej wersji systemu Patriot pocisk w momencie wystrzelenie otrzymuje tylko ogólne informacje o trajektorii wrogiej rakiety. Dopiero przed samym uderzeniem uruchamia się radar umieszczony wewnątrz pocisku, który dokładnie wykrywa położenie rakiety nieprzyjaciela. W tej ostatniej fazie udział człowieka jest już zbędny.

Podpisana przez Pentagon umowa z firmą Reytheon przewiduje zakończenie prac do 31 grudnia 2022. Niedługo później pierwsze polskie Patrioty powinny trafić nad Wisłę. Chociaż do 2022 jeszcze sporo czasu, to Partioty pojawiły się u nas już wcześniej. Przyleciały razem z wojskami USA stacjonującymi u nas rotacyjnie.

Źródło: wp.pl



NOWA DYWIZJA WOJSK LĄDOWYCH

   10.08.2018

 
      W Siedlcach minister ON Mariusz Błaszczak zapowiedział utworzenie czwartej dywizji Wojsk Lądowych. Nie dajmy się jednak zwieść słowom ministra, że w armii powstanie jakaś nowa jakość. Dwie brygady nowego związku taktycznego będą pochodziły z już istniejących dywizji. Kolejna ma zostać utworzona w oparciu o mniejsze jednostki, także już funkcjonujące.

Podczas rozpoczynających się obchodów Święta Wojsk Lądowych w Siedlcach, minister Błaszczak poinformował o planach utworzenia czwartej dywizji w Wojskach Lądowych. Jak powiedział minister, nowa dywizja będzie posiadała numer 18 - na cześć roku 1918, kiedy Polska odzyskała niepodległość, oraz 18 "Żelaznej" Dywizji Piechoty, która wpisała się w annały historii podczas bitwy warszawskiej. Dlaczego akurat osiemnasta? W 2011 roku rozformowano 1 Warszawską Dywizję Zmechanizowaną im. Tadeusza Kościuszki. Logicznym wydawałoby się jej odtworzenie. Zdaje się jednak, że obecnym władzom nie na rękę są tradycje 1WDZ, wywodzącej się z jednostek wojska polskiego na wschodzie (1DP, która zaczęła swój szlak bojowy pod Lenino).

Dowódcą nowej dywizji ma zostać gen. bryg. dr Jarosław Gromadziński, który przez dwa lata dowodził 15 Giżycką Brygadą Zmechanizowaną, a od miesiąca jest zastępcą dowódcy 12 Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej. Nowa jednostka docelowo ma składać się z trzech brygad. Na razie mają zostać jej podporządkowane 1 Warszawska Brygada Pancerna z Wesołej i 21 Brygada Strzelców Podhalańskich z Rzeszowa.

- Nowa dywizja na razie powstanie w formie szkieletowej, czyli dowództwa i batalionu dowodzenia - mówi dr Michał Piekarski z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego.

W istocie zatem wszystko sprowadza się to do stworzenia kolejnej struktury sztabowej - bez powiększenia zdolności operacyjnych i manewrowych wojska.

A to nie jedyne kontrowersje. Kolejne rodzi sugerowane użycie nowej dywizji na kierunku na wschód od Warszawy. Po co jej więc podhalańczycy, jednostka wyspecjalizowana i wyszkoloną głównie do działań w terenie górskim? Jej włączenie w struktury nowej dywizji miałoby sens wyłącznie w wypadku użycia jej na Podkarpaciu, o czym wspominają eksperci:

- 21 Brygada Strzelców Podhalańskich ma szczególne przeznaczenie jako jednostka górska więc bronić powinna Podkarpacia - mówi dr Piekarski. -  Ma za zadanie osłaniać granicę z Ukrainą. Zabierając ją do obrony Warszawy, odsłaniamy ten newralgiczny kierunek i marnujemy potencjał brygady - dodaje.

Wschodnia flanka

Od kilku lat eksperci wskazywali, że aby wzmocnić wschodnią flankę należy z rozsądkiem odbudować potencjał czwartej dywizji. Wskazywali przy tym różne warianty reorganizacji opierając się na aktualnej doktrynie użycia Sił Zbrojnych RP. Zwłaszcza uwidoczniło się to podczas relokacji czołgów Leopard 2A5 z 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej do 1 Warszawskiej Brygady Pancernej.

Wówczas gen. broni Waldemar Skrzypczak pytany o kierunek organizacyjny, w jakim powinno pójść Wojsko Polskie, mówił w wywiadzie dla Interia.pl:     

- Na zbudowanie sił, które będą w stanie podjąć walkę między Bugiem a Wisłą.

I dodawał:

- W przypadku ataku, strategicznym celem armii rosyjskiej będzie jak najszybsze osiągnięcie linii Odry. Rosjanie będą zatem dążyli do tego, by w ciągu 2-3 dni rozbić główne siły Wojska Polskiego. Mając na wschodzie trzy średnie dywizje, uzbrojone w nowoczesne wozy bojowe i inne niezbędne środki walki, a do tego operacyjne przygotowanie terenu - fortyfikacje, przeszkody, przećwiczone niszczenia kluczowych obiektów - powinniśmy dać radę efektywnie opóźnić działanie przeciwnika.

Wtórował mu Bartłomiej Kucharski, ekspert Zespołu Badań i Analiz Militarnych:

- Tzw. flankę wschodnią bezapelacyjnie trzeba wzmocnić, głównie dlatego, że bronią jej relatywnie niewielkie siły. Faktycznie tylko 1. WBPanc i jednostki rozpoznawcze oraz w przyszłości OT; reszta - 16 Dywizja Zmechanizowana jest ulokowana bardziej na kierunku północnym.

Pierwszym, który mówił o utworzeniu nowej dywizji w proponowany sposób był Kucharski, który sugerował:

- Moim zdaniem można by wzmocnić wschodnią flankę delikatniej i skuteczniej, poprzez odtworzenie na bazie 1. WBPanc, zlikwidowanej kilka lat temu 1. Dywizji Zmechanizowanej. W jej skład mogłyby wejść również, jak dawniej, 21. Brygada Strzelców Podhalańskich oraz zlikwidowana wraz z dywizją 3 Brygada Zmechanizowana z Lublina, oczywiście po reaktywacji.

- Tymczasowo nowa-stara dywizja powinna otrzymać dostępny sprzęt, np. czołgi Twardy i KTO Rosomak, a w przyszłości mogłaby mieć pierwszeństwo w dostawach nowego sprzętu, o ile byłaby ukompletowana przynajmniej w takim stopniu, jak do niedawna Czarna Dywizja. Ale na pewno nie powinna powstawać jej kosztem - dodawał

Wówczas eksperci sugerowali też budowę nowej dywizji w oparciu o istniejące jednostki, ale przede wszystkim modernizację i wymianę sprzętu na nowy w istniejących jednostkach. Cóż bowiem z tego, że powstanie nowa dywizja, jeśli do jej utworzenia skanibalizuje się istniejące brygady, bez zakupu sprzętu. A tak się dzieje w tym przypadku.

Papierowa dywizja?

Do nowo powstałej dywizji zostanie włączona 1 WBPanc., która dotychczas znajdowała się w składzie 16 DZ i samodzielna 21 Brygada Strzelców Podhalańskich.

Ponadto ma zostać utworzona nowa brygada. Na razie nie wiadomo jaki będzie miała charakter. Generał Gromadziński mówił niedzielę o brygadzie lekkiej. Można się domyślać, że miał na myśli brygadę zmechanizowaną na KTO Rosomak na wzór 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej lub amerykańskich Stryker brigade combat team. Zdradził jednak niektóre szczegóły dotyczące budowy nowej brygady:

Nie budujemy nowej brygady od zera, tylko na tym potencjale, który już jest, i w bardzo szybkim czasie, poprzez dodanie trzech czy czterech batalionów i dywizjonów różnego rodzaju - zmechanizowanego, artylerii i obrony przeciwlotniczej - powiedział także Gromadziński w wywiadzie dla Defence24.

Może to oznaczać, że albo zostaną zmniejszone etaty w pułkach artylerii trzech do dwóch baterii, aby z "nadwyżkowych" utworzyć pułk artylerii dla nowej dywizji, albo, co mniej prawdopodobne ze względów finansowych i proceduralnych, zamówienie kolejnych zestawów artylerii rakietowej i lufowej. Jest to niestety gdybanie, ponieważ... nie ma przyjętego jeszcze programu rozwoju Sił Zbrojnych, który ma być dopiero w październiku. Stanowi to znaczny problem, ponieważ za tworzenie dywizji zabrano się bez jakiegokolwiek planu.

- Rozwój wojsk operacyjnych to słuszny kierunek, niemniej jednak ogłoszenie powstania kolejnej dywizji bez zmian w dokumentach doktrynalnych i planistycznych jest tylko polityczną deklaracją, najgorsze, że bez pokrycia finansowego - napisał gen. broni rez. dr Mirosław Różański, były dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych, w komentarzu Fundacji Stratpoints.

Inną rolę dla nowej dywizji widzi gen. bryg. rez. prof. Stanisław Koziej, który napisał: , że "realna mogłaby być nowa dywizja jako dywizja rezerwowa(18RDZ): częściowo rozwinięte dowództwa dywizji i brygad oraz głównie skadrowane jednostki przewidziane do rozwinięcia w razie zagrożenia, przy jednoczesnej zamianie WOT w system szkolenia rezerw dla RSZ(w tym dla tej dywizji)".

Drenowanie kadr i sprzętu

O ile samo utworzenie nowej dywizji nie nastręcza problemów - wystarczyło wydać decyzję administracyjną włączającą do niej dwie brygady i planując utworzenie kolejnej. Jednak samo utworzenie kolejnej brygady może stanowić nie lada problem. Już w tej chwili brakuje żołnierzy do istniejących batalionów. Na zachodzie kraju w niektórych jednostkach wolnych jest około 40 procent etatów. Na wschodzie, w zielonych garnizonach, jest jeszcze gorzej.

Ponadto nową brygadę trzeba będzie wyposażyć w sprzęt - transportery opancerzone, samochody terenowe, środki rozpoznania, haubice samobieżne itp. Obecnie trwające przetargi ledwie zaspokajają potrzeby istniejących jednostek, a inne, jak na samochody terenowe wysokiej mobilności są wciąż wznawiane ze względu na zbyt wysoką cenę. Nie wspominając już o brakach w umundurowaniu. Utworzenie nowej dywizji będzie kosztowało 30-35 miliardów złotych. To roczny budżet MON. Zwracają na to uwagę eksperci:

- Największym problemem jest w tej chwili brak sprzętu dla nowej dywizji. Zakupy nowego mogą okazać się zbyt kosztowne a to oznaczać może konieczność Korzystania z T-72, BWP-1 i 2S1 przez wiele lat - mówi dr Piekarski.

- Może się okazać, że tak jak zabrano Leopardy na wschód, tak teraz będzie się drenować kadrowo istniejące już dywizje - dodaje ekspert.

Jeszcze mocniejszych słów używa gen. Różański:

- Dywizja to tysiące żołnierzy, tysiące jednostek sprzętu bojowego i zabezpieczenia, tysiące ton środków bojowych i materiałowych. W sytuacji utraty zdolności przez Marynarkę Wojenną RP, tracenia zdolności przez lotnictwo oraz dewastacji kadrowej i sprzętowej już istniejących dywizji przedstawiona przez MON propozycja jest wysoce nieodpowiedzialna i zakrawa na polityczną hipokryzję, obliczoną na efekt wyborczy.

Muzealne brygady

Potrzebę wymiany i modernizacji sprzętu widać zwłaszcza w 16 Dywizji Zmechanizowanej, której brygady coraz częściej nazywa się z przymrużeniem oka brygadami rekonstrukcji historycznej. Na stanie brygad znajdują się transportery opancerzone BWP-1, które znalazły się na wyposażeniu Sił Zbrojnych w 1974 roku. Ostatnich 100 pojazdów kupiliśmy w 1988 roku. 40 lat od otrzymania pierwszych sztuk nic się nie zmieniło. W przyszłości stare pojazdy planuje się zastąpić nową konstrukcją, która ma powstać w ramach programu "Borsuk", ta jednak wciąż jest na etapie wczesnego prototypu.

Podobnie sprawa ma się z leciwymi rozpoznawczymi BRDM-2, czołgami T-72 i PT-91 "Twardy" oraz samobieżnymi haubicami 2S1 "Goździk". Są to pojazdy zupełnie nie przystające do współczesnego pola walki. W taki sprzęt wyposażone są brygady zmechanizowane 16 DZ: 9 BKPanc., 15 BZmech i 20 BZmech. Najnowocześniejszym sprzętem są czołgi PT-91 ze składu 9 Brygady. Pozostały sprzęt ma około 40 lat.

Nieco lepiej sytuacja wygląda w 12 DZ. Z trzech brygad jedna posiada KTO Rosomak - pozostałe dwie uzbrojone są, jak jednostki z Warmii. Kiedy pojawią się nowe pojazdy? Tego nie wiadomo. Tymczasem tworzy się nową dywizję z pododdziałów wyłączonych z innych jednostek. Eksperci wątpią, czy tworzona w ten sposób dywizja wzmocni potencjał obronny kraju.

Źródło: interia.pl



TORPEDUJĄC ZAKUP AUSTRALIJSKICH FREGAT, PREMIER STANĄŁ PO STRONIE PRZEMYSŁU, A NIE MARYNARKI WOJENNEJ.

29.08.2018 r.

Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Australii, która zakończyła się kilka dni temu, z punktu widzenia Sił Zbrojnych zakończyła się fiaskiem. Tuż przed wyjazdem premier Mateusz Morawiecki nie zgodził się na to, aby MON firmowało podpisanie listu intencyjnego w sprawie zamiaru zakupu wycofywanych przez Australię fregat. Nie zostało nawet podpisane porozumienie o współpracy wojskowej z tym krajem.

W tej sprawie zarysowały się dwie frakcje. Zwolennicy zakupu australijskich okrętów skupili się wokół Pałacu Prezydenckiego, kierownictwa MON, a także wojska. Przeciwnicy znaleźli się w wyjątkowo egzotycznym towarzystwie przełamującym podziały polityczne. Po jednej stronie stanęli przedstawiciele PO, PiS-owskiego Ministerstwa Gospodarki morskiej i firmy skupione wokół przemysłu stoczniowego. Wokół tej grupy pojawili się lobbyści, którzy do dyskursu wpletli elementy dezinformacji.

Pierwsza grupa starała się tłumaczyć, dlaczego Polska ma kupić dwie fregaty i części do trzeciej za ok. 2 mld zł (z uzbrojeniem). Chodziło o okręty używane, ale niedawno zmodernizowane i wyposażone w nowoczesną broń, w tym rakiety SM-2, które mogą razić cele w odległości 160 km. Jednostki te miały służyć armii przez 16 lat. Miały zasypać lukę po planowanym w ciągu najbliższych pięciu lat wycofaniu ze służby dwóch przestarzałych okrętów typu OHP. W tym czasie – przekonywali – MON powinien kupić nową fregatę.

Argumenty przeciwników sprowadzały się do mniej lub bardziej prymitywnego tłumaczenia, które sprowadzało się do przekazu, że „Duda kupuje w Australii złom, co spowoduje zapaść polskich stoczni".

Fakty były takie, że prezydent miał tylko dać impuls do dalszych negocjacji i ewentualnego podpisania umowy. Okręty zostały zlustrowane przez oficerów Marynarki Wojennej, którzy ocenili ich stan jako dobry. Jednocześnie polski przemysł nie posiada zdolności do budowy takich jednostek.

Premier Morawiecki dał się przekonać politykom swojej partii i stanął po stronie stoczniowców. Tym samym zamknął jeden z frontów konfliktów – przed zbliżającymi się wyborami.

Stała się rzecz niebywała, bo „zatopienie" tematu fregat odbyło się w atmosferze miałkich, wręcz populistycznych argumentów. To zaś w przyszłości może stanowić niemałe wyzwanie także dla Morawieckiego. Z powodu zastosowania prymitywnego schematu myślowego do kosza może trafić np. zamiar zakupu okrętów podwodnych od Niemców, bo „to był kiedyś nasz wróg".

Jaki był efekt takiego ruchu? Wizerunkowo najbardziej stracił Andrzej Duda i jego współpracownicy, a także szef MON Mariusz Błaszczak, który jeszcze na kilka dni przed wyjazdem do Australii uzasadniał potrzebę posiadania takich okrętów. Rykoszetem dostali oficerowie Sił Zbrojnych.

Długofalowym skutkiem może stać się obniżenie poziomu bezpieczeństwa, bo Marynarka Wojenna – o czym pisaliśmy w „Rzeczpospolitej" – jest w katastrofalnym stanie. Niebawem może utracić zdolności do ochrony granicy morskiej, a także np. konwojów płynących do gazo-portu w Świnoujściu. Marynarka posiada teraz zaledwie 38 okrętów bojowych.

Jak wyjść z tej sytuacji? W sensie politycznym powinno dojść do spotkania premiera i prezydenta. Podobno prowadzone są zabiegi w tej sprawie. Panowie powinni odpowiedzieć na pytanie, na ile interes przemysłu powinien być tożsamy z interesem armii. Poza tym MON powinno szybko podjąć decyzję o zakupie okrętów, np. podwodnych.

Źródło: rp.pl



Wyprawa Andrzeja Dudy do Australii. Wbrew pozorom jest w tym logika

Sobota 18.08.2018

Koszty przelotu, plan zakupu starych okrętów i brak w agendzie spotkania z jakimkolwiek istotnym politykiem z Canberry pozwalają szydzić z najnowszej podróży prezydenta RP. Sęk w tym że nie we wszystkich sprawach hejt jest zasłużony. Po Brexicie w stosunkach Unii Europejskiej z Australią potrzebne jest nowe rozdanie, a Polska do Australii ma co eksportować.

Fregaty to nie jest powód do śmiechu 

Choć do australijskiej prasy dotarły informacje o zamachu PiS na sądowniczą niezależność (niektórzy twierdzą, ze właśnie dlatego z Andrzejem Dudą nie spotka się premier kraju), to najpewniej połączą nas interesy. A konkretnie fregaty klasy Adelaide. Polska chce kupić dwa (lub trzy) okręty, które są właśnie wycofywane z australijskiej floty. Koszt zakupu szacuje się na pół miliarda dolarów. Kadłuby okrętów faktycznie mają niemal trzy dekady, ale i tak są o dobrych 10 lat nowsze niż bardzo do nich podobne okręty ORP „Kościuszko” i ORP „Pułaski”, które dziś służą w Naszej Marynarce Wojennej i często się psują. W dodatku Australijczycy swoje jednostki dość gruntownie zmodernizowali.

Efekt? Zdaniem szefa prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego Pawła Solocha okręty „w praktyce przeniosą polską Marynarkę do zupełnie innej ligi”. Nie jest to trudne zadanie, bo dziś nasi marynarze nie mają na czym pływać ani się szkolić. (Mimo szumnych zapowiedzi Antoniego Macierewicza i innych polityków PiS nowych jednostek w Polskiej marynarce brak). Australijskie fregaty choć z pewnością nie odstraszą potencjalnego przeciwnika, zapewnią polskiej kadrze ciągłość szkoleń na w miarę przyzwoitym sprzęcie. Problemu to nie rozwiąże, ale przedłuży szansę na to by RP jakąkolwiek marynarkę wojenną jeszcze miała.

Australia. To nie są antypody biznesu

„Wspierając zbliżenie unijno-australijskie, Polska może stać się bardziej atrakcyjna dla Australii. Może też wzmocnić współpracę dwustronną” – ocenia Patryk Kugiel w raporcie dla Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM). Podobnego zdania jest Janusz Piechociński, były wicepremier i minister gospodarki w rządzie PO-PSL.

– To jest gospodarka przyszłości, widać ją w każdych sondażach i analizach dotyczących świata 2030-2050 – mówi w rozmowie z „Newsweekiem”. Zdaniem Piechocińskiego Polskę i Australię łączy choćby kwestia wydobywania i wykorzystywania węgla. – My możemy eksportować tam maszyny czy wyposażenie górników, a oni mogą podzielić się choćby technologią wydobycia i doświadczeniem. I właśnie kwestia energetyki ma szczególe znaczenie w kontekście wizyty Andrzeja Dudy i inauguracji Polsko-Australijskiego Forum Energetycznego.

Australia i Eurowizja

Zwłaszcza, że o ile z Polską stosunki ma Australia dość ograniczone, to z Unią Europejską są one znacznie bardziej rozwinięte. Canberra jest dziś jednym z głównych partnerów handlowych Unii Europejskiej. Tylko w 2016 r. wymiana towarów wyniosła ponad 50 mld dolarów amerykańskich. Stary Kontynent eksportuje przede wszystkim maszyny i samochody, a sprowadza minerały, surowce naturalne (w tym złoto i węgiel) i produkty rolne. Bilans jest przy tym korzystny dla Europejczyków.

Australię z UE, w tym z Polską, łączą też wartości i interesy, jak walka z terroryzmem (Australia jest jednym z trzech partnerów obok USA i Kanady, z którymi Unia ma umowę na transfer i przetwarzanie danych pasażerów linii lotniczych). Jak pisze Patryk Kugiel we wspomnianym już raporcie dla PISM „Australijscy żołnierze służą wraz z Europejczykami w ramach międzynarodowej koalicji m.in. w Afganistanie, Iraku i Syrii”.

Według Kugiela Australia i UE podzielają też obawy przed coraz bardziej agresywną polityką Rosji i asertywną postawą Chin. Australia przyłączyła się choćby do sankcji nałożonych na Rosję i tak jak UE z rezerwą podchodzi do inicjatywy Pasa i Szlaku, krytykując m.in. brak transparentności.

Ostatni kryzys uchodźczy w Europie spowodował też zbliżenie stanowisk w sprawie migracji. Obie strony mogą skorzystać na przykład na wymianie doświadczeń, szczególnie w zakresie zarządzania migracjami i integracji migrantów.

 

Maretaiał z newsweek.pl



15 sierpnia 2018 roku odbyła się największa parada wojskowa po roku 1989.

Rzeczy, których polska armia nie pokaże.

W Święto Wojska Polskiego na warszawskiej paradzie pokazano najnowsze bojowe urządzenia i maszyny polskiej armii. Natomiast w koszarach i na poligonach żołnierze używają bowiem sprzętu, który pamięta jeszcze złote czasy generała Jaruzelskiego. Szczęście mają ci, którzy dostają ekwipunek 20- czy 30-letni. Bo część dostaje 40-letnie hełmy i jeździ 50-letnimi pojazdami.

Modernizacja polskiej armii, którą chwalą się kolejne rządy i kolejni ministrowie obrony, jest pozorna. Mówi o niej Mariusz Błaszczak, złote góry obiecywał Antoni Macierewicz. Skończyło się na wstydzie, odwoływanych przetargach i blamażach na rynku producentów broni. Na warszawskiej paradzie prawdopodobnie pojawią się Rosomaki, nasz powód do dumy. Sęk w tym, że to wcale nie jest podstawy transporter polskich żołnierzy. Bo Rosomaki trafiły tylko do elitarnych jednostek.

– Armia znacznie częściej, niż Rosomaków, używa bojowych wozów piechoty, zwanych w skrócie BWP-1. Poza nowym lakierem nie mają one w sobie nawet cienia nowoczesności. Na stanie mamy ok. 1,2 tysiąca sztuk i wszystkie są w standardzie, w jakim wyszły z fabryki. W praktyce oznacza to tyle, że od momentu, gdy weszły do służby w 1973 roku nie zmieniono w nich dosłownie nic. Pracują w nich nawet stare radzieckie radiostacje z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku - mówi nam Juliusz Sabak, ekspert portalu Defence24.pl.

Teoretycznie ok. 800 - 900 BWP powinno być sprawnych. Warto przypomnieć, że BWP w latach 70. uznano za przestarzały i większość armii kupiła sobie kolejne generacje tych wozów. My pozostaliśmy wierni sprawdzonej maszynie.ą z placów budowy now Powinniśmy je już dawno, jak wszystkie kraje, które mają je jeszcze na wyposażeniu, wymienić albo zmodernizować. Ale ciągle czekamy na Borsuka, który teoretycznie ma zastąpić wysłużone BWP. Z Borsukiem jest ten problem, że w zeszłym roku pokazano, jak ma wyglądać - bo to nawet nie był prototyp - i od tej pory niewiele o nim słychać - dodaje Sabak.

Orzeszki na głowach

Osobom oglądającym paradę może być trudno uwierzyć w to, że na wyposażeniu polskiego wojska do dziś są metalowe hełmy, zwane popularnie orzeszkami. Prawie takie same, jakie nosili żołnierze w serialu "Czterej pancerni". To hełmy WZ 67 – cyfry oznaczają rok powstania tego modelu. Ostatnio armia zleciła piaskowanie i malowanie ok. 35 tysięcy sztuk.

Żołnierze narzekali, że hełmy pękały w czasie piaskowania, a nawet malowania.

– Niektóre są już tak wypiaskowane, że niedługo zrobią się przezroczyste. Trzymają się chyba dzięki farbie. Ich skuteczność na polu walki już od dawna jest jedynie umowna. One nawet nie poprawiają samopoczucia żołnierzowi, on też się trochę głupio czuje z takim hełmem na głowie – mówi nam ekspert.

Dlaczego armia nie kupi nowych, kompozytowych? To trudne pytanie, ale wiadomo, że nasze wojsko nie jest najlepsze w przetargach. Stare hełmy spokojnie leżą na półkach i starzeją się powoli. Wystarczy piaskować i odmalowywać – póki stan blachy na to pozwala. Nie wiadomo, co będzie później, bo średni wiek malowanych po raz kolejny hełmów to... 40 lat.

Tymczasem hełm kompozytowy zużywa się od leżenia a półce - jak każde tworzywo po prostu wietrzeje. Nie może być więc piaskowany i malowany jak metalowe orzeszki. Trzeba go zużyć i wyrzucić, to jego wada.

Za kierownicą sprzętu rolniczego.............

Na paradzie pewnie zabraknie też słynnych Honkerów. To rodzima konstrukcja z końca lat 80. ubiegłego wieku. Samochód jest kompletnie pozbawiony właściwości terenowych. Świadczyć o tym może fakt, że nie tak dawno jedno z aut zakopało się w błocie, podwożąc Antoniego Macierewicza na poligon.

- Honkery to przypadek sprzętu rolniczego, który został kupiony przez armię. Irak pokazał jak bardzo nie przystają one do potrzeb wojska - krótko podsumowuje Juliusz Sabak.

Na ramię broń

Słynne karabinki MSBS Grot trafiły na razie do wąskiej grupy wojaków. Przede wszystkim z Wojsk Obrony Terytorialnej, które jako pierwsze zamówiły dużą partię nowej broni. Inni nadal używają Beryli, czyli de facto zmodernizowanych karabinów Kałasznikowa na amunicję NATO.

- Jednak w wielu jednostkach na wyposażeniu są stare „kałasznikowy”. Mówimy tu o AKMS-ach, strzelających posowiecką amunicją kalibru 7,62 mm. Jeszcze w zeszłym roku widziałem taką broń na wyposażeniu służb wartowniczych w podwarszawskiej jednostce, więc daleko nie trzeba szukać – mówi Sabak. AKMS to nieznacznie ulepszona wersja słynnego AK-47 sprzed ponad 70 lat.

Pancerni ..........

Najnowocześniejsze obecnie czołgi w naszej armii to niemieckie Leopardy2, które kupiliśmy na wyprzedaży militariów za zachodnią granicą. Na poligonach w błocie i piachu jeżdżą jednak również wysłużone, radzieckie T72. To był podstawowy czołg wojsk Układu Warszawskiego, póki ten pakt istniał. Miotła historii zmiotła Układ, czołgi w polskiej armii pozostały.

Sytuacji nie poprawia fakt, że mamy sporo czołgów PT91, tzw. Twardych.

– W dużym skrócie można powiedzieć, że Twardy to T72 starego typu, ale po tuningu. On ma rzeczywiście poprawione właściwości bojowe, ale Rosjanie w tzw. międzyczasie wprowadzili kolejne wersje T-72. W chwili obecnej różnica między naszym T-72M1, a rosyjskim T72B2 jest taka, jak między Golfem z lat 80. a Golfem z rocznika 2010. Nazywa się tak samo, wygląda znajomo, ale na tym podobieństwa się kończą. Natomiast PT-91 Twardy to taki stary golf po tuningu – wyjaśnia obrazowo Juliusz Sabak.

Patrzmy w górę......

W powietrzu mamy co prawda F16, ale tylko dlatego, że MiG-i 29 zostały po ostatniej katastrofie uziemione. Na dodatek aż żal pokazywać ludziom archaiczne śmigłowce Mi-2, wprowadzone do służby w 1965 roku. Nowych bojowych śmigłowców nie ma i na razie nie będzie.

W razie ataku z powietrza polska armia nie za bardzo ma się czym bronić.

– Na defiladach zawsze pojawiają się systemy Osa. Bardzo dobrze wyglądają, bo to amfibia na kołach, ma dużo rakiet. To jest relatywnie dobry system, ale też przestarzały. W jednostkach królują jednak Kub i Newa – wiekowe systemy przeciwlotnicze z lat 60-tych i 70-tych. To też nie jest sprzęt, który może być skuteczny przeciwko większości nowoczesnych środków napadu powietrznego – podkreśla Sabak.

Tytan kuleje, mundurów nie ma

Kilka lat temu z wielką pompą wystartował program Tytan, który z naszych żołnierzy miał uczynić niezwyciężonych na polu walki. Nowoczesne mundury naszpikowane czujnikami, ochrona balistyczna, kamery, wizjery i wyświetlacze.

Lepiej nie pytać, co się z nim dzieje obecnie. Tym bardziej, że armia od dawna nie ogłosiła żadnego przetargu na zwykłe mundury. Sytuacja jest na tyle dramatyczna, że niektórzy żołnierze kupują sobie sami mundury polowe na Allegro, bo inaczej musieliby biegać po poligonie w przydziałowych dresach.

Pływanie.......

Wiadomo, że na paradzie Marynarka Wojenna może postawić na piechotę, bo statkiem ciężko płynąć po mieście. Byłoby ciężko, nawet gdyby było czym. Dość powiedzieć, że nasza flota wojskowa nie dostała nowego okrętu od 18 lat. Nowego to pojęcie względne, bo dwie fregaty kupione te 18 lat temu od Amerykanów za przysłowiowego dolara miały za sobą 20 lat służby, a modernizacja tylko jednej z nich pochłonęła 120 mln złotych.

Skorzystano ze źródła money.pl


Ale jak zapowiedział Pan Prezydent, będzie lepiej .












Plany nowego Szefa Sztabu, czyli więcej wojska w wojsku

    27.lipca 2018 r.

Gen. Rajmund Andrzejczak, który stoi na czele Sztabu Generalnego WP, odkrywa swoje plany i łamie schematy. Chociaż dopiero poznaje tę instytucję, publicznie rysuje swoje plany. To niezwykłe, bo dwóch poprzednich szefów Sztabu Generalnego trzymało dziennikarzy na dystans. Poprzedni, czyli gen. Leszek Surawski, nie rozmawiał z mediami, dlatego nie było wiadomo, jakie jest jego zdanie na temat kluczowych spraw dotyczących funkcjonowania armii.

Andrzejczak w trakcie rozmowy z grupą dziennikarzy ogólnie opisał swoje zamierzenia. To ważne, bo niebawem (najpewniej od stycznia 2019 r.), po wprowadzeniu nowego systemu kierowania i dowodzenia, będzie ogrywał rolę pierwszego żołnierza RP i budował pozycję Sztabu Generalnego WP jako organu odpowiedzialnego za dowodzenie. Proces integracji nowej struktury potrwa około trzech lat. Szefowi SG WP będą podlegały struktury dzisiaj znajdujące się w dowództwie generalnym (m.in. odpowiada za szkolenie wojska) oraz dowództwo operacyjne. Powrót do pionowej struktury podległości ma usprawnić m.in. planowanie zakupów i szkolenie. Pierwszy poważny sprawdzian generał przejdzie w trakcie planowanych niebawem ogólnopolskich ćwiczeń „Kraj".

Andrzejczak zapowiada budowanie armii otwartej i nowoczesnej, „w której warto służyć, która nie jest synekurą". Na razie jednak nie podaje szczegółów planów modernizacji technicznej wojska. Być może dlatego, że nie są jeszcze gotowe. Sugeruje, że zmieniony zostanie system planowania i finansowania zakupów dla Sił Zbrojnych.

Zapowiada budowanie modelu awansu zawodowego żołnierzy opartego na jasnych kryteriach. – Już planuję, kto za pięć–dziesięć lat będzie dowódcą brygady – mówi. To ważne, bo dzisiaj mamy 68 generałów i admirałów, zdecydowanie za mało jak na armię, która za kilka lat osiągnie 150 tys. żołnierzy.

Andrzejczak z pewną estymą wypowiada się na temat tworzonych właśnie wojsk terytorialnych. To coś nowego, bo poprzedni szef SG WP omijał tę formację, a w czerwcu podlegli mu oficerowie przypomnieli dowództwu WOT przepisy, które dotyczą możliwości szkolenia wojskowego na strzelnicach cywilnych. To skutkowało wstrzymaniem ćwiczeń na takich obiektach i uderzyło w żołnierzy WOT. Strzelnic wojskowych jest bowiem za mało.

– Czy dzisiaj ktoś uważa, że taka formacja, podobnie jak np. czwarta dywizja, nie jest nam potrzebna? – pyta retorycznie Andrzejczak. Uważa, że tworzenie obrony terytorialna wynika m.in. z zapotrzebowania społecznego i patriotyzmu. Jednocześnie przypomina, że szkolenie tej formacji powinno być zgodne z oczekiwaniami wojsk operacyjnych, a w przyszłości powinna ona z nimi współdziałać. Wskazuje na walory żołnierzy WOT, m.in. duże poczucie służby.

Jego zdaniem ochotnicy wstępujący do WOT niosą ze sobą „potężny potencjał energii", który trzeba wykorzystać.

Generał nie ma też wątpliwości, że należy wzmacniać obecność sojuszniczą w Polsce. Nie chodzi jednak tylko o stałą ich obecność, ale także o wspólne szkolenie.

Nowy szef SG WP i w tym zakresie zapowiada zmiany. Manewrów będzie mniej, ale za to będą bardziej intensywne. Ćwiczone będą np. elementy przemieszczania wojsk na duże odległości. To oznacza mniejszy komfort dla żołnierzy – nie będą spali tylko w namiotach, ale np. w swoich pojazdach, jak w warunkach bojowych. Szef SG zapowiada, że będzie „bardziej surowo"; trawestując cytat z pewnej komedii, ma być „więcej wojska w wojsku".

O tym, że Andrzejczak nie jest urzędnikiem wojskowym, lecz żołnierzem gotowym do walki, świadczy i to, że w gabinecie trzyma hełm i kamizelkę kuloodporną pochodzące z jego macierzystej jednostki.

 

źródło: rp.pl



Gen. Roman Polko: Polska armia jest silna tylko na papierze

16 lipca 2018 r.    

Gen. Roman Polko, były dowódca GROM: Zachowanie Donalda Trumpa na szczycie NATO było niepokojące, bo niemalże zagroził wyjściem USA z NATO. Najpierw wszystkich skrytykował, a później próbował rozmawiać o konkretach i zacierać złe wrażenie. Stosunek prezydenta Trumpa do NATO może wzbudzić obawy takich państw jak Polska, Litwa, Łotwa i Estonia, ponieważ trudno mówić o naszym bezpieczeństwie, jeżeli NATO straci swoją spójność i stabilność.

Jednak prezydent USA mówił, że chce wzmocnić NATO.

Co z tego, że Donald Trump sam siebie nazwał stabilnym geniuszem, uważając, że doprowadził do tego, że wszystkie kraje NATO zobowiązały się przeznaczać 2 proc. PKB na uzbrojenie czy własną armię, skoro na odchodnym dodał, że gdy będzie już 2 proc., to zażąda 4. Taka postawa musi budzić w Europie niepokój i zdumienie.

O czym to świadczy?

Poniekąd o skuteczności Trumpa. Sprawił, że NATO się obudziło. Polityczna poprawność i tradycyjna dyplomacja nie przebudziłyby członków Sojuszu Północno-Atlantyckiego, którzy zrozumieli, że jeśli my nie będziemy partycypować w NATO, to USA nie będzie nas wyręczać.

Inaczej Trump zagrozi wyjściem USA z NATO?

Trump to wielka niewiadoma. Nie wiadomo do końca, co ma na myśli i czy to tylko gra, żeby obudzić członków NATO, czy rzeczywiście jest aż tak nieobliczalny. Gdyby zaczął ten scenariusz realizować, nastąpiłaby katastrofa. NATO bez USA nie istnieje.

W Londynie Trump powiedział, że USA ponoszą 80 proc. kosztów NATO, co pomaga bardziej Europie niż Stanom Zjednoczonym.

AdvertisementBo to prawda. Tyle że nie robi tego z dobrego serca, jak ta wypowiedź mogła sugerować, ale realizując mocarstwową politykę swojego kraju. Ponadto Ameryka daje NATO spójność systemów, kompatybilność dowodzenia, przywództwo w realizowanych operacjach. W NATO mamy z tym problem, bo poza kwestiami finansowymi systemy muszą być kompatybilne i synergicznie działające. Dlatego mimo że misja w Kosowie czy wojna w Jugosławii były kierowane przez europejskich dowódców, to cały ciężar spoczywał na Amerykanach.

Jaka jest pozycja Polski w NATO?

Polska jest dobrym i pewnym członkiem NATO, który od samego początku uczestniczy w misjach wojskowych i nie chowa się za ograniczeniami narodowymi, za co często płacimy żołnierską krwią. Udowodniliśmy, że taki kraj jak Polska, mimo że jeśli chodzi o kwestie kwot przeznaczonych na modernizację techniczną Amerykanom, Francuzom i Niemcom nie dorównuje, warto jest mieć przy sobie. Oprócz tego, nie boimy się trudnych wyzwań, to znamy się na wojskowym rzemiośle.

A jak świadczy o relacjach Polski z USA brak zaproszenia do Białego Domu dla prezydenta Andrzeja Dudy?

Takie rzeczy jak spotkania głów państw ustalają administracje obu krajów, dokładnie przygotowują agendę spotkania i cele do zrealizowania, nawet jeśli ma to być kilkuminutowa, poprawiająca wizerunek pogawędka. Nie można polować na prezydenta USA, jak wychodzi z toalety czy ze stołówki, po to, żeby sobie zrobić ładne PR-owskie zdjęcia i na tej bazie mówić, ze doszło do spotkania. Trzeba zerwać z polityką markowanych spotkań i robienia zdjęć przy windzie. Trzeba przedstawiać konkretne pomysły i koncepcje. Jeśli Andrzej Duda o niczym w kwestiach bezpieczeństwa nie decyduje, i świat widzi, że władza w Polsce jest gdzie indziej, to ktoś taki jak Donald Trump uznaje, że spotkanie z polskim prezydentem nie ma sensu.

Trump orientuje się na Rosję, Chiny i Korę Północną?

Trump jest starym wygą w biznesie, ale nowicjuszem w polityce. Jednak nie sądzę, żeby był aż tak naiwny, żeby wierzyć w czyste intencje Putina i pacyfizm Kima Dzong Una. Nic nie wskazuje na to, żeby uznał aneksję Krymu. Nawet jeśli prowadzi dziwną politykę, to niech jego słowa będą słabe, a czyny mocne. Po czynach warto oceniać Trumpa, a nie po tweetach i kontrowersyjnych gestach. Trump prowadzi swoją grę polityczną, być może dla nas do końca niezrozumiałą, ale która nie sprowadziła na nas zagrożenia, ale prowadzi nas w dobrym kierunku, o czym świadczy choćby skłonienie państw europejskich do zwiększenia nakładów na obronność czy rozlokowanie przy granicy z Rosją sił amerykańskich: ciężkiej  brygady, wspieranej elementami wywiadu i wsparcia śmigłowcowego - których pod presją Rosji nie tylko nie zamierza wycofywać, a wręcz zapowiada ich wzmocnienie.

Czy rzeczywiście systematycznie spada zdolność polskiej marynarki wojennej do obrony granicy morskiej?

Nasza marynarka tonie. Tak naprawdę polska armia jest silna tylko na papierze. Poprzedni rząd, jak i obecny, gdy ma odpowiedzieć na słuszne pytania dziennikarzy o zakup nowego sprzętu, postawienie marynarki na nogi, składa deklaracje bez pokrycia i wielomiliardowe plany modernizacji, a kiedy przychodzi czas rozliczeń, to już się ich nie rozlicza. Czas najwyższy przestać marnować ludzki kapitał dowódców, którzy potrafili doprowadzać projekty do końca. Jeśli Polska chce być słyszalna w NATO, to nie może wyrzucać za burtę generałów, którzy mają wiedzę, doświadczenie i bezpośrednie relacje z najważniejszymi przedstawicielami sił zbrojnych na świecie.

Minister Błaszczak powinien przywrócić tych generałów, którzy zostali wydaleni z armii za ministra Macierewicza?

Kapitał ludzki jest cenniejszy od sprzętowego. Sprzęt można kupić, a wiedzę, doświadczenie, kontakty, wiarygodność buduje się latami. Jeżeli ktoś taki jak gen. Gocuł czy gen. Tomaszycki mają świetne relacje międzynarodowe, to szef MON powinien zrobić wszystko, żeby ich przywrócić. Politycy nie muszą się z nimi zgadzać, ale powinni umieć zagospodarować ich kapitał. To są ludzie, których można choćby wykorzystać w strukturach NATO. Z Eurokorpusu wycofaliśmy polskich oficerów, a w strukturach NATO nie byliśmy w stanie obsadzić stanowisk przygotowanych dla Polaków, co owocuje tym, że Polska naraża się na śmieszność. Oprócz żołnierskich butów i kamaszy musimy dawać wkład intelektualny. Bez tego polski głos nie będzie słyszalny w NATO. Nie politycy, a wojskowi budują plany reagowania na wypadek wojny.

Co zrobić, żeby Polska nie była silna tylko na papierze, ale była realnie liczącym się silnym graczem w NATO?

Przede wszystkim armia, wojsko, nie może być przedmiotem gry politycznej. Warto zaufać żołnierzom i generałom, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy, którzy swoją biografią poświadczyli, że chcą służyć ojczyźnie. Warto pamiętać, że cywilna kontrola nad armią, która jest słuszna i realizowana w całym NATO, jednocześnie zakłada wojskowe dowodzenie – silnie rozdziela te dwa aspekty. Dziś w Polsce to dowodzenie jest niestety również cywilne, polityczne, ze szkodą dla armii. Trzeba nauczyć się rozmawiać o bezpieczeństwie narodowym. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz prezydenckie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego przygotowało debatę o bezpieczeństwie Polski i rozwoju sił zbrojnych. Głos zabierają i decyzje podejmują osoby, które niekoniecznie posiadają odpowiednie kompetencje, żeby decydować o losach kraju.

Źródło: rp.pl


Mirosław Różański skomentował szkolenie terytorialsów w Mięćmierzu

9.07.2018

Wojsko Obrony Terytorialnej prowadziło wczoraj ćwiczenia na terenie cywilnym w Mięćmierzu niedaleko Kazimierza Dolnego. Strzałami wystraszyli mieszkańców. Zaistniałe szkolenie mocno skomentował Mirosław Różański, były Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych. "Skrajne dyletanctwo dowództwa WOT" - ocenił.o:

Mieszkańcy nie rozumieli, dlaczego żołnierze strzelają kilkaset metrów od ich domów. Po rozmowie z mundurowymi dowiedzieli się, że "żołnierze są tu dla nich". Obiecali mięćmierzanom, że wszystkie ich uwagi trafią do dowództwa WOT.

W tej sprawie zabrał głos Różański, który napisał na Twitterze, że "to skrajne dyletanctwo dowództwa WOT". Dodał: "jeżeli tej dziecinady ktoś nie zatrzyma to »zabawa w wojsko« skończy się tragedią".

Dlaczego ćwiczenia odbywały się na terenie cywilnym?

Rzecznik WOT ppłk Marek Pietrzak w rozmowie z "Faktem" podkreślił, że ćwiczenia były organizowane "zgodnie z procedurami". Mieli o nich wiedzieć policjanci, władze gminy Kazimierz Dolny i miejscowe nadleśnictwo. Mimo wszystko obiecał, że następnym razem mieszkańcy zostaną lepiej poinformowani o planach WOT-u. Pietrzak też tłumaczył, że wynika to z faktu, że żołnierze Obrony Terytorialnej działają w terenie, bo sensem ich pracy jest "ochrona społeczności lokalnych"

 Źródło: onet.pl



Bezbronna armia. W naszych siłach zbrojnych zostały dymiące zgliszcza

02.07.2018 r.

 

Nie ma śmigłowców dla wojska, flota nie istnieje, a obronny holding, jest na skraju upadku.

Koniec czerwca, święto Marynarki Wojennej. Minister obrony Mariusz Błaszczak odsłania pomnik Polski Morskiej na skwerze Kościuszki w Gdyni. Uroczystości mają odświętny charakter, chodzi o dwie 100-letnie rocznice: odzyskania niepodległości i obecności polskich sił zbrojnych na Bałtyku. – Były lata zaniedbań, ale ten proces się odwrócił, gdy wygrało PiS – zapewnia minister obrony. Stojący obok prezydent Andrzej Duda też tryska optymizmem.

Czas na paradę powietrzną. Z warkotem przelatują tylko dwa śmigłowce, oba radzieckiej produkcji. – Miał być trzeci, polska anakonda, ale się zepsuła – zdradza jeden z dowódców marynarki.

Urzędnicy i prezydent oglądają pokazy z pokładu okrętu rozpoznawczego ORP Nawigator. Cztery dni potem Nawigator też się zepsuje. Holowniki odstawią go do portu w Gdyni.

Odwołany za Macierewicza

Dwa tygodnie przed paradą w Gdyni na ORP Sokół, jednym z niewielu polskich okrętów podwodnych, bandera wędruje w dół. To koniec – Sokół odchodzi ze służby. Marynarce Wojennej pozostają jeszcze dwie 50-letnie jednostki tej klasy. – To okręty do szkolenia załóg, a nie działań bojowych – tłumaczy nasz rozmówca z dowództwa marynarki. – Jest jeszcze ORP Orzeł, ale w remoncie. Mamy zestaw najstarszych jednostek w Europie. Przetargu na nowe nie będzie.

Według byłego dowódcy Centrum Operacji Morskich, emerytowanego kontradmirała Adama Mazurka, tylko 10 proc. wszystkich polskich okrętów nadaje się do długoletniej służby. Reszta ma już wyznaczony termin złomowania. 

Na pożegnaniu ORP Sokół przemawia kontradmirał Mirosław Mordel, inspektor Marynarki Wojennej: – To smutny dzień. Smutny tym bardziej, że oddala się perspektywa pozyskania okrętu podwodnego nowego typu. Jeszcze pół roku temu, w czasie poprzedniej uroczystości, wydawało się, że to kwestia tygodni.

Po przejęciu MON przez PiS wśród marynarzy krąży żarcik: nasze uzbrojenie wkrótce trafi na listę światowego dziedzictwa kulturowego.

MON przyznaje dziś, że program zakupu się przesunął. Na kiedy? Nie wiadomo. Może ruszy za cztery lata.

Czas kontradmirała Mordela jest krótszy. Zaraz po wypowiedzi o stanie floty zostaje odwołany.

Zostaną tylko Patrioty. Obecny rząd niemal całkowicie pogrzebał modernizację wojska. 

 

Źródło: streszczenie Newsweek



Dowódca brygady WOT zaprosił Macierewicza. Błaszczak go zdymisjonował.

01.07.2018

Płk Arkadiusz Mikołajczyk nie jest już dowódcą 3. Podkarpackiej Brygady Obrony Terytorialnej. Szef MON Mariusz Błaszczak zdymisjonował go po tym, jak oficer zaprosił na uroczystą przysięgę nowych żołnierzy brygady byłego ministra obrony Antoniego Macierewicza. Zaproszenia takiego nie otrzymali przedstawiciele oficjalnego kierownictwa resortu.

Foo: Darek Delmanowicz /

·                 27 maja Antoni Macierewicz przyjechał do Mielca limuzyną w asyście Żandarmerii Wojskowej. Był przyjmowany z honorami, tak jakby nadal sprawował funkcję ministra obrony

·                 Jak twierdzą źródła Onetu były już dowódca podkarpackiej brygady nie zaprosił na przysięgę urzędującego ministra obrony Mariusza Błaszczaka

·                 MON unika odpowiedzi na pytania o powody zdjęcia dowódcy brygady WOT ze stanowiska. - Pan pułkownik został skierowany do wykonywania obowiązków w dowództwie WOT - powiedział rzecznik prasowy formacji

·                 Wojskowi nie mają wątpliwości, że minister Błaszczak postąpił słusznie. - Nie może być tak, że wojskowi wybierają sobie ministra obrony - mówi jeden z generałów

·                 - Sprawa jest wynikiem atmosfery politycznej panującej w WOT. Dla nich Macierewicz jest bożyszczem - ocenia gen. Skrzypczak. Gen. Koziej uważa, że „to co się stało jest złamaniem zasad cywilnej kontroli nad armią”

– Dzisiaj jesteście sercem i duszą Wojska Polskiego, pamiętajcie o tym – mówił Antoni Macierewicz 27 maja w Mielcu do żołnierzy 3. Podkarpackiej Brygady Wojsk Obrony Terytorialnej. Były szef MON przyjechał tam na osobiste zaproszenie twórcy i pierwszego dowódcy brygady płk. Arkadiusza Mikołajczyka.

Błyskawiczna reakcja Błaszczaka

Jak mówią źródła Onetu, Macierewicz do Mielca pojechał rządową limuzyną w asyście ochrony Żandarmerii Wojskowej. Był też przyjmowany ze wszystkimi honorami, tak jakby nadal sprawował funkcję ministra obrony. Zresztą, jak twierdzą nasi informatorzy, dowódca podkarpackiej brygady WOT nie zaprosił na uroczystość urzędującego ministra Mariusza Błaszczaka.

Kiedy relacja z wydarzeń w Mielcu dotarła do szefa resortu obrony, jego reakcja była błyskawiczna – dowódca brygady stracił stanowisko. Wszystko odbyło się po cichu. 15 czerwca lakoniczną wzmiankę na temat pożegnania płk. Mikołajczyka z brygadą WOT zamieścił jedynie lokalny portal „Dzieje się na Podkarpaciu”. "Odwołany dowódca był nominowany na to stanowisko przez poprzedniego Ministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza, jednak zmiany na stanowisku ministerialnym szybko przyniosły również zmiany na stanowiskach dowódczych w wojsku” - napisał portal.

O powody odwołania pułkownika zapytaliśmy resort obrony. W lakonicznej odpowiedzi przesłanej nam przez Centrum Operacyjnego MON czytamy: „Minister obrony narodowej ma prawo swobodnie kształtować politykę personalną, uwzględniając m.in. aktualne wyzwania stojące przed Siłami Zbrojnymi RP. Mariusz Błaszczak, minister obrony narodowej zapewnia i gwarantuje ciągłość kierowania i dowodzenia polską armią, także poprzez podejmowanie decyzji i wprowadzanie zmian kadrowych”.

Rzecznik prasowy WOT, płk Marek Pietrzak pytany o powody zdjęcia ze stanowiska płk. Mikołajczyka odesłał nas do ministra obrony. - Z naszego punku widzenia wygląda to tak, że pan pułkownik został skierowany do wykonywania nowych obowiązków w dowództwie WOT. Będziemy nadal wykorzystywali jego wiedzę i doświadczenie przy formowaniu kolejnych brygad - skomentował płk Pietrzak. Zdradził też, że z końcem lipca nowym dowódcą podkarpackiej brygady zostanie płk Dariusz Słota.

Wobec kogo lojalny jest WOT?

- Nie ma wątpliwości, że minister Błaszczak postąpił słusznie dymisjonując tego dowódcę WOT -u. Nie może być tak, że wojskowi sami wybierają sobie ministra obrony i ignorują urzędującego. To załamanie podstawowych zasad cywilnej kontroli nad armią – mówi jeden z polskich generałów.

- Wygląda tak, jakby ten oficer podpisał lojalkę wobec byłego ministra, a nie składał przysięgę wojskową - dodaje inny generał. - To są pierwsze żniwa działalności kadrowej Macierewicza. WOT zassał oficerów z wojsk operacyjnych oferując im wyższe stanowiska z pominięciem normalnej ścieżki awansów. Teraz ich wdzięczność i lojalność wobec byłego szefa MON nie zna granic. Pytanie, jak daleko gotowi są posunąć się w tej lojalności - komentuje.

Z kolei gen. Waldemar Skrzypczak, były wiceminister obrony i były dowódca Wojsk Lądowych nie wierzy w to, że oficer podjął decyzję o zaproszeniu Macierewicza samodzielnie. - Znam pana pułkownika jako doskonałego żołnierza, sprawdzonego bojowo. Jeśli zaprosił byłego ministra obrony bez konsultacji ze swoim dowódcą, to popełnił błąd, za który zapłacił głową – mówi gen. Skrzypczak. Jego zdaniem, sprawa jest wynikiem atmosfery politycznej panującej obecnie w WOT. – Dla nich Macierewicz jest twórcą formacji i bożyszczem, a aktualny szef MON się nie liczy. Z tę atmosferę odpowiada dowódca WOT. Nie wyobrażam sobie, by któryś z moich żołnierzy poważył się na takie działania – mówi gen. Skrzypczak i dodaje. - To też jest dowód na skandaliczne upolitycznienie tej formacji. Takie działanie jest wyrazem nielojalności wobec ministra oraz upadku honoru i godności żołnierskiej. Wstyd – mówi gen. Skrzypczak. Generał nie ma wątpliwości, że w WOT powinien nastąpić duży wstrząs, by formacja wróciła na tory normalnego wojskowego funkcjonowania.

Podobnego zdania jest gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. – To pierwsze spektakularne potwierdzenie tezy, że wojska obrony terytorialnej są zakochane w Macierewiczu, ignorując przy tym oficjalnie kierującego resortem Mariusza Błaszczaka. To też przejaw choroby kadrowej tej formacji na najwyższych jej szczeblach – ocenia gen. Koziej, który uważa również, że szef MON powinien mocno wstrząsnąć tymi wojskami. – Nie może biernie kontynuować polityki poprzednika, ponieważ będzie to rodziło więcej podobnych patologicznych sytuacji – dodaje były szef BBN.

Prywatne wojsko Antoniego Macierewicza

Wojska Obrony Terytorialnej były oczkiem w głowie byłego ministra obrony Antoniego Macierewicza. Wymyślił je, stworzył i mocno wspierał m.in. przeznaczając na nie ogromne pieniądze. Dzięki niemu obrona terytorialna została powołana jako odrębny rodzaj sił zbrojnych, podporządkowany bezpośrednio ministrowi obrony.

Dlatego zresztą szybko pojawiły się zarzuty, że WOT stanie się "prywatnym wojskiem Macierewicza". On sam je odrzucał. - O absurdalności tych zarzutów i tej publicystyki nie muszę wiele mówić. Nasiliły się, gdy powołałem dowództwo tego rodzaju wojsk. Mówiono, że podporządkowanie we wstępnej fazie tego piątego rodzaju sił zbrojnych jest czymś nadzwyczajnym - a to wynika wprost z przepisów - mówił były minister.

Na początku roku Macierewicza na stanowisku szafa MON zmienił Mariusz Błaszczak. Choć deklarował, że nadal będzie rozwijał obronę terytorialną, to jednak szybko okazało się, że nie jest tak wielkim jej entuzjastą jak Macierewicz. Obecny szef MON podjął też kilka decyzji, które niekoniecznie mogły spodobać się dowódcom WOT. Wstrzymana została m.in. decyzja o lokalizacji Centrum Szkolenia WOT w koszarach w Siedlcach. Zdecydowano też, że wojsko nie będzie szkolić się na strzelnicach cywilnych. Pozyskiwanie nowego sprzętu przez WOT również odbywa się z większymi trudnościami, a resort już założył wolniejsze tempo tworzenia tych wojsk.

Wojska Obrony Terytorialnej zostały utworzone 1 stycznia 2017 roku. Pierwsze brygady powstały w maju ubiegłego roku w Białymstoku, Lublinie oraz Rzeszowie.

 

Źródło: onet.pl



Weterani Armii Andersa wraz z delegacją państwową odwiedzą Monte Cassino

15.05.2018 r.

Weterani Armii Andersa wyruszą dziś na patriotyczną pielgrzymkę do Włoch. Wspólnie z delegacją państwową i kombatantami innych formacji wojskowych odwiedzą groby kolegów na Monte Cassino. Uroczystości, które potrwają do 19 maja, organizuje Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych.

- Dla weteranów, żołnierzy 2. Korpusu Polskiego Armii generała Władysława Andersa, każda pielgrzymka na Monte Cassino ma wymiar niezwykle ważny, ponieważ odwiedzają oni groby swoich kolegów, którzy tam we włoskiej ziemi pozostali. Opowiadają nam na tamtejszym cmentarzu o wspólnej drodze, jaką przeszli przez piekło sowieckich łagrów, przez Palestynę i wreszcie Półwysep Apeniński - powiedział szef UdsKiOR Jan Józef Kasprzyk.

W tegorocznej pielgrzymce weźmie udział grupa składająca się z blisko trzydziestu żołnierzy gen. Władysława Andersa zarówno z Polski, jak i z Wlk. Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii, Nowej Zelandii oraz Włoch, gdzie - jak mówił Kasprzyk - osiadła część "andersiaków". Minister ds. kombatantów zaznaczył, że uroczystości na Monte Cassino poza "wymiarem sentymentalnym" mają charakter "istotny dla kształtowania świadomości narodowej, świadomości patriotycznej młodego pokolenia". - W pielgrzymce weźmie udział pięć pokoleń Polaków. Będą to weterani walk o niepodległość Rzeczpospolitej, działacze opozycji antykomunistycznej. To także ogromna grupa młodzieży szkolnej, strzelców i harcerzy, którzy co roku udają się na Monte Cassino - powiedział Kasprzyk.

Jak mówił, ważnym elementem pielgrzymki na Monte Cassino jest pobyt w Rzymie, gdzie członkowie delegacji wezmą udział w audiencji generalnej u papieża Franciszka. - Dla weteranów walk o niepodległość zarezerwowany jest specjalny sektor; będą bardzo blisko Ojca Świętego. Mamy też nadzieję, że tak jak w roku ubiegłym Ojciec Święty będzie mógł pozdrowić weteranów walczących o niepodległość Polski i Europy, bo dodajmy, że żołnierze 2. Korpusu, to ci, którzy mieli oczywiście w umysłach walkę o niepodległość Rzeczpospolitej, ale de facto wyzwalali Europę spod narodowosocjalistycznego jarzma niemieckiego - podkreślił Kasprzyk. Po audiencji generalnej u papieża Franciszka, delegacja pomodli się przy grobie Jana Pawła II.

Również w Rzymie delegacja odwiedzi Instytut Polski, gdzie senator Anna Maria Anders, córka generała, otworzy wystawę "Armia Andersa - Szlak nadziei". Uczestnicy uroczystości wraz z przewodniczącym Rady ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych sędzią Bogusławem, Nizieńskim złożą kwiaty i oddadzą hołd marszałkowi.

W czwartek 17 maja, delegacja odwiedzi Piedimonte San Germano, gdzie znajduje się wzgórze, o które toczyły się walki przez blisko pięć dni w maju 1944 r. Wsławił się w nich Pułk 6. Pancerny "Dzieci Lwowskich". "W tym roku uroczystość na Piedimonte będzie miała charakter szczególny, ponieważ władze samorządowe miasteczka nadadzą w tym dniu nowe imię wzgórzu, gdzie stoi obelisk poświęcony polskim żołnierzom. Będzie to Wzgórze Pamięci Polskich Bohaterów. Uroczystość w Piedimonte odbędzie się z udziałem ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka i ministra spraw wewnętrznych i administracji Joachima Brudzińskiego" - poinformował szef urzędu.

Mignano Monte Lungo

Tego samego dnia delegacja złoży wizytę w Mignano Monte Lungo, gdzie znajduje się cmentarz żołnierzy z Włoskiego Korpusu Wyzwolenia generała Umberto Utiliego. - To Włosi, którzy walczyli po stronie alianckiej, ramię w ramię z Polakami i Brytyjczykami 8. Armii. Odwiedzimy muzeum gen. Umbero Utili, do którego zbiorów przekażemy wyjątkowe pamiątki wydobyte z archiwów Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie. Są to fotografie przestawiające wspólną odprawę Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych gen. Kazimierza Sosnkowskiego i gen. Umberto Utiliego. Myślę, że będzie to gest przyjaźni i pamiątka, która wzbogaci zbiory muzeum dokumentującego czyn zbrojny tych włoskich patriotów, którzy stanęli po stronie dobra, czyli stronie alianckiej - zaznaczył.

Kasprzyk poinformował, że piątek na cmentarzu w Monte Cassino członkowie Związku Strzeleckiego złożą przyrzeczenie strzeleckie, które odbierze major Otton Hulacki, żołnierz 2. Korpusu gen. Andersa, który przed wojną był instruktorem strzeleckim we Lwowie. - W tym wydarzeniu mieścić się będzie istota tych obchodów. Młode pokolenie zostaje zarażane duchem niepodległościowym, który był udziałem żołnierzy 2. Korpusu. Na cmentarzu tworzymy ciąg pokoleń następujących po sobie, które łączy jedno wspólne hasło "umiłowanie ojczyzny i jej niepodległości" - dodał.

- Będziemy również w samym opactwie podjęci przez opata Monte Cassino; przy grobie św. Benedykta, św. Scholastyki. Pamiętajmy, że Monte Cassino i klasztor jest niezwykle ważny z punktu widzenia cywilizacji łacińskiej i europejskiej. Tam wykuwała się myśl, która połączyła Europę w średniowieczu i tam tworzyły się fundamenty, na których tę Europę i cywilizacje łacińską budowano. Żołnierze 2. Korpusu Polskiego przywracali Europie takie oblicze, szli z hasłem, które zostało podeptane przez Niemców wraz z wybuchem II wojny światowej 1 września 1939 r. - mówił.

Masyw Monte Cassino wraz ze znajdującym się na wzgórzu klasztorem benedyktynów było w czasie drugiej wojny światowej kluczową niemiecką pozycją obronną na tzw. linii Gustawa, mającą uniemożliwić aliantom zdobycie Rzymu. 18 maja 1944 r. po niezwykle zaciętych walkach zdobył je 2. Korpus Polski dowodzony przez gen. Władysława Andersa. W bitwie zginęło 923 polskich żołnierzy, 2931 zostało rannych, a 345 uznano za zaginionych.

 

Źródło: onet.pl



PiS odmraża ustawę o dezubekizacji armii. Będą mniejsze emerytury dla wojskowych

 4 maja 2018 r.

Sejm wraca do prac nad ustawą o obniżeniu rent i emerytur dla żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego. Biuro Analiz Sejmowych opublikowało niedawno opinię o projekcie ustawy, z której wynika, że jest ona niezgodna z konstytucją. Rządowy projekt ustawy o zmniejszeniu rent i emerytur żołnierzy jest bardzo podobny do przyjętej w grudniu ustawy obniżającej świadczenia funkcjonariuszom policji.

W projekcie zapisano, że każdy żołnierz, który przed 31 sierpnia 1990 roku przepracował choćby jeden dzień w jednostce podległej MON, Informacji Wojskowej, Wojskowej Służbie Wewnętrznej czy „innych służb Sił Zbrojnych prowadzących działania operacyjno-rozpoznawcze lub dochodzeniowo-śledcze” straci przywileje emerytalne. Niższe świadczenia mają dostać nie tylko żołnierze zawodowi, ale również ci, których objęła zasadnicza służba wojskowa i pracownicy cywilni.

Szacuje się, że ustawa obejmie od 12 tys do 20 tys osób i ma przynieść rządowi zysk od 200 do 300 mln zł rocznie. Po przyjęciu ustawy obniżającej świadczenia funkcjonariuszom policji prace nad dezubekizacją wojska wstrzymano. W kwietniu na stronie biura analiz sejmowych ukazała się opinia do projektu uchwały, co prawdopodobnie oznacza jej "odmrożenie".

Analiza nie zostawia na projekcie suchej nitki. Analitycy BAS przywołują opinię Sądu Najwyższego, który uznał, że jest niezgodny z konstytucją i stosuje zasadę odpowiedzialności zbiorowej.

- Wprowadzenie odpowiedzialności dla wszystkich żołnierzy, wyłącznie ze względu na służbę w zdefiniowanych przez projektodawcę przedziale czasu i jednostkach organizacyjnych MON, niezależnie od indywidualnej oceny postępowania, a także np. stażu pracy, stanowiska, funkcji i faktycznej działalności, budzi poważne wątpliwości - czytamy w konkluzji opinii.

Zdaniem prawników Biura Analiz Sejmowych, "Wprowadzenie tych zmian mogłoby doprowadzić do szeregu negatywnych konsekwencji zarówno w obszarze społecznym, politycznym, finansowym i prawnym, nie tylko na arenie krajowej, ale również międzynarodowej".

Negatywna opinia nie oznacza jednak, że projekt przepadnie. Dokładnie te same Biuro Analiz Sejmowych miało do poprzedniej ustawy, "dezubekizującej" MSW. Mimo uwag, ustawę przyjęto.

Źródło: money.pl




DEUBEKIZACJA

Sądy zawieszają sprawy odwoławcze. Czekają na TK

2 maja 2018 r.

Nawet dwa-trzy lata będą musieli czekać na wyrok mundurowi, którym zmniejszono emerytury w wyniku ustawy dezubekizacyjnej. Wszystkie sprawy w sądach są zawieszane do czasu rozpatrzenia skargi przez Trybunał Konstytucyjny

Do sądu wpłynęło już ok. 8,5 tys. odwołań od decyzji o zmniejszeniu emerytury. W każdym przypadku funkcjonariusze dostają decyzje, że sprawy zostają zawieszone lub po prostu sądy nie wyznaczają terminu rozprawy. Uzasadnienie jest jedno – trzeba poczekać na decyzję Trybunału Konstytucyjnego – mówi Zdzisław Czarnecki, prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP.

Damian Sucholewski, adwokat z Warszawy prowadzący sprawy poszkodowanych funkcjonariuszy: – Przypuszczam, że rozpatrzenie sprawy może zająć dwa-trzy lata.

Wielu jego klientów nie doczeka końca rozprawy. – Już zmarły cztery osoby, które reprezentowałem w sprawach obniżonych emerytur – dodaje Sucholewski.

Sąd chce odpowiedzi TK

Wydłużenie spraw to efekt decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie z 24 stycznia 2018 r. Sąd nie wydał wyroku w jednym z procesów deubekizacyjnych, lecz zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego z zapytaniem, czy deubekizacja nie narusza ustawy zasadniczej oraz zasad niedziałania prawa wstecz i niekarania dwa razy za ten sam czyn.

AMS

 

Onet.pl



Rząd prześwietli emerytury. Czas na zmiany systemowe?

Sobota, 28 kwietnia

Związki zawodowe i organizacje pracodawców chcą rzetelnej dyskusji o przyszłości systemu wsparcia seniorów. A nie tylko pojedynczych zmian, demolujących obowiązujące zasady.

Mundurowi i rolnicy trafią do ZUS?

 9 maja w zespole ubezpieczeń społecznych Rady Dialogu Społecznego ma się odbyć spotkanie partnerów społecznych dotyczące nowego przeglądu systemu emerytalnego.

Przewodnicząca RDS minister Elżbieta Rafalska chce, by wypracowane rekomendacje posłużyły jako materiał do debaty w czasie posiedzenia plenarnego RDS pod koniec czerwca.

- Dzisiaj trudno jest przewidzieć efekt prac zespołu - podkreśla Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Pracodawców RP. - Nie wiadomo, czy dyskusja o przeglądzie nie sprowadzi się do kilku spotkań, na których każdy przedstawi swoje stanowisko. A przecież przegląd systemu emerytalnego to poważna sprawa, wymagająca czasu - podkreśla.

Przegląd, czyli pretekst
Po raz pierwszy od startu reformy w 1999 r. przegląd funkcjonowania systemu emerytalnego Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz Ministerstwo Finansów przeprowadziły w 2013 r. Podstawą był art. 32 ustawy z 25 marca 2011 r. o zmianie niektórych ustaw związanych z funkcjonowaniem systemu ubezpieczeń społecznych (Dz.U. z 2011 r. nr 75, poz. 398 ze zm.). Zgodnie z nim Rada Ministrów dokonuje przeglądu systemu emerytalnego nie rzadziej niż co trzy lata.

Kolejna ocena została poprzedzona debatami organizowanymi przez ZUS. We wszystkich oddziałach od czerwca do września 2016 r. każdy mógł przedstawić swoją opinię o systemie emerytalnym. Z powodu skali konsultacji gotowy dokument trafił do Sejmu dopiero pod koniec grudnia 2016 r. A parlament przyjął informację rządu na ten temat w lutym 2017 r.

- Nie rozumiem, dlaczego zaledwie po roku od zakończenia ostatniego przeglądu rozpoczyna się następny - zastanawia się Bogusława Nowak-Turowiecka, ekspert ubezpieczeniowy ze Związku Rzemiosła Polskiego.

Konieczne porządki

Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że warto się zastanowić nad przyszłym kształtem systemu.

- Najważniejszą sprawą jest odpowiedź na pytanie, czy wracamy do poprzedniego systemu emerytalnego zdefiniowanego świadczenia, czy też zachowamy obecny system zdefiniowanej składki - zauważa Bogusława Nowak-Turowiecka.

W ocenie ekspertki nowy przegląd emerytalny powinien wypracować rozwiązania spójne, które będą obowiązywać przez kilka dekad, a nie tylko przez jedną kadencję Sejmu.

- Dlatego też warto zastanowić się nad włączeniem służb mundurowych do systemu powszechnego - podkreśla Bogusława Nowak-Turowiecka. - Jeśli za takie osoby resorty siłowe będą płacić składki, to odejście ze służby będzie o wiele prostsze. Nie można zmieniać tylko małego fragmentu systemu emerytalnego, bo to wywołuje bałagan - dodaje.

Podobnie uważa Jeremi Mordasewicz, ekspert ubezpieczeniowy z Konfederacji Lewiatan. W jego ocenie do ZUS powinni trafić nie tylko mundurowi, lecz także rolnicy.

- Musimy wrócić do założeń reformy emerytalnej z 1999 r., która proponowała powszechność systemu - podkreśla Jeremi Mordasewicz. - Kopalnie powinny płacić wyższe składki emerytalne do ZUS, bowiem górnicy przechodzą na wcześniejszą emeryturę . Co więcej, ich świadczenia są ustalane na podstawie specjalnych wskaźników, ale za tym nie idzie wyższa składka emerytalna - dodaje.

W ocenie Lewiatana rząd będzie musiał podjąć decyzję o stopniowym zrównaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn na poziomie 65 lat.

- Kobiety stanowczo zbyt krótko pracują w porównaniu z czasem pobierania emerytury - dodaje Mordasewicz.

Kłopotliwa waloryzacja

- Konieczne jest także wypracowanie nowego mechanizmu waloryzacji rent i emerytur - zauważa Łukasz Kozłowski. - Obecny system powoduje, że to politycy decydują o prowizorycznych rozwiązaniach. A przecież można skorzystać ze wskaźnika waloryzacji składek na ubezpieczenie emerytalne za kolejne lata - podkreśla.

Konfederacja Lewiatan chce likwidacji starego portfela.

- Warto też zastanowić się nad nowym sposobem liczenia emerytury. Tak, żeby przy ich ustalaniu uwzględniano przewidywane w przyszłości średnie trwanie życia kobiet i mężczyzn. A nie to obecnie obowiązujące - podkreśla Mordasewicz. - Dlaczego? Bo żyjemy coraz dłużej. A jeśli to uwzględnimy, to co prawda świadczenia w dniu ich przyznania będą nieco niższe, ale w przyszłości ich wysokość będzie relatywnie wyższa - dodaje.

OPZZ stawia zaś sprawę jasno.

- Mamy gotowy projekt ustawy dotyczący waloryzacji rent i emerytur. Chcemy, żeby przy ustalaniu wskaźnika uwzględniać nie 20, ale 50 proc. realnego wzrostu płac - podkreśla Wiesława Taranowska, wiceprzewodnicząca OPZZ. - W czasie prac zespołu zaproponujemy także, żeby wdowy i wdowcy mogli otrzymać jedną czwartą świadczenia po swoich współmałżonkach - dodaje.

Pomostówki pod młotek

Z kolei NSZZ "Solidarność" nie ma wątpliwości, że podczas przeglądu emerytalnego trzeba będzie rozwiązać kwestię emerytur pomostowych.

- Niezbędne jest uchylenie ich wygasania - podkreśla Henryk Nakonieczny, członek prezydium Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność". - Będziemy się także domagać emerytur stażowych, żeby osoby z najdłuższym stażem pracy w trudnych warunkach mogły wcześniej zakończyć aktywność zawodową.

Rząd także nie pójdzie z pustymi rękami na posiedzenie zespołu RDS. Wśród najnowszych propozycji jest bowiem emerytura dla matek. Każda kobieta, która urodzi i wychowa przynajmniej czwórkę dzieci, będzie miała prawo do emerytury minimalnej. Świadczenie uzyskają panie, które nigdy nie pracowały i te, które były aktywne zawodowo, ale zbyt krótko, by wypracować kapitał potrzebny do ich wypłaty.

Bożena Wiktorowska





Prezydent RP Andrzej DUDA spotkał się w dniu 20 kwietnia
z ministrem ON Błaszczakiem i kombatantami.

Chodzi o tzw. ustawę degradacyjną.

 21.04.2018 r.
 

W pałacu prezydenckim odbyło się spotkanie Andrzeja Dudy m.in. z szefem MON oraz przedstawicielami instytucji kombatanckiej. Spotkanie dotyczyło tzw. ustawy degradacyjnej.

Przypomnijmy, 31 marca Andrzej Duda zawetował tzw.  ustawę degradacyjną i skierował ją do ponownych prac w Sejmie. – Mam wątpliwości co do tej ustawy. Odebranie stopni wojskowych kierownictwu WRON jest mało dyskusyjne, ale nie tylko ci ludzie składali się na WRON. Nie zgadzam się z dysproporcjami zawartymi w tej ustawie – powiedział wówczas prezydent.

Spotkanie w Pałacu

Głowa państwa zapowiedziała spotkanie w ramach dyskusji na temat  ustawy. Odbyło się ono w Pałacu Prezydenckim. Andrzej Duda zaprosił m.in. szefa resortu obrony narodowej Mariusza Błaszczaka oraz przedstawicieli Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.

Ustawa degradacyjna

6 marca 2018 roku Sejm przyjął ustawę degradacyjną. „Za” było 264 posłów, przeciw było 159, a 6 parlamentarzystów wstrzymało się od głosu. Ustawa mówi o pozbawianiu stopni wojskowych „osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu oraz o zmianie ustawy o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej”. 8 marca, bez poprawek, ustawę przyjął Senat.

Przypomnijmy, przygotowany przez MON projekt przewiduje możliwość pozbawiania stopnia oficerskiego lub podoficerskiego – również pośmiertnie – osób, które z racji ukończonego wieku lub stanu zdrowia nie podlegają obowiązkowi służby wojskowej i żołnierzy rezerwy, którzy byli członkami Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego albo pełnili służbę w organach bezpieczeństwa państwa, o których mowa w art. 2 ustawy z dnia 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944-1990 oraz w treści tych dokumentów.

Szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk podkreślił, że jest to „ustawa pozwalająca odebrać stopnie oficerskie takim osobom jak Jaruzelski czy dowódca plutonu egzekucyjnego Inki”. Jednakże, na mocy zapisów ustawy stopień może stracić np. generał Mirosław Hermaszewski, pierwszy Polak który wziął udział w wyprawie w kosmos. Podczas stanu wojennego wchodził on w skład Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, która faktycznie przejęła władzę w kraju.

 

Co ustalono, jeszcze nie wiadomo.



Mariusz Błaszczak: jutro konsultacje u prezydenta ws. Ustawy degradacyjnej

19.04.2018 rok

Szef MON Mariusz Błaszczak poinformował, że na jutro został zaproszony do prezydenta na konsultacje w sprawie tzw. ustawy degradacyjnej. Przypomniał, że kwestia jest dla rządu i klubu parlamentarnego PiS zamknięta. O: Leszek

- Zostałem zaproszony na jutro na konsultacje z panem prezydentem. Oczywiście będę na tych konsultacjach, przedstawię swój punkt widzenia oraz punkt widzenia rządu i większości parlamentarnej w tej sprawie – powiedział Błaszczak dziś radiowej Trójce.

Pytany, czy sprawa ustawy jest zamknięta czy zawieszona, odpowiedział: "Dla mnie jest zamknięta. Rząd nie będzie przygotowywał kolejnego projektu, również klub parlamentarny nie będzie przygotowywał kolejnego projektu".

Dodał, że prezydent ma konstytucyjne uprawnienia, by przygotować taki projekt. - Pan prezydent ma inicjatywę ustawodawczą. Czy z niej skorzysta, to już decyzja pana prezydenta - powiedział szef MON.

- Doszliśmy do wniosku w gronie kierownictwa PiS, że ten projekt, który został zawetowany przez pana prezydenta, był projektem o wymiarze symbolicznym przede wszystkim. Dlatego, że on dotyczył WRON, nie dotyczył tysięcy oficerów, którzy służyli wtedy w Ludowym Wojsku Polskim, tylko dotyczył tych, którzy zostali przez Sąd Najwyższy w 2012 roku uznani za organizację zbrodniczą o charakterze zbrojnym – dodał.

30 marca Andrzej Duda zawetował ustawę o odbieraniu stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-90 swoją postawą sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu. Jako powód podał przepisy pozbawiające stopni wojskowych członków WRON z mocy prawa, bez możliwości złożenia wyjaśnień i bez trybu odwoławczego, a także brak zapewnienia odpowiedniej reprezentacji interesów osób nieżyjących.

Prezydent zapowiedział zarazem, że zaprosi ministra obrony, szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób represjonowanych, przedstawicieli organizacji kombatanckich, być może również przedstawicieli osób pokrzywdzonych w stanie wojennym, żeby przedyskutować, "w jaki sposób załatwić tę trudną sprawę".

Kilka dni po ogłoszeniu prezydenckiego weta prezes PiS Jarosław Kaczyński oświadczył: „Uznaliśmy tę sprawę w tym momencie za zamkniętą”. Dodał, że PiS nie będzie brało udziału w przygotowywaniu "nowej ustawy degradacyjnej"; mówił też, że prezydent nie uprzedził partii o zamiarze weta.

Ustawę o pozbawianiu stopni wojskowych - także pośmiertnie - osób, które w latach 1943-90 sprzeniewierzyły się polskiej racji stanu, Sejm uchwalił 6 marca. Jej projekt został przyjęty przez Radę Ministrów i skierowany do Sejmu 1 marca – w Narodowym Dniu Żołnierzy Wyklętych. Błaszczak mówił wtedy, że projektowana ustawa "ma wymiar symboliczny", przywraca normalność i sprawiedliwość.

W ustawie zapisano automatyczne pozbawienie stopni wojskowych członków WRON, przewiduje ona ponadto odbieranie stopnia osobom, które "pełniąc funkcje służbowe lub zajmując stanowiska dowódcze kierowały działaniami mającymi na celu zwalczanie polskiego podziemia niepodległościowego w latach 1943-1956 albo uczestnicząc w tym okresie w zwalczaniu polskiego podziemia niepodległościowego dokonywały drastycznych czynów"; inicjowały lub dopuszczały się prześladowań żołnierzy ze względu na wyznawaną religię lub pochodzenie oraz wydawały rozkazy użycia broni palnej wobec ludności cywilnej.

Negatywne opinie o projekcie wyraziły Związek Żołnierzy WP, Federacja Stowarzyszeń Rezerwistów i Weteranów Sił Zbrojnych RP oraz Zrzeszenie Weteranów Działań poza Granicami Państwa. Zarzucały one naruszenie konstytucji i brak szacunku dla stopnia wojskowego, zwracały też uwagę, że kwestie pozbawienia stopnia są już wystarczająco uregulowane.

Źródło: onet.pl


 

Mirosław Różański: świat na krawędzi konfliktu

15.04.2018 rok

"Świat na krawędzi konfliktu a w trakcie konwencji partii rządzących o bezpieczeństwie żadnych zapowiedzi" - napisał na swoim profilu twitterowym Prezes Fundacji Bezpieczeństwa i Rozwoju Stratpoints oraz generał broni Mirosław Różański.

"Czyżby to nie był ważki temat (?)" - czytamy dalej we wpisie gen. Różańskiego, byłego dowódcy generalnego rodzajów sił zbrojnych w latach 2015-2016.

Połączone siły amerykańskie, brytyjskie i francuskie przeprowadziły wczoraj nad ranem serię ataków w Syrii w ramach akcji odwetowej za użycie broni chemicznej przez reżim prezydenta Syrii Baszara el-Asada 7 kwietnia w mieście Duma na wschód od Damaszku. Miało wówczas zginąć ponad 60 osób.

Operacja koalicji rozpoczęła się o godz. 4 czasu lokalnego (godz. 3 w Polsce). Siły zbrojne USA podały, że celem bombardowań był wojskowy ośrodek naukowo-badawczy w Damaszku, zajmujący się technologią broni chemicznej oraz składy znajdujące się na zachód od miasta Hims.

Rosja oskarżana jest o wspieranie reżimu Asada. Sami Rosjanie z kolei potępili atak koalicji zachodniej. Sytuacja doprowadziła do kolejnego kryzysu międzynarodowego. Wielu ekspertów obawia się o światowy pokój.

Wczoraj odbyły się konwencje Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej oraz Prawa i Sprawiedliwości i Zjednoczonej Prawicy. Pośród tematów, które poruszali politycy, zabrakło kwestii bezpieczeństwa i konfliktu w Syrii.

 

 

Źródło: wiadomości.pl



KACZYŃSKI O USTAWIE DEGRADACYJNEJ

05.04.2018 r.

Prezydent Andrzej Duda nie uprzedził PiS o zamiarze zawetowania tzw. ustawy degradacyjnej; uznaliśmy tę sprawę w tym momencie za zamkniętą - powiedział dziś prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. Dodał, że kierowane przez niego ugrupowanie nie będzie brało udziału w przygotowywaniu "nowej ustawy degradacyjnej".

Prezydent w piątek zawetował tzw. ustawę degradacyjną, która pozbawia stopni wojskowych członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego i daje możliwość pozbawiania takich stopni osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą "sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu".

Kaczyński został spytany podczas czwartkowej konferencji prasowej, czy prezydent Andrzej Duda uprzedził Prawo i Sprawiedliwość o zamiarze zawetowania ustawy, oraz czy jego partia "będzie partycypowała" w przygotowaniu "nowej ustawy degradacyjnej".

Nie uprzedził, nie będziemy partycypowali. Uznaliśmy tę sprawę w tym momencie za zamkniętą i tyle mogę w tej sprawie powiedzieć - powiedział prezes PiS.

 (źródło: portal niezależna.pl)



Ci politycy po słowach prezesa mają spory problem. Bronili nagród, teraz nagle zmienili zdanie

 05.04.2018

Jarosław Kaczyński przekazał, że ministrowie zwrócą nagrody za lata 2016-2017. Dla niektórych z nich to podwójny problem, ponieważ jeszcze niedawno ani myśleli oddawać premii, wskazując, że im się należy (Szydło), albo że uczciwie ją zarobili (Waszczykowski). Jak teraz, po decyzji prezesa, będą się tłumaczyć?

Czwartkowa deklaracja prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego oznacza, że mozolnie budowana narracja niektórych członków jego partii w randze ministra lub sekretarza stanu, właśnie runęła. Ministrowie mają do połowy maja zwrócić premie przyznane w latach 2016-2017 za pracę w rządzie Beaty Szydło, to samo czeka sekretarzy stanu.

W ten sposób była premier Beata Szydło i niektórzy jej ministrowie znaleźli się w tarapatach. Muszą wytłumaczyć, jak doszło do tego, że jeszcze niedawno bronili przyznanych sobie premii, albo ani myśleli je zwracać. Teraz, po zaledwie jednym spotkaniu z prezesem PiS zdecydowali, że oddadzą je do Caritasu.

Szydło: Należały im się. Najwięcej zamieszania wywołała była premier, która sama sobie przyznała 65 tys. zł w 2017 roku i później wygłosiła płomienne wystąpienie, w którym broniła premii.

Tak, rzeczywiście, ministrowie i wiceministrowie otrzymywali nagrody za ciężką, uczciwą pracę i te pieniądze im się po prostu należały! To były nagrody oficjalne, które zostały przyznane w ramach budżetu uchwalonego w tej izbie - grzmiała w Sejmie Szydło.

Waszczykowski nie zamierzał oddać, Jaki - część

Także były szef MSZ Witold Waszczykowski w rozmowie z money.pl stwierdził, że nie zamierza oddawać nagrody w wysokości ponad 72 tys. zł. - To uczciwie zarobione pieniądze za sukcesy dyplomacji polskiej - mówił i powiedział, że "nie ma takiej możliwości", by oddał premie.

Pod koniec marca na antenie Polsat News Patryk Jaki, wiceminister sprawiedliwości oznajmił, że w 2017 roku otrzymał około 30 tys. zł nagród. - Nie zwróciłem tej nagrody, ale znaczną część przekażę na działalność charytatywną, jak obiecałem - zapowiedział. Teraz przyjdzie mu oddać całość.

Z kolei wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin swoje 65 tys. zł premii sukcesywnie przekazuje tę kwotę na działalność swojej partii, czyli Porozumienie.

Minister energii Krzysztof Tchórzewski, który przetrwał wymianę kadr w rządzie pod koniec 2017 roku, także nie zamierzał oddawać premii. W jednym z pism, które ujawnił poseł PO Krzysztof Brejza, pisał, że "za swoją pracę na te nagrody w pełni zasłużył", a nagrody wypłacano mu "z powodu jego olbrzymiego sukcesu".

Amnezja Lipińskiego. Zabawnie z nagród tłumaczyli się były minister zdrowia Konstanty Radziwiłł i minister w KPRM Adam Lipiński. Pierwszy sugerował, że nie zauważył nawet 65 tys. zł na koncie. Drugi natomiast twierdził, że premii nie otrzymał, choć dokumenty z Kancelarii Premiera świadczą inaczej - w 2017 roku dostał 51 tys. zł. -  Nie dostałem nigdy nagród. Chciałem się poskarżyć publicznie. Nikt mi żadnej nagrody nie dał - mówił wcześniej dziennikarzom Lipiński.

 Wyjątkiem w tym gronie jest premier Mateusz Morawiecki, który także otrzymał nagrodę za okres, gdy szefował w resortach finansów i rozwoju. Nowy szef rządu przekazał, że ponad 75 tys. zł przeznaczył na cele charytatywne.

 

Źródło: gazeta.pl



Prezydent przekazał Sejmowi do ponownego rozpatrzenia ustawę z dnia 6 marca 2018 r. o pozbawianiu stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu

 04.04.2018 r.

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej – na podstawie art. 122 ust. 5 Konstytucji – odmówił podpisania ustawy z dnia 6 marca 2018 r. o pozbawianiu stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu i przekazał ją Sejmowi do ponownego rozpatrzenia.

W opinii Prezydenta RP nie budzi wątpliwości, że Rzeczpospolita Polska, jako państwo wolne i suwerenne, powinna wyciągnąć konsekwencje wobec tych, którzy zwalczając działalność na rzecz niepodległego państwa, naruszali podstawowe prawa i wolności człowieka. Zachowania i czyny stanowiące określone ustawą przesłanki pozbawiania stopni wojskowych były nie tylko naruszeniem norm o charakterze międzynarodowym, ale także prawa obowiązującego w PRL.

Zasadnicza kwestia poddana pod ponowne rozpatrzenie przez Sejm dotyczy pozbawienia stopni wojskowych, z mocy prawa, członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (zgodnie z ustawą pozbawienie stopni wojskowych następuje w wyniku ogłoszenia w Monitorze Polskim przez Prezydenta RP obwieszczenia zawierającego wykaz członków WRON). W przypadku pozostałych osób i żołnierzy rezerwy pozbawianie stopni wojskowych następować ma po przeprowadzeniu określonej ustawą procedury. Decyzję w sprawie pozbawienia stopnia wojskowego podejmuje Minister Obrony Narodowej, za zgodą Prezydenta RP, a rozstrzygnięcie może być zaskarżone do sądu administracyjnego.

Obowiązkiem władz publicznych jest zapewnienie równego traktowania wszystkich obywateli – także tych, którzy dopuszczali się czynów uznanych przez ustawę z dnia 6 marca 2018 r. za podstawę pozbawienia stopnia wojskowego. Wiąże się z tym wymóg dochowania gwarancji proceduralnych.

Regulacja prawna, zgodnie z którą członkowie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego tracą z mocy prawa stopień wojskowy, wprowadza zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Ustawodawca, rozstrzygając o pozbawieniu stopnia wojskowego, uwzględnia wyłącznie okoliczność członkostwa w WRON, bez odniesienia jej do faktycznej roli, jaką pełnił każdy z członków WRON. Zdaniem Prezydenta RP, każdej osobie, która w wyniku zastosowania ustawy może utracić stopień wojskowy, przysługuje prawo do zindywidualizowanego i rzetelnego postępowania. Trudno jest usprawiedliwić odmienne traktowanie członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego oraz osób i żołnierzy rezerwy niebędących członkami WRON, zwłaszcza że w tej drugiej grupie osób mogą znajdować się zarówno stalinowscy oprawcy w mundurach Ludowego Wojska Polskiego, jak również zdrajca i agent sowieckiego wywiadu, późniejszy Marszałek PRL Michał Rola-Żymierski.

Ponadto, wątpliwości Prezydenta RP odnoszą się do niektórych rozwiązań proceduralnych. Wyznaczony ustawą 14-dniowy termin zgłoszenia udziału w postępowaniu w sprawie pośmiertnego pozbawienia stopnia wojskowego (liczony od udostępnienia informacji na stronie internetowej Ministerstwa Obrony Narodowej) może ograniczać prawa członka rodziny lub stowarzyszenie do udziału w tym postępowaniu.

Mając na względzie możliwość pośmiertnego pozbawienia stopnia wojskowego, podnieść należy również kwestię reprezentowania osoby, której postępowanie dotyczy. Ustawa nie przywiduje jednak instytucji rzecznika reprezentującego obligatoryjnie osobę zmarłą, której dotyczy postępowanie w przedmiocie pozbawienia stopnia wojskowego. A przecież nie można wykluczyć przypadków, gdy osoba zmarła nie ma krewnych, a żadna organizacja nie zgłosi się do udziału w postępowaniu. W takiej sytuacji osoba zmarła nie miałaby żadnego reprezentanta (obrońcy), z czym trudno pogodzić się zarówno od strony prawno-konstytucyjnej, jak i moralnej.

 

Ustawa wprowadza 5 letni termin wznowienia postępowania w przedmiocie pozbawienia stopnia wojskowego. W opinii Prezydenta RP, ze względu na to, że pozbawienie stopnia wojskowego stanowi szczególnego rodzaju dolegliwość, należy umożliwić zmianę takiego rozstrzygnięcia niezależnie od czasu, po upływie którego zaistnieją podstawy do wznowienia postępowania. Nie można wykluczyć m.in. sytuacji, w której nastąpi ujawnienie nieznanych obecnie materiałów archiwalnych, będących w posiadaniu osób zobowiązanych do przekazania ich Instytutowi Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu bądź znajdujących się w archiwach zagranicznych.
AMS



"Prezesie, przeproś". Olszewski apeluje do Kaczyńskiego

31.03.2018 r.
Do grona krytyków nagród dla ministrów niespodziewanie dołączył były premier i polityczny mentor prezesa PiS, Jan Olszewski. Zasugerował, że Jarosław Kaczyński lub Beata Szydło powinni za nie przeprosić.

Olszewski skrytykował nagrody w rozmowie z "Super Expressem". - Razi wysokość tych nagród dla ministrów. Ja bym ich nie przyznawał w ogóle. Kiedyś, jak byłem premierem, dostałem raz premię i ją oddałem. Myślę, że nie powinno być żadnych nagród i premii. Mam do tego dość rygorystyczny stosunek. Każdy z ministrów w sprawie nagród powinien dawać przykład w tej kwestii - stwierdził. Nie wykluczył przy tym, że być może powinny być wyższe płace dla ministrów i wiceministrów.

Były premier stwierdził, że "dobrze byłoby odebrane wśród ludzi, wyborców, gdyby np. prezes Jarosław Kaczyński czy była premier Beata Szydło wytłumaczyli, przeprosili za te nagrody". "Choć słowo przepraszam się mocno zdewaluowało" - dodał.

 

Źródło: wiadomości .pl



Prezydent oświadczył dziś, że zawetował ustawę degradacyjną.

30.03.2018 r.

Jak było do przewidzenia, w związku ze spadkiem notowań PIS, prezydent Andrzej DUDA zawetował ustawę pozbawiającą stopni wojskowych byłych żołnierzy.

Jak oświadczył - : Mam pewne wątpliwości dotyczące tej ustawy. Prezydent podkreślił, że odebranie stopni kierownictwu WRON nie jest dyskusyjne. W radzie byli jednak też inni ludzie, którzy zasiadali w niej ze względu na otrzymane rozkazy. - Rozwiązanie, że wszyscy członkowie WRON nie mają możliwości złożenia żadnych wyjaśnień i żadnego środka odwoławczego i po wydaniu obwieszczenia tracą stopień wojskowy, jest czymś, z czym zgodzić się nie mogę - podkreślił. Prezydent przywołał też postać gen. Hermaszewskiego, który, jak podkreślił Duda, pełnił we WRON funkcję symboliczną.

- Prosiłem przez moich ministrów, aby zwrócić uwagę na ten mankament - aby były możliwości, by osoby mogły złożyć wyjaśnienia. Nie wzięto tego pod uwagę, czego nie mogę zrozumieć - zaznaczył. Zwrócił też uwagę, że praworządność w Polsce jest przedmiotem bacznej obserwacji UE. Brak środka odwoławczego w ustawie zostałby z pewnością wskazany jako złamanie prawa. Prezydent zaznaczył też, że problematyczne jest odbieranie stopni wojskowych osobom nieżyjącym.

- Długo się nad tą ustawą zastanawiałem. Moje poglądy, jeśli chodzi o czasy słusznie minione i ludzi, którzy brali czynny udział zwłaszcza w budowaniu aparatu represji, są jednoznaczne - mówił Andrzej Duda. - Niedawno podpisałem ustawę, która obniżała emerytury byłym pracownikom UB i SB.   Podjąłem te decyzje bez mrugnięcia okiem - podkreślał prezydent.

- Po świętach zaproszę m.in. szefa MON i przedstawicieli organizacji kombatanckich; chciałbym, aby powstała ustawa, która będzie przyjęta przez społeczeństwo ze zrozumieniem, a przede wszystkim nie będzie niesprawiedliwa - stwierdził prezydent.

Tzw. ustawa degradacyjna zakłada możliwość pozbawiania stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą "sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu.

Niezależnie od tego, co wymyśli Prezydent, nowa ustawa też będzie niesprawiedliwa, bo nie można ustawami pozbawiać nikogo i niczego. Od tego są odpowiednie organy państwowe, a nie przypadkowi politycy. Zresztą jak doświadczyliśmy - PIS przygotowuje i wdraża w życie kontrowersyjne ustawy, nie licząc się do tej pory z opinią społeczną.

 

AMS
 


Watykan dystansuje się od rozmowy z papieżem w "La Repubblica"

30.03.2018 r.

Watykan oficjalnie zdystansował się od rozmowy z papieżem Franciszkiem, jaką opublikował dziś rzymski dziennik "La Repubblica". Z papieżem rozmawiał założyciel tej gazety, prawie 94-letni Eugenio Scalfari.

Watykańskie biuro prasowe opublikowało oświadczenie

·         Watykan zastrzegł, że żadna wypowiedź określona jako cytat nie powinna być uważana za "wierny zapis słów" Franciszka

·         Na łamach "La Repubblica" można przeczytać m.in. słowa o tym, że "piekło nie istnieje", "grzesznych dusz" nie spotyka żadna kara, tylko "znikają", a Bóg stworzył świat przy pomocy "energii"

Kilka godzin po publikacji rozmowy na dwóch stronach dziennika watykańskie biuro prasowe opublikowało następujące oświadczenie: "Ojciec Święty Franciszek przyjął ostatnio założyciela dziennika „La Repubblica”, a spotkanie miało charakter prywatny z okazji Wielkanocy".

Następnie podkreślono, że papież nie udzielił żadnego wywiadu. A TO CIEKAWE?

Dalej znajduje się wyjaśnienie: "To, co zreferował autor dzisiejszego artykułu, jest owocem jego rekonstrukcji"; w artykule "nie zacytowano słów dosłownie wypowiedzianych przez papieża".

Watykan zastrzegł, że żadna wypowiedź określona jako cytat nie powinna być uważana za "wierny zapis słów" Franciszka.

Tekst na łamach dziennika nie został nazwany "wywiadem", lecz "rozmową", a poprzedza ją opis okoliczności piątego już spotkania Scalfariego z papieżem.

Już po raz kolejny Watykan zdystansował się od zapisu rozmowy z Franciszkiem, jaką opublikował Scalfari. Wcześniej nestor włoskich dziennikarzy tłumaczył, że na rozmowy z papieżem, którego przedstawia jako swego przyjaciela, chodzi bez dyktafonu, bo - jak zapewnia - ma doskonałą pamięć.

Na łamach dziennika "La Repubblica" można przeczytać, że papież wyraził przekonanie, że "Europa musi umocnić się politycznie i moralnie". Ponadto są słowa o tym, że "piekło nie istnieje", "grzesznych dusz" nie spotyka żadna kara, tylko "znikają", a Bóg stworzył świat przy pomocy "energii".

Źródło: onet.pl



Morawiecki: Pierwsze Patrioty trafią do Polski w 2022 roku

27.03.2018 r.

    

- Mogę potwierdzić, że to jest bardzo dobrze wynegocjowana umowa. Po pierwsze dlatego, że jest to korzystny kontrakt zakupu, ale również dlatego, że w ślad za tym kontraktem idzie tzw. umowa offsetowa, czyli powiększenie zdolności produkcyjnych polskich zakładów, ale także wypracowanie nowych rozwiązań militarnych we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi - mówił w rozmowie z TVP Info premier Mateusz Morawiecki, w przeddzień podpisania umowy na dostawy systemów Patriot.

Wczoraj resort obrony poinformował, że w środę zostanie podpisana umowa na dostawę przeciwlotniczych i przeciwrakietowych zestawów rakietowych średniego zasięgu systemu Wisła. Na sprzedaż Polsce uzbrojenia, w tym radarów, wyrzutni i pocisków składających się na system Patriot w listopadzie zgodę wyraził Kongres USA.

- O szczegółach będziemy mówić jutro, natomiast te pierwsze systemy Patriot dotrą do Polski w 2022 roku, a kolejne - już dwa później, w 2024 roku. To są systemy, które w sposób bezprecedensowy zapewniają nam bezpieczeństwo, bezpieczeństwo naszego nieba - zapowiedział premier Mateusz Morawiecki.

- Mogę potwierdzić, że to jest bardzo dobrze wynegocjowana umowa. Po pierwsze dlatego, że jest to korzystny kontrakt zakupu, ale również dlatego, że w ślad za tym kontraktem idzie tzw. umowa offsetowa, czyli powiększenie zdolności produkcyjnych polskich zakładów, ale także wypracowanie nowych rozwiązań militarnych we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi - dodał premier w rozmowie z TVP Info.

Zdaniem szefa rządu, sprzedaż Polsce Patriotów jest dowodem na to, że Polska jest jednym z najważniejszych sojuszników USA. - Jest to najnowsza technologia amerykańska, której Amerykanie nie sprzedają innym, a więc jednocześnie dowód na naszą bliską, sojuszniczą solidarność. To jest dowód na to, że Amerykanie ufają Polsce, że jesteśmy jednym z najważniejszych sojuszników USA w tej części świata i jednocześnie będziemy mieli możliwość rozwoju niektórych elementów tego systemu, serwisowania, nadzoru nad tym systemem... To jest bardzo dobra umowa, zarówno o zakupie sprzętu wojskowego, jak i rozwijaniu tego sprzętu wojskowego na terytorium Polski - mówił.

- Nasi specjaliści, którzy negocjowali tę dodatkową umowę offestową, na pewno skorzystali z lekcji z przeszłości i wynegocjowali kontrakt, który jest dla Polski bardzo dobry, ponieważ znaczące elementy tego systemu będą mogły być rozwijane w Polsce. Mi zależy na tym, żeby modernizacja armii prowadziła jednocześnie do ponownego uprzemysłowienia Polski, można powiedzieć, ale uprzemysłowienia w taki sposób, żeby to był przemysł XXI wieku - najnowsze technologie satelitarne, radarowe, zresztą w których Polska cieszy się uznaniem międzynarodowym. To jest umowa, która będzie obejmowała właśnie taki zakres - tłumaczył premier.

- W tym momencie mogę powiedzieć, że wywalczyliśmy Patrioty skutecznie. Jest to system IBCS, tak naprawdę oznacza to w luźnym przełożeniu na polski język "system kontroli pola walki w powietrzu", czyli obrona antyrakietowa, obrona przeciwlotnicza, dzięki której polskie niebo, ale też europejskie niebo w tej części Europy, będzie bezpieczniejsze. To jest też system, który ma być zintegrowany z systemem krótkiego zasięgu "Narew". Oba te systemy będą ze sobą bardzo dobrze zintegrowane - powiedział premier Morawiecki.

 Źródło: rp.pl



Sankcje wobec Polski już się zaczęły. Szczyt strefy euro bez nas. Morawiecki sobie nie radzi

24.03.2018
Marcin Antosiewicz


Komisji Europejskiej wciąż nie przekonują tłumaczenia Mateusza Morawieckiego i jego ministrów na temat zmian w sądownictwie, jakie przeforsował PiS. Najważniejsze państwa UE stoją murem za Komisją. A Macron i Merkel przedstawili wspólne propozycje dotyczące przyszłości Europy na szczycie strefy euro, na który Polska nie została zaproszona. Pierwszy raz od dawna
F             W piątek w południe, kiedy premier Morawiecki zmierzał na lotnisko Zaventem, w sercu Brukseli przy Rondzie Schumana w gmachu Rady Europejskiej przywódcy strefy euro słuchali niemieckiej kanclerz i francuskiego prezydenta, którzy przedstawiali propozycje dotyczące reformy Unii Europejskiej, bazującej w przyszłości przede wszystkim na strefie euroPolski przy stole rozmów nie było, i wcale nie dlatego, że nie zamieniliśmy jeszcze złotego na euro. Z poprzedniego szczytu Mateusz Morawiecki wyjechał przed jego zakończeniem, bo śpieszył się na opłatek PiS w Sejmie, więc tym razem w ogóle nie dostał zaproszenia. Gdy Merkel i Macron zaczynali szczyt strefy euro, Morawiecki na konferencji prasowej mówił krajowej prasie, że ma za sobą  "niezwykle udany szczyt" . W ten sposób starał się odwrócić uwagę od swojej nieobecności na sali obrad.

Nici z lepszej Szydło

Morawiecki miał być lepszą Beatą Szydło, którą niektórzy politycy PiS w kuluarowych rozmowach nazywają „powiatową”. Światowy bankowiec miał wytłumaczyć Brukseli sens reform „dobrej zmiany”. Nie udało się. Biała Księga, którą przygotował rząd Morawieckiego dla europejskich partnerów, zamiast załagodzić konflikt, tylko go eskalowała. W europejskich stolicach dostrzegli, że Warszawa traktuje ich niepoważnie, jak widzów TVP, którzy mają kupić każdą partyjną propagandę. Dlatego rzutem na taśmę, gdy w czwartek od południa w Brukseli Morawiecki słyszy krytykę od premierów i prezydentów, PiS próbuje wysłać sygnał, że „symbolicznie” ustąpi w sporze z BrukseląMa opublikować trzy zaległe wyroki Trybunału Konstytucyjnego, ale mają one trafić do archiwum zamiast do praktyki prawnej, bo rząd i tak nie zamierza ich wykonać. Nowelizacji mają ulec także ustawy o sądach powszechnych i Sądzie Najwyższym, ale nikt nawet nie ukrywa, że rewolucja kadrowa w sądach już się dokonała, więc zmiany nie mają znaczenia. Morawiecki liczy na to, że wygra czas, bo wie, że czas prawdziwych sankcji nadchodzi i nie chodzi wcale o odebranie Polsce głosu w Radzie Europejskiej, bo do tego nie dojdzie. Nikomu nie zależy na wywołaniu wewnętrznego kryzysu w UE, kiedy właśnie z jednego wychodzi. Prawdziwą karą będzie zdecydowanie mniejszy budżet dla Polski w kolejnej siedmioletniej perspektywie na latach 2021-2027. Negocjacje nad nią właśnie przyśpieszyły, bo płatnicy netto, głównie Francja, chcą, by odzwierciedlał przyszły kształt UE, której głównym jądrem ma być strefa euro. W tej dyskusji polski rząd nie może liczyć na wsparcie Grupy Wyszehradzkiej, bo nikt nie zaryzykuje własnych pieniędzy, by bronić ustaw „dobrej zmiany”.

O nas bez nas

Na piątkowym szczycie strefy euro Emmanuel Macron i Angela Merkel przedstawili wstępne propozycje reform, których celem jest skupienie przyszłej integracji wokół 19 krajów płacących wspólną walutą. Francusko-niemiecki motor, po Brexicie i turbulencjach z rządami Europy wschodniej, które odchodzą od rządów prawa, nie chce ryzykować kapitału politycznego i pieniędzy własnych podatników na Unię 27 państw, dlatego dąży do powołania budżetu strefy euro i programu inwestycyjnego, z którego mogliby korzystać członkowie eurozony. Gdy premierem był Donald Tusk bardzo zabiegał o to, by Polska i inne kraje regionu uczestniczyły w obradach strefy euro. Już wtedy Tusk napotykał na opór, ale argumentował, że choć jeszcze nie płacimy wspólną walutą, to jesteśmy na drodze do wstąpienia do unii walutowej, dlatego musimy partycypować w debacie o jej przyszłości. To, że Morawiecki nie zdołał utrzymać miejsca dla Polski przy stole strefy euro, to olbrzymia porażka, która będzie tym większa, jeśli Francuzi i Niemcy przeforsują swoje pomysły, bo wtedy Polska na trwałe znajdzie się na marginesie zintegrowanej strefy euro. Na razie jedynym Polakiem, który ma wpływ na przyszły kształt unii walutowej jest Donald Tusk, który jako przewodniczący Rady Europejskiej, przewodzi także szczytom strefy euro. Tusk jest najwyższym przedstawicielem Unii Europejskiej, organizacji, do której Polska należy od 2004 roku, ale nowy polski premier Morawiecki nie znalazł jeszcze czasu, by się z nim spotkać, choć Tusk w depeszy gratulacyjnej wyraził chęć rozmowy. Animozje z krajowej polityki przysłaniają interes Polski w Europie. A Morawiecki, który miał naprawić zepsuty przez Szydło wizerunek Polski w świecie, jak na razie generuje nowe kryzysy zamiast wychodzić ze starych. Po sporze z Izraelem i USA, który wciąż się nie zakończył, pozycja Polski w świecie nadal dramatycznie spada.

3,3 mld ludzi jest rządzonych przez autokratów, coraz bardziej Polska

W tym tygodniu Fundacja Bertelsmanna, która od 2003 roku co dwa lata publikuje Index Transformacji (BTI), pokazujący, jaki jest stan demokracji i praw człowieka oraz sytuacja gospodarcza i wydajność aparatu państwa w 129 krajach słabo i średnio rozwiniętych, zaprezentowała swój najnowszy raport. Dane do BTI zbiera 250 ekspertów na całym świecie. Najnowszy trend pokazuje, że coraz więcej ludzi na globie jest rządzonych przez autokratów. Obecnie to 3,3 mld ludzi w 58 krajach. Do autokratów zalicza się polityków, którzy doszli do władzy najczęściej w wyniku demokratycznych wyborów i w trakcie kadencji zwiększają swoją władzę do absolutnej poprzez atakowanie opozycji i osłabianie trójpodziału władzy, gdzie głównie władza wykonawcza i sądownicza zostaje obsadzona zaufanymi ludźmi. Najgorsze zmiany w ostatnich dwóch latach zaszły w Turcji, gdzie prezydent Erdogan przejął całkowitą kontrolę nad mediami i sądami. Po raz pierwszy jednak do krajów, gdzie rządzący rozbudowują swoją władzę, dewastują państwo prawa i niszczą niezależne media została zaliczona Polska, która trafiła nawet na 5 miejsce w liście TOP-10 krajów, które w ostatnich latach „straciły najwięcej demokracji”. Polska jest jedynym europejskim krajem w tym rankingu.

 

Źródło: onet.pl



Rumuni za Patrioty zapłacą ponad 2 razy mniej niż Polacy. Były szef MON rozpętał burzę na Twitterze

FOT. THE U.S. ARMY/FLICKR (CC BY 2.0)

Za dwie baterie systemu Patriot (16 wyrzutni, cztery radary i cztery stanowiska dowodzenia) zapłacimy blisko 20 mld zł.

23.03.2018 r.

W przyszłym tygodniu ma zostać podpisana umowa na dostawę zestawów systemu Patriot do Polski. Problem w tym, że za dwie baterie zapłacić mamy 5-6 mld dol. Rumunia za 3,5 baterii zapłaci z kolei tylko 3,9 mld dol. Dlaczego „sprawdzony, polski sojusznik” dostał tak wysoki rachunek?

Jak już pisalismy w money. pl umowa o  zakupie pierwszych dwóch baterii  systemu patrot dla Polski ma zostać podpisana 28 marca. Już w środę pytaliśmy w MON o ten termin, jednak do dziś nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi.

Jedynie wielość dobrze poinformowanych źródeł potwierdzających tę datę pozwala przypuszczać, że tak rzeczywiście się stanie. Nie ma też pewnych informacji na temat ostatecznie wynegocjowanej ceny za dwie baterie systemu Patriot (16 wyrzutni, cztery radary i cztery stanowiska dowodzenia) produkowane przez amerykańską firmę Raytheon.

Oczywiście jest to też dużo więcej niż przez rok MON zapewniało Polaków. Za całość kontraktu, czyli 8 baterii, mieliśmy zapłacić 30 mld. zł.  Teraz kupimy dwie za ok. 20 mld zł. Rzecz jednak w tym, że porównanie naszego zamówienia z rumuńskim nie jest do końca uprawnione.

 Dlaczego?. W zamawianych zestawach Bukareszt otrzyma mniej pocisków rakietowych.  Rumuni nie wymagają żadnego offsetu. Kupują po prostu zestawy z bieżącej produkcji, nie chcą żadnych nowych supernowoczesnych elementów.

My z kolei już w pierwszej fazie otrzymamy Patrioty zintegrowane z najnowocześniejszym systemem zarządzania walką IBCS innego amerykańskiego producenta - firmy Northrop Grumman. MON w pierwszej fazie ma też dostać około 200 supernowoczesnych rakiet PAC-3 MSE (każda za około 5-6 mln dol.)

To zdecydowanie podnosi koszty tego zamówienia, ale podnosi też skuteczność tej broni. PAC-3 MSE wykazywała podczas prób ogniowych dużą łatwość w likwidowaniu rakiet balistycznych wroga, czego teraz nasze wojsko nie potrafi.

Warszawa w przeciwieństwie do Bukaresztu nie zrezygnowała również z offsetu. Choć resort nie potwierdza tych informacji, to według ekspertów, z którymi rozmawiał money.pl, tak cenny transfer technologii i korzyści dla polskiego przemysłu dotyczyć mają głównie właśnie IBCS. Nasze firmy mają mieć swój udział przy "polonizacji" tego systemu IBCS.

Mamy też produkować wyrzutnie i podwozia. Dla kolejnych baterii powinny być również dołączane wytwarzane w Polsce dodatkowe stacje radiolokacyjne.

Źródło: money.pl



Wojsko polskie broniło nas przez wieki, a teraz trzeba bronić wojska

22.03.2018 r.
Monika Jaruzelska

Zdegradują Generała…

– Od początku przeczuwałam, że to zrobią. O ustawie degradacyjnej mówiło się jeszcze przed dymisją ministra Macierewicza, potem pojawiły się pogłoski, że jednak degradacji nie będzie. Ale byłam na nią przygotowana. Nie zaskoczyła mnie. Nie zaskoczył mnie nawet zapis, który nie daje możliwości odwołania się. Zresztą i tak bym się nie odwoływała. Przyjmę tę decyzję ze spokojem i godnością. Jestem pewna, że tego oczekiwałby ode mnie ojciec.

Czego jeszcze by oczekiwał?
– Myślałam o tym, słuchając jeszcze w czasach ministra Macierewicza informacji o dymisjach kolejnych generałów. Byli wyrzucani z wojska albo sami podawali się do dymisji. A potem w mediach skarżyli się, jak źle ich potraktowano. Byli sami.

A wojsko to wspólnota, bo jak walczyć samemu?

– Szacunek wobec przełożonych, troska o podwładnych… W rozmowach z ojcem często się to pojawiało – kiedy człowiek zostaje dowódcą, staje się odpowiedzialny za swoich podwładnych. Nawet jak przestaje być czynnym wojskowym, nadal ma taki moralno-psychologiczny obowiązek. Jeżeli nawet nie może nic zrobić, to powinien pamiętać. Ważnym momentem był dla mnie wyjazd z Andrzejem Rozenkiem, który prowadzi inicjatywę pomocy ofiarom ustawy dezubekizacyjnej, na spotkania do Gorzowa Wielkopolskiego i do Żor. Było tam też wielu byłych wojskowych. Przychodzili z rodzinami. To był moment, w którym poczułam, że zbliża się ten czas. Że trzeba pomóc tym wojskowym i ich rodzinom.

Jest rodzaj presji, że ujmowanie się za nimi może się skończyć źle.

– Nie chcę oceniać wojskowych. Mają rodziny, kredyty, emerytury, służbowe mieszkania i o to się boją, bardzo dobrze to rozumiem. Ja za to nie mam nic do stracenia. Niezależnie od tego, czy coś zrobię, czy nie zrobię, i tak będą na mnie polować.

To były dla mnie ważne spotkania. Wojskowi byli w różnym wieku – w moim, młodsi ode mnie, ale i bardzo sędziwi. Patrzyłam na nich. Jest coś w mowie ciała wojskowych. To zostaje na całe życie. Potrafię rozpoznać wojskowego, stojąc w kolejce w sklepie – po pewnej fryzurze, trzymaniu postawy, sposobie mówienia. Patrzyłam na nich i widziałam, jak ogromnie są przygnębieni, jakie mają poczucie osamotnienia. Bo nikt nie chce im pomóc, nikt nie staje po ich stronie. Zostali zdradzeni przez państwo polskie. Wojskowi, którzy służyli w armiach carskiej, pruskiej, służyli potem w armii II RP. Wykorzystywano ich doświadczenie, umiejętności, nikt nie nazywał ich zdrajcami. Nie mówiąc już o tym, żeby kogokolwiek degradować. Wojsko polskie broniło nas przez wieki, a teraz trzeba bronić wojska.

Tu chodzi o honor wojska

Po czym pani rozpoznaje wojskowych?

– Po sposobie mówienia, pewnym rodzaju wyprostowania się w momencie, kiedy z kimś się witają. Bardzo często całują panie w rękę. Są szarmanccy w stosunku do kobiet. Mówią prostymi zdaniami, w tzw. krótkich żołnierskich słowach. Mają też pewną, niepozbawioną wdzięku skłonność do patosu patriotycznego. Można poznać. Mnie to zawsze wzrusza, budzi moje zaufanie.

Dzisiaj ci ludzie czują się upokorzeni.

– Upokorzeni i zdradzeni. Przez państwo. A nie mają już możliwości jakiejś zmiany swojego życia. Nie spotyka ich to na początku drogi życiowej, kiedy można wszystko zmienić, ale na końcu, kiedy są zdani na łaskę państwa. A ono ich zdradziło i upokarza.

Czyli o pani wejściu w politykę zdecydowały spotkania z rodzinami wojskowych?

– To był mocny impuls. Ale ostatecznym impulsem była decyzja o degradacji ojca. Nie, nie dlatego, że będę chciała bronić ojca przed tą władzą, prosić, żeby zostawili mu stopień… Dla niego ta decyzja nie ma znaczenia. I tak przejdzie do historii jako Generał. Powiedziałabym wręcz, że to, co PiS robi, ojca nobilituje. Walczą z nim, ale dopiero po jego śmierci.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 12/2018, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.




Będą pozbawiać stopni wojskowych?

Ustawa w obecnym kształcie dotknie tysiące żołnierzy.

22.03.2018 r.

PIS symbolicznie postawił na swoim. Ma ustawę pozbawiającą stopni wojskowych generała/prezydenta RP Jaruzelskiego i generała Kiszczaka. Ustawa dotknie nie tylko członków WRON, ale i innych żołnierzy. Według wiceministra MON W. Skurkiewicza dotyczyć to będzie generałów, oficerów, podoficerów, sędziów i prokuratorów lat 1943-1956 zaangażowanych w zwalczanie podziemia. Następna grupa osób to ci, którzy wydawali rozkazy użycia broni palnej wobec ludności cywilnej oraz okresów Czerwca ’56 i Grudnia ’70. Nikt tak naprawdę nie wie ilu osób to dotyczy, ponieważ PIS ma tendencję do poszerzania grupy osób objętych tą procedurą.

Ponadto pozostawiono sobie różnego rodzaju możliwości poszerzania tych degradacji. A to dotyczyć będzie osób, które w latach 1943-1990 „sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu”, inicjowali prześladowania żołnierzy ze względu na wyznawaną religię lub pochodzenie, lub dopuszczali się tych prześladowań. W jaki sposób będą to oceniać i kto?

Zapisy w ustawie są nieprecyzyjne i łatwo będzie je rozciągnąć na inne okoliczności. Z tego względu należy liczyć się, że dotyczyć to będzie nie setek ale tysięcy żołnierzy, ponieważ nie wiadomo jakie upiory obudzą się i pod płaszczykiem Stowarzyszeń będą wnioskować o pozbawienie stopni wojskowych.

Należy mieć także świadomość, że PIS jako ustawodawca, będzie prowadził w tej sprawie  postępowania, analizować przedłożone materiały, wysłuchiwać dowodów oskarżycieli i broniących się, a sędzią będzie minister MON. Od decyzji ministra MON nie będzie odwołania. Jest to znowu nowa ustawa zastępująca rolę sądów.

I dlatego w dniu 20 marca 2018 r. Związek Żołnierzy Wojska Polskiego zaniepokojony trudnymi do przewidzenia skutkami uchwalonej przez Parlament ustawy o pozbawienia stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, zwrócił się do Prezydenta RP pana Andrzeja DUDY z apelem o nie podpisywanie tej ustawy.

 AMS.

 

Link do apelu>>>>>>>>>>>>>>>>>>



List byłego żandarma wojskowego do Rzecznika Praw Obywatelskich. "Staję dziś w obronie żołnierzy"

MATEUSZ BACZYŃSKI

 

- Obecna władza podzieliła nas jak żadna wcześniej! Wzywam do opamiętania. Honor to nie napis na dresie narodowców i zadymiarzy plujących na kobiety i bijących słabszych – pisze w emocjonalnym liście Dariusz Czyż, były żołnierz Żandarmerii Wojskowej. Krytykuje w nim m.in. ustawy dezubekizacyjną i degradacyjną.

·       Były żandarm Dariusz Czyż skierował swój list do RPO, bo jak tłumaczy "jest on ostatnim przedstawicielem państwa, któremu ufa"

·       Autor listu ustawy dezubekizacyjną i degradacyjną nazywami hańbiącymi

·       "Dziś, jak nigdy wcześniej, rządzący wyrzekają się mnie. Nie utożsamiam się z taką władzą" - pisze były żandarm

Dariusz Czyż wysłał list do Adama Bodnara – bo jak tłumaczy – jest on "ostatnim przedstawicielem państwa, któremu ufa". Argumentuje w nim, że "chcę ponownie wyrazić swój sprzeciw wobec hańbiących przepisów degradacyjnych/dezubekizacyjnych".

"Polityka historyczna uprawiana przez PiS i tak nie zmieni tego, co jest naszą historią. Całkowite zatracenie proporcji w przekazie medialnym, tworzenie kultu "żołnierzy wyklętych", podkreślanie poświęcenia NSZ nad zasługami Armii Krajowej czy żołnierzy Wojska Polskiego nie zmienią faktów. Nie można ważyć krwi przelanej za Polskę" – czytamy w liście.

Dalej były żandarm tłumaczy, że staje w obronie żołnierzy, których dotknęły ustawy uchwalone przez PiS.  "Jako żołnierz staję w obronie żołnierzy. Nie należałem do żadnej partii. Oczekuję przestrzegania konstytucji. Dziś, jak nigdy wcześniej, rządzący wyrzekają się mnie. Nie utożsamiam się z taką władzą. Byłem oddany służbie. Ponad dwa i pół roku służyłem w strefach działań wojennych. Jakie argumenty dałem politykom PiS-u do tego, aby nazywać mnie "komunistą i złodziejem"?!  Nie jestem komunistą".

"Rozpocząłem służbę 03.09.1990 r., a ustawa dezubekizacyjna dotyczy okresu do 31.08.1990 r., degradacyjna nawet do końca 1990 r. Wystarczy jeden dzień służby, aby być skazanym partyjnym wyrokiem. Sprzeciwiam się upokarzaniu ludzi, którzy jak miliony obywateli wiernie służyli Polsce. Polsce, w której żyli, kształcili się i awansowali także działacze PiS. Politycy ci wyrokują dziś, kto sprzeniewierzył się polskiej racji stanu. Stanowią, kogo zdegradować, zdezubekizować, bezkarnie oczernić. Z niskich pobudek przyznali sobie uprawnienia niezawisłych sądów" – pisze Dariusz Czyż.

To już drugi list tego żołnierza, w którym krytykuje on poczynania PiS. Poniżej można przeczytać całą jego treść:

Szanowny Pan Dr Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich

Piszę do Pana, bo jest Pan ostatnim przedstawicielem państwa, któremu ufam. Szanuję Pana za odwagę i wysiłki w obronie zasad demokracji. Dziękuję za zaangażowanie w obronie krzywdzonych przez władzę. Jest Pan Rzecznikiem Praw Obywatelskich, praw wszystkich obywateli. Tylko Pan nie dzieli nas na tych lepszych i gorszych.

Jestem byłym żołnierzem zawodowym żandarmerii wojskowej. Jako szeregowy obywatel chcę ponownie wyrazić swój sprzeciw wobec hańbiących przepisów degradacyjnych/dezubekizacyjnych. Polityka historyczna uprawiana przez PiS i tak nie zmieni tego, co jest naszą historią. Całkowite zatracenie proporcji w przekazie medialnym, tworzenie kultu "żołnierzy wyklętych", podkreślanie poświęcenia NSZ nad zasługami Armii Krajowej czy żołnierzy Wojska Polskiego nie zmienią faktów. Nie można ważyć krwi przelanej za Polskę. A jeśli ktoś waży na siłę, to najkrwawszą polską bitwą ostatniej wojny i tak pozostanie przełamanie Wału Pomorskiego przez I Armię WP.  "Wyklęci" mają na swoich rękach także krew żołnierzy polskich i zbrodnie na cywilnej ludności. Dziś to ikony prawicowej władzy narzucane społeczeństwu. To najlepszy dowód pisania historii od nowa. Prawdzie historycznej nie służą oświadczenia polityków, że Polski przed 1989 r nie było, a zwłaszcza "miesięcznicowe" przekonywanie od 8 lat, że nasz kraj nadal nie jest wolny! Swoją drogą, jak w takim razie można obchodzić setną rocznicę niepodległości? Według matematyki PiS-u wypadać winno najwyżej ćwierćwiecze! Wszyscy, którzy myślą inaczej niż władza, są określani, jako zdrajcy, obca agentura, Polacy gorszego sortu. Obywatelskie protesty przedstawiciele "dobrej zmiany" nazywają jazgotem i próbami zamachu stanu.

Jako żołnierz staję w obronie żołnierzy. Nie należałem do żadnej partii. Oczekuję przestrzegania konstytucji. Dziś, jak nigdy wcześniej, rządzący wyrzekają się mnie. Nie utożsamiam się z taką władzą. Byłem oddany służbie. Ponad dwa i pół roku służyłem w strefach działań wojennych. Jakie argumenty dałem politykom PiS-u do tego, aby nazywać mnie "komunistą i złodziejem"?!  Nie jestem komunistą. Niczego nie ukradłem. Przeciwnie, ścigałem w czasie służby sprawców przestępstw i wiem, kto często najgłośniej krzyczy "łapać złodzieja"! Nie godzę się na krzywdzenie przełożonych i kolegów, których poznałem i starszych służbą żołnierzy. Represyjne przepisy obejmują ich tylko z racji etatowej pracy w jednostkach wskazanych przez partyjnych działaczy i historyków.

Rozpocząłem służbę 03.09.1990 r., a ustawa dezubekizacyjna dotyczy okresu do 31.08.1990 r., degradacyjna nawet do końca 1990 r. Wystarczy jeden dzień służby, aby być skazanym partyjnym wyrokiem. Sprzeciwiam się upokarzaniu ludzi, którzy jak miliony obywateli wiernie służyli Polsce. Polsce, w której żyli, kształcili się i awansowali także działacze PiS. Politycy ci wyrokują dziś, kto sprzeniewierzył się polskiej racji stanu. Stanowią, kogo zdegradować, zdezubekizować, bezkarnie oczernić. Z niskich pobudek przyznali sobie uprawnienia niezawisłych sądów.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. nie szykanowano żołnierzy, którzy służyli wcześniej w armiach zaborców. Przyjęto ich do służby i zaliczono do niej posiadane wcześniej stopnie i wysługę. Po II wojnie nie degradowano piłsudczyków ani przedwojennych policjantów. Nie było takich zamiarów wobec marszałka Rydza-Śmigłego za jego zachowanie we wrześniu 1939 roku. Nie zdegradowano generała Bora-Komorowskiego za ogromne ofiary w następstwie decyzji o powstaniu warszawskim. Zasługi marszałka Piłsudskiego pozwalają na "wybaczanie" mu setek ofiar zamachu majowego 1926 r. To także nasza historia. Mamy powody zarówno dumy, jak i do wstydu. Jedno jest niezmienne, historię zawsze piszą zwycięzcy. Dawniej - wojen, dziś - wyborów. Stosowanie zbiorowej odpowiedzialności całkowicie lekceważy fakty, przepisy prawa i konstytucję.

Władza do jednego worka wrzuca całe instytucje, przedstawiając wszystkich bez wyjątku jako zdrajców i katów. Od października 2017 r. około 40 000 byłych funkcjonariuszy i pracowników MSW, BOR, WOP i ich rodzin ma dożywotnio obniżone emerytury i renty. Często do kwoty 850 zł netto miesięcznie. Tak praktycznie wygląda odwet PiS-u na historii.

Politycy nadali sobie prawo do odbierania godności zarówno nieżyjącym, jak i myślącym inaczej. Następstwem gorszącej ustawy jest śmierć kilkudziesięciu osób i rodzinne tragedie. Oto oczekiwana "sprawiedliwość społeczna"! Czy prawo może być sprawiedliwe, jeśli krzywdzi choć jednego człowieka? Każdy życiorys jest inny. Represje mogą wkrótce objąć żołnierzy i ich bliskich. Już z pierwszych wypowiedzi wynika, że tylko ustawa degradacyjna obejmie kilkuset żołnierzy. Na procedowanie czeka w sejmie "dezubekizacja" MON. Ma karać tysiące żołnierzy pełniących służbę w organach bezpieczeństwa państwa wymienionych w ustawie lustracyjnej i katalogu IPN. Chce pozbawić ich praw nabytych i zerwać zobowiązania zawarte przez państwo. Byłym funkcjonariuszom służb cywilnych obniżono świadczenia pieniężne. Żołnierzy władza będzie mogła ponadto zdegradować! Kompleksy i mściwość powodują, że PiS chce bez stosowania procedury sądowej, wprowadzaną przez siebie populistyczną ustawą, odbierać stopnie nadane przez Polskę. Władza zarzuca objętym ustawą, że wybrali służbę Moskwie i reżimowi komunistycznemu. W moim przekonaniu służyli Polsce, jedynej, jaka była. Jeśli ktoś łamał prawo, niech indywidualnie podlega przykładnej karze.

Nigdzie na świecie nie degradowano dotąd nieżyjących żołnierzy! Kiedy żyli, nie zrobił tego żaden sąd. Gen. Jaruzelski to frontowy żołnierz, którego " nieszczęściem" stało się, że przyszedł ze wschodu! Skąd miał przyjść, skoro wojenna zawierucha rzuciła go na Syberię, a potem do polskiej armii tworzonej w ZSRR? Nie zdążył ewakuować się z korpusem gen. Andersa na Bliski Wschód i walczyć u boku zachodnich aliantów. Pełnił obowiązki szefa Sztabu Generalnego, ministra obrony, przewodniczącego WRON, pierwszego prezydenta III RP. Jego życiorys nie jest jednoznaczny.  Nie powinni jednak oceniać go tak kategorycznie ci, którzy nie stawali przed koniecznością jego wyborów. Władze MON sprowadziły wszystko do nazwania go po śmierci zdrajcą i oświadczeń, że powinien być zdegradowany wielokrotnie!

Sprawa nie obchodzi większości społeczeństwa. Ale zadaję pytanie, co potem? Czy miliony członków PZPR i ich rodziny mogą spać spokojnie? A co z byłymi urzędnikami państwa, prokuratorami, sędziami, żołnierzami, milicjantami, nauczycielami? Kim są ci, którzy uczciwie pracowali w czasach      PRL-u? Może od razu odmówić polskości wszystkim, którzy nie wysługują się władzy? Myślę, że tyle ważnych wyzwań jest przed naszym krajem. PiS skupia się na ciągłych rozliczeniach "kto, gdzie i z kim stał". Z historii robi histerię. Podkreślanie naszej "wyjątkowości", szukanie wszędzie wrogów i naruszanie europejskich wartości szkodzi Polsce. Powtarzanie, że państwo jest w ruinie i musi wstać z kolan do niczego dobrego nie doprowadzi. Władza przekonuje, że kosztowne gospodarcze i polityczne porażki to nasze sukcesy! Powtarzane kłamstwa stały się prawdą dla wyborców PiS i obywateli ufających mediom publicznym. Władza deklaruje umiar i pokorę. Faktycznie zaś bije rekordy nepotyzmu. Przyznaje swoim lukratywne posady, astronomiczne pensje i nagrody. Wszystko zawłaszcza i upartyjnia. Premiuje biernych, miernych, ale wiernych partii. Krzycząc "precz z komuną", docenia ludzi bez zasad i gorliwych działaczy wyszydzanego PRL-u. To niemoralne.

Czynnym żołnierzom i funkcjonariuszom życzę, żeby w przyszłości sami nie byli karani za służbę pod rządami PIS, żeby doczekali czasów kompetentnego i lojalnego zwierzchnictwa. Byłym zaś życzę, żeby dotrwali lepszych czasów. Każda władza przemija. Wszystkim noszącym mundur chcę przypomnieć - służy się państwu, nie politykom. Sam mundur nie czyni żołnierzem, nie daje honoru. Mundur nosi się w sercu. Chciałbym, aby rządzący jednoczyli obywateli i nie niszczyli demokracji, żeby tworzyli coś dobrego i trwałego, przestali burzyć, rozgrzebywać przeszłość, zmieniać pomniki i nazwy ulic.

Obecna władza podzieliła nas jak żadna wcześniej! Wzywam do opamiętania. Honor to nie napis na dresie narodowców i zadymiarzy plujących na kobiety i bijących słabszych. To nie "puste" słowo powtarzane przez rzeczników "dobrej zmiany".

Szanowny Panie, sądzę, że bronię dzisiaj przegranych spraw, ale trzymam się zasad i wartości. Nie chcę milczeć i stać z boku. Proszę, niech Pan zechce wsłuchać się w mój głos. Nawet, jeśli należę do mniejszości, to byłem, jestem i chcę być obywatelem Polski.

z poważaniem

st. chor. sztab. rez. Dariusz Czyż

(bez komentarza….)




SENAT PRZYJĄŁ TZW. USTAWĘ DEGRADACYJNĄ

BEZ POPRAWEK

 08.03.2018 r.

Senat przyjął w czwartek bez poprawek tzw. ustawę degradacyjną. Zakłada ona możliwość pozbawiania stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą "sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu". Teraz ustawa trafi do podpisu prezydenta.

Ustawa zakłada odebranie stopni wojskowych członkom Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Chodzi m.in. o gen. Wojciecha Jaruzelskiego i gen. Czesława Kiszczaka.

Za przyjęciem ustawy bez zmian głosowało 57 senatorów, przeciw było 22. Jedna osoba wstrzymała się od głosu.

Senatorowie nie zgodzili się tym samym na wprowadzenie poprawek zgłoszonych w środę przez senatorów Jana Żaryna (PiS) i Jana Rulewskiego (PO), a także wicemarszałka Senatu Bogdana Borusewicza (PO). Za odrzuceniem poprawek rano opowiedziała się też senacka komisja obrony narodowej.

Teraz ustawa trafi do podpisu prezydenta, który ma 21 dni na decyzję.

Jan Rulewski (PO) przed głosowaniem krytykował szybkość procedowania ustawy. Jak mówił, m.in. z tego powodu, zgłaszane poprawki "nie uzyskały właściwego rozeznania". Według senatora, przyjęte przepisy "noszą w sobie charakter analfabetyzmu historycznego".

"Na pogrzebach, zwłaszcza katolickich, ksiądz kończy uroczystość pogrzebową mówiąc: +niech odpoczywają w pokoju wiecznym+, a wy, po barbarzyńsku chcecie, żeby nad grobami w Polsce unosiły się opary kłótni, oparty barbarzyńskich nocy" - powiedział. "Słuchajcie mnie wyleniałe koty rewolucji, mówi do was żołnierz rewolucji" - oświadczył senator PO.

Uchwalona we wtorek ustawa, którą przyjął w czwartek Senat, zakłada możliwość pozbawiania stopni wojskowych żołnierzy w stanie spoczynku, którzy byli członkami m. in. WRON, KBW, pełnili służbę w organach bezpieczeństwa państwa wymienionych w ustawie lustracyjnej.

Nowe regulacje - jak napisano w uzasadnieniu - pozwolą na "zadośćuczynienie społeczeństwu polskiemu" i stanowić będą "symboliczne rozliczenie epoki Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w której symptomatyczna była kariera wojskowa i polityczna Wojciecha Jaruzelskiego, współpracownika Informacji Wojskowej w okresie stalinowskim".

"Członkowie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON) tracą z mocy prawa stopień wojskowy" - czytamy. Wykaz osób, które utraciły stopień wojskowy, ma ogłaszać prezydent w drodze obwieszczenia w "Monitorze Polskim".

Według ustawy, pozbawia się stopnia wojskowego też osobę, która "z racji ukończonego wieku lub stanu zdrowia nie podlega obowiązkowi służby wojskowej, albo żołnierza rezerwy, posiadających stopień wojskowy Marszałka Polski, generałów albo admirałów, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu".

Chodzi o osoby, które - jak napisano - "pełniąc funkcje służbowe lub zajmując stanowiska dowódcze kierowali działaniami mającymi na celu zwalczanie polskiego podziemia niepodległościowego w latach 1943-1956, albo uczestnicząc w tym okresie w zwalczaniu polskiego podziemia niepodległościowego dokonywali drastycznych czynów", inicjowali lub dopuszczali się prześladowań żołnierzy ze względu na wyznawaną religię lub pochodzenie oraz wydawały rozkazy użycia broni palnej wobec ludności cywilnej.

Nowe przepisy obejmują także osoby, które będąc "sędzią lub prokuratorem w organach Wojskowej Służby Sprawiedliwości lub w jednostkach podległych oskarżali albo wydawali wyroki w latach 1943-1956 wobec żołnierzy i osób cywilnych ze względu na działalność na rzecz niepodległości i suwerenności Polski".

Według ustawy utrata, albo pozbawienie stopnia wojskowego może nastąpić również pośmiertnie. Stopnia wojskowego nie będą pozbawiane osoby, które "bez wiedzy przełożonych" w trakcie pełnienia służby czynnie wspierały "działania na rzecz niepodległości Państwa Polskiego".

Zgodnie z ustawą, postępowanie wobec danej osoby może wszcząć z urzędu minister obrony narodowej lub na wniosek premiera, naczelnego dyrektora Archiwów Państwowych oraz szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Minister obrony może przeprowadzić je także, gdy zwróci się do niego organizacja społeczna, np. kombatancka.

Szef MON zwraca się wówczas do Instytutu Pamięci Narodowej oraz podległej mu jednostki do spraw prowadzenia badań archiwalnych i studiów historycznych o przygotowanie informacji w każdej, konkretnej, indywidualnej sprawie. Instytucja ma 6 miesięcy od dnia otrzymania wniosku na przygotowanie takiej informacji, która później jest podstawą wydania postanowienia.

Przewidziano, że osobom, wobec których wszczęto postępowanie, przysługuje prawo do przedstawienia dowodów w swojej sprawie. W przypadku postępowania wobec osób zmarłych, takie dowody może przedstawić rodzina lub stowarzyszenia zrzeszające kombatantów, weteranów lub żołnierzy.

O pozbawieniu stopnia wojskowego decyduje szef MON, ale w przypadku Marszałka Polski, generałów i admirałów, minister obrony wydaje je za zgodą prezydenta. Od takiego postanowienia ma przysługiwać odwołanie do sądu administracyjnego, a jeśli sąd je uwzględni, to postanowienie ma być uchylane w całości.

Ustawa zakłada, że postępowanie wobec danej osoby, które zostało zakończone prawomocnym orzeczeniem, może być w ciągu pięciu lat wznowione m.in. w sytuacji gdy dowody w sprawie okazały się fałszywe, ujawniono okoliczności, które nie były wcześniej znane.

Nowe regulacje miałyby wejść w życie po 14 dniach od ich ogłoszenia. 

 Źródło: fakty. interia


SEJM UCHWALIŁ TZW. USTAWĘ DEGRADACYJNĄ

 06.03.2018 r.

We wtorek Sejm uchwalił tzw. ustawę degradacyjną. Zakłada on możliwość pozbawiania stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą "sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu". "To oddanie sprawiedliwości bohaterom polskiej wolności" - powiedział szef MON Mariusz Błaszczak.

Za głosowało 264 posłów, przeciw było 159. Podczas głosowania posłowie poparli też wszystkie poprawki PiS o charakterze formalnym.

Teraz projekt trafi do Senatu. Szef MON Mariusz Błaszczak mówił przed głosowaniem, że projekt tzw. ustawy degradacyjnej jest adresowany do rodzin Żołnierzy Wyklętych oraz tych "którzy przez lata byli prześladowani i mordowani, o których pamięć próbowano zatrzeć w historii naszego kraju". Dodał, że jest "to oddanie sprawiedliwości bohaterom polskiej wolności". Podkreślił, że nie mogą być oni traktowani "na równi z sowieckimi generałami".


Czytaj dalej>>>>>


’’Żołnierze wyklęci’’

01.03.2018

- W każdym dużym zbiorowisku ludzkim, a historycy szacują, że przez powojenne podziemie przewinęło się około 120 tysięcy osób, występuje cały wachlarz postaw. Zdarzają się ludzie wspaniali, ale też ludzie, których czynów nie da się usprawiedliwić walką o niepodległy byt Państwa Polskiego. W "Skazach na pancerzach" chciałem pokazać, jak było w rzeczywistości. Spojrzeć na sprawę w sposób wyważony. Nie uprawiać ani "czarnej", ani "białej" propagandy. Pokazać zarówno cienie, jak i blaski epopei "wyklętych". Niestety, takie podejście jest w Polsce rzadkie - tak o najnowszej książce opisującej "czarne karty epopei żołnierzy wyklętych" mówi Interii autor Piotr Zychowicz.

Artur Wróblewski, Interia: "Żołnierze wyklęci" mają pecha. Komuniści w bezimiennych grobach prawie skutecznie zakopali pamięć o nich. Kiedy wreszcie ich historia została odsłonięta i uratowana, stali się przedmiotem politycznych przepychanek między partią rządzącą a opozycją.

Czytaj dalej>>>>>>>>>



O "ustawie dezubekizacyjnej" w Brukseli. Były szef MSW, represjonowany w PRL: staję w obronie ludzi, którzy dzielnie służyli wolnej Polsce
Onet

28.02.2018 r.

W Parlamencie Europejskim odbyło się wysłuchanie publiczne w sprawie ustawy obniżającej emerytury funkcjonariuszom, którzy zaczęli służbę przed 1989 rokiem.o:

·  Wysłuchanie publiczne w Parlamencie Europejskim zorganizowała Federacja Stowarzyszeń Służb Mundurowych we współpracy z europosłami SLD

·  Wzięli w niej udział także eurodeputowani z państw członkowskich UE

·  Henryk Majewski: stworzono ustawę, która godzi w elementarne zasady państwa prawnego

·  Tomasz Oklejak: ustawa nie bierze pod uwagę indywidualnych osiągnięć poszczególnych funkcjonariuszy

·  Poruszającą historię opowiedział Wojciech Raczuk, który w PRL-u służył w wydziale kryminalnym

·  Porucznik Raczuk: Leżałem na ziemi, po chwili podniosłem się i zobaczyły jak leje się ze mnie krew. Zacząłem prosić jeszcze o 10 minut życia

- W przepisach europejskich stanowi się: "we wszystkich swoich działaniach Unia Europejska przestrzega zasady działania równości wobec swoich obywateli". Nie ma więc miejsca dla obywateli różnych kategorii. Prawa obywatelskie przysługują każdemu jednakowe. Dlatego dziś wśród nas są dzielne osoby, których dotknęła ta ustawa, choć służyli budowaniu wolnej Polski - powiedział otwierający konferencję europoseł  Bogusław Liberadzki.

Henryk Majewski: stworzono ustawę, która godzi w elementarne zasady państwa prawnego

Po nim głos zabrał były szef ministerstwa spraw wewnętrznych, Henryk Majewski. - Chciałbym zacząć od rysu historycznego. Po uzyskaniu niepodległości, państwo uchwaliło w 1920 roku ustawę emerytalną. Zawarło w niej warunki dotyczące wszystkich funkcjonariuszy byłych zaborców. Lata ich wysługi u wroga zostały zaliczone w poczet ich emerytur. Rząd II RP dążył do tego, by społeczeństwo rozbite przez zaborców, łączyć, mimo trudnej historii - opowiadał były minister.

- Wiele lat później, pierwszy niekomunistyczny premier Tadeusz Mazowiecki stwierdził, że obywatele muszą mieć poczucie wolności, bezpieczeństwa i współuczestnictwa. Tłumaczył, że takie poczucie mogą uzyskać jedynie w państwie praworządnym. Bo tylko prawo, które ma na celu dobro wspólne, może cieszyć się szacunkiem i autorytetem społecznym. Te słowa do dziś pozostają aktualne - mówił.


Czytaj dalej>>>>>>
 



Na posiedzeniu rządu przełożonym na czwartek projekt o pozbawianiu stopni wojskowych

25.02.2018 r

Decyzją premiera Mateusza Morawieckiego posiedzenie Rady Ministrów zostało przesunięte na 1 marca, czyli Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Rząd zajmie się projektem ustawy o pozbawianiu stopni wojskowych - poinformował dziś szef kancelarii premiera Michał Dworczyk.

·     Na przełożonym posiedzeniu Rady Ministrów ma być omawiany projekt ustawy, która pozwoli pozbawić stopni generalskich m.in. Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka

·       W obowiązującym obecnie stanie prawnym nie ma możliwości odebrania stopnia wojskowego pośmiertnie. Według autorów, projekt będzie symbolicznym rozliczeniem z epoką Polski Ludowej.

·     Negatywnie do proponowanych zmian odniósł się Związek Żołnierzy WP, Federacja Stowarzyszeń Rezerwistów i Weteranów Sił Zbrojnych RP oraz Zrzeszenie Weteranów Działań poza Granicami Państwa

"Decyzją Premiera Morawieckiego posiedzenie rządu zostało przesunięte na 1.03 - Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Pierwszym pkt - ustawa pozwalająca odebrać stopnie oficerskie takim osobom jak Jaruzelski czy dowódca plutonu egzekucyjnego "Inki"" - napisał Dworczyk na Twitterze.

W poniedziałek szef kancelarii premiera zapowiedział, że projekt ustawy umożliwiającej odebranie stopni generalskich m.in. Wojciechowi Jaruzelskiemu i Czesławowi Kiszczakowi na posiedzenie Rady Ministrów trafi w ciągu dwóch tygodni.

Projektowana nowelizacja ustawy o powszechnym obowiązku obrony zakłada, że osoba, która z racji wieku lub stanu zdrowia nie podlega obowiązkowi służby wojskowej, oraz żołnierz rezerwy, którzy byli członkami WRON, pełnili służbę w organach bezpieczeństwa państwa wymienionych w ustawie lustracyjnej mogą być pozbawieni stopnia oficerskiego lub podoficerskiego.

O pozbawieniu stopnia miałby decydować – wobec generałów i admirałów – prezydent, a w odniesieniu do pozostałych oficerów i podoficerów minister obrony. Postępowanie byłoby wszczynane z urzędu lub na wniosek ministra obrony, IPN, Wojskowego Biura Historycznego, archiwów państwowych oraz organizacji kombatanckich i niepodległościowych. Pozbawienie stopnia miałoby następować w formie postanowienia.

Celem projektu jest – jak zadeklarowano w uzasadnieniu – "stworzenie możliwości prawnych pozbawienia stopnia oficerskiego i podoficerskiego m.in. Wojciecha Jaruzelskiego oraz Czesława Kiszczaka", a także innych osób, które były członkami Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. "Wspomniane osoby pełniły służbę wojskową na rzecz totalitarnego państwa i swoją postawą sprzeniewierzyły się polskiej racji stanu" – głosi uzasadnienie.

Autorzy zwracają też uwagę, że w obowiązującym stanie prawnym nie ma możliwości pozbawienia stopnia wojskowego pośmiertnie.

Według uzasadnienia "projekt jest wynikiem licznych wystąpień organów i organizacji społecznych domagających się podjęcia prac nad pozbawieniem stopni wojskowych osób, które swoją postawą dokonywały czynów uwłaczających godności posiadanego stopnia wojskowego i tym samym podważyli wierność dla Rzeczypospolitej Polskiej".

"Projekt pozwoli na zadośćuczynienie społeczeństwu polskiemu i stanowić będzie symboliczne rozliczenie epoki Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej" – przekonują autorzy.

Negatywne opinie o projekcie wyraziły Związek Żołnierzy WP, Federacja Stowarzyszeń Rezerwistów i Weteranów Sił Zbrojnych RP oraz Zrzeszenie Weteranów Działań poza Granicami Państwa. Zarzucały one projektowi naruszenie konstytucji i brak szacunku dla stopnia wojskowego, zwracały też uwagę, że kwestie pozbawienia stopnia są już wystarczająco uregulowane.

Obowiązujący kodeks karny jako środki karne stosowane wobec żołnierzy (prócz kar, na które można skazać także cywilów) wymienia wydalenie z zawodowej służby wojskowej oraz degradację (obejmuje ona utratę posiadanego stopnia wojskowego i powrót do stopnia szeregowego/marynarza). Sąd może ją orzec w razie skazania za przestępstwo umyślne, jeżeli rodzaj czynu, sposób i okoliczności jego popełnienia pozwalają przyjąć, że sprawca utracił właściwości wymagane do posiadania stopnia wojskowego, a zwłaszcza w wypadku działania w celu osiągnięcia korzyści majątkowej.

 

Źródło: onet.pl

 



Warszawski sąd uderza w ustawę dezubekizacyjną. "Ma charakter represyjny i dyskryminacyjny"

15.02.2018 r.

Onet zdobył uzasadnienie Sądu Okręgowego w Warszawie, rozpatrującego sprawę policjanta, który zaskarżył ustawę dezubekizacyjną. Co prawda sąd skierował sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, ale jednocześnie ostro skrytykował zapisy, określając je mianem "represyjnych" i "dyskryminacyjnych".

Sąd zwraca uwagę, iż wielu funkcjonariuszy, których pozytywnie zweryfikowano po 1989 roku, wzorowo wypełniało swoją służbę w wolnej Polsce

·  "Odebranie teraz takim funkcjonariuszom uprawnień nabytych słusznie i sprawiedliwie w III RP za nienaganną służbę może stanowić zaprzeczenie zasady zaufania obywatela do państwa" – czytamy w uzasadnieniu

·  "Ustawa, obniżając prawa nabyte słusznie, sprawiedliwie, w demokratycznej Polsce i w służbie dla niej może być postrzegana jako represyjno-odwetowa" – argumentuje sąd

Do Sądu Okręgowego w Warszawie wpłynęło już ponad 5 tysięcy spraw emerytowanych funkcjonariuszy, którzy zdecydowali się odwołać od ustawy dezubekizacyjnej. Ten zdecydował się jednak zwrócić z pytaniem prawnym do Trybunału Konstytucyjnego. Sąd ma bowiem wątpliwości, czy ustawa jest zgodna z art. 2 Konstytucji, proklamującym zasadę demokratycznego państwa prawnego, zawierającym zasady stanowiące trzon państwa demokratycznego i prawnego, takie jak: zasada ochrony praw nabytych, zasada zaufania do państwa i stanowionego przez nie prawa.

Warszawski sąd przedstawił też własną opinię na temat ustawy: "Czy zasługuje na zaufanie prawodawca, który obniża świadczenia emerytalne i rentowe funkcjonariuszom, którzy wypracowali je również w okresie po 31 lipca 1990 r., w służbie niepodległej Polsce, świadczonej na takich samych zasadach, na jakich wypracowywali je po raz pierwszy funkcjonariusze przyjęci do służby po tej dacie. Takie działanie wydaje się mieć charakter represyjny i dyskryminacyjny".

Sąd uważa, że ustawa może podważać zaufanie obywateli do państwa: "Emerytury nabyte począwszy od 1 sierpnia 1990 r. w żadnym razie nie mogą być traktowane jako nabyte w sposób niesłuszny czy niesprawiedliwy. Ani w czasie, gdy pozytywnie zweryfikowani funkcjonariusze podejmowali służbę dla wolnej Polski, ani w żadnym okresie aż do 2016 roku, organy państwa zawierające z nimi umowę nie sygnalizowały, że mogą być oni – w zakresie uprawnień nabywanych począwszy od 1990 roku – traktowani gorzej od funkcjonariuszy nowo przyjętych, szczególnie, że ich służba po tej dacie była taka sama: wymagano od nich takiej samej dyspozycyjności, zaangażowania, narażania zdrowia i życia".

Sąd zwraca też uwagę, iż wielu funkcjonariuszy, których pozytywnie zweryfikowano po 1989 roku, wzorowo wypełniało swoją służbę w wolnej Polsce: "Byli oni odznaczani, awansowali na wysokie stanowiska, wymagające specjalistycznej wiedzy i odpowiedzialności. Państwo, powierzając funkcjonariuszom takie obowiązki, wyrażało tym samym swe zaufanie do nich i pozytywną ocenę ich służby. Odebranie teraz takim funkcjonariuszom uprawnień nabytych słusznie i sprawiedliwie w III RP za nienaganną służbę może stanowić zaprzeczenie zasady zaufania obywatela do państwa".

Sąd krytykuje również zapis ustawy obniżający podstawę wymiaru emerytur do 0,0 proc. za każdy rok służby przed 1989 rokiem: "Jest to wskaźnik niespotykany na gruncie żadnej innej regulacji w zakresie świadczeń emerytalno-rentowych i jego wprowadzenie w związku z tym może naruszać zasadę zaufania obywatela do państwa i prawa (a także zasadę równości wobec prawa). Może bowiem stanowić to środek nadmierny i nieusprawiedliwiony żadnymi okolicznościami".

Sąd zwraca uwagę, że ustawę dezubekizacyjną można nawet określić mianem "represyjno-odwetowej". "Ustawa – napisano w uzasadnieniu – pozbawiła funkcjonariuszy służb III RP świadczeń, które nabyli oni słusznie, w niepodległej Polsce, z narażeniem życia i zdrowia, w sposób przewidziany przepisami demokratycznie stanowionego prawa, często w sposób uzasadniający przyznanie im nagród, odznaczeń, czy awansów. Tym samym powoływana ustawa […] może być postrzegana jako represyjno-odwetowa".

Ustawa utknie w Trybunale Konstytucyjnym?

Jak informuje "Gazeta Prawna" – zważywszy na fakt, że sprawa trafiła do TK, sąd skorzystał z możliwości zawieszania postępowań pozostałych funkcjonariuszy z urzędu. Tym samym rozstrzygnięcie innych przypadków obniżeń emerytur będzie musiało poczekać

Problem w tym, że czas oczekiwania na rozpatrzenie sprawy przez TK waha się w tej chwili od 1,5 roku do 5 lat. Emerytowani funkcjonariusze obawiają się, że TK może grać na zwłokę i odwlekać sprawę w czasie. - Przez to sprawy odwoławcze potrwają dłużej, niż początkowo zakładaliśmy. Nie mamy co do tego wątpliwości. Wielu emerytowanych funkcjonariuszy, którzy odwołali się od ustawy dezubekizacyjnej nie dożyje wyroków - mówi nam anonimowo jeden z policjantów, który również czeka na wyrok w swojej sprawie.

Przypomnijmy, że tzw. ustawa dezubekizacyjna weszła w życie 1 października. Objęła byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL – w tym m.in. późniejszych funkcjonariuszy Policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, czy Służby Więziennej. Łącznie obniżono emerytury około 40 tysiącom osób.

 źródło: onet.pl



 MSWiA odebrało emeryturę strażnikowi granicznemu

06.02.2018 r.
Jeden ze strażników granicznych odwołał się od tzw. ustawy dezubekizacyjnej i właśnie dostał odpowiedź, której treść poznał Onet. MSWiA nie uznało jego odwołania. Państwo odebrało mu emeryturę, choć w PRL-u służył zaledwie niecałe dwa lata. Samo uzasadnienie wydaje się absurdalne.

·  Zdaniem ministerstwa strażnik nie pełnił krótkotrwałej służby przed 1990 r., bo za "krótkotrwałą" można uznać "tygodnie, w ostateczności miesiące"

·  Mimo że był wielokrotnie nagradzany, nie uznano jego zasług. Stwierdzono, że niczym się nie wyróżniła spośród innych strażników i nie ma dowodów na to, że pełnił służbę z narażeniem zdrowia i życia

·  "Na podstawie zagmatwanych interpretacji MSWiA chce oceniać zasługi dla Polski i wymierzać sprawiedliwość dziejową. Problem w tym, że samo założenie sprawiedliwe nie jest"

Przypomnijmy, że tzw. ustawa dezubekizacyjna weszła w życie 1 października. Objęła byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL – w tym m.in. późniejszych funkcjonariuszy Policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, czy Służby Więziennej. Łącznie obniżono emerytury około 40 tysiącom osób.

MSWiA zdecydowało się jednak stworzyć "furtkę" w ustawie. Artykuł 8a mówi o tym, że szef MSWiA może odstąpić od stosowania ustawy wobec osób pełniących "krótkotrwałą służbę przed dniem 31 lipca 1990 r." oraz "rzetelnie wykonujących swoje zadania i obowiązki po dniu 12 września 1989 r., w szczególności z narażeniem zdrowia i życia".

Według szacunków Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP z art. 8a zdecydowało się skorzystać około ośmiu tysięcy osób. Teraz zaczynają napływać pierwsze decyzje w tej sprawie. Dotarliśmy do jednej z nich i dokładnie ją przeanalizowaliśmy.

Strażnik graniczny, którego dotyczy pismo, rozpoczął służbę w 1988 roku w Wojskach Ochrony Pogranicza. W 1991 roku kontynuował ją w nowo utworzonej Straży Granicznej. Został nawet komendantem jednej z placówek. Na emeryturę przeszedł w 2007 roku. Był uhonorowany Brązowym Medalem "Za Zasługi dla Obronności Kraju".

W swojej karierze zajmował się m.in. rozpracowywaniem grup przestępczych, które zajmowały nielegalnym przerzutem imigrantów z Ukrainy do Polski. We wniosku poinformował też, że: "nie popełnił żadnego przestępstwa, nikogo nie prześladował, a jego odpowiedzialność za czyny innych osób budzi wątpliwości".

Dalej MSWiA informuje, że zapoznało się z aktami osobowymi funkcjonariusza, przekazanymi przez Komendanta Głównego Straży Granicznej. "Ze zgromadzonych w sprawie dokumentów wynika, że były funkcjonariusz po dniu 12 września 1989 r. rzetelnie wykonywał zadania i obowiązki. Był wielokrotnie wyróżniany odznaczeniami, w tym Brązowym Krzyżem Zasługi, nagrodami pieniężnymi oraz wielokrotnie miał zwiększany dodatek służbowy" – czytamy.

Dlaczego więc wspomniany funkcjonariusz spotkał się z decyzją odmowną? Ponieważ, jak wskazuje ministerstwo, zapisy dotyczącej "krótkotrwałej służby przed 90 r.", jak i "rzetelnego wykonywanie swoich zadań i obowiązków po dniu 12 września 1989 r., w szczególności z narażeniem zdrowia i życia" są pojęciami "nieostrymi" i dają ministerstwu możliwość "indywidualnego podejścia do każdej sprawy poprzez wprowadzenie uznania administracyjnego".

Dalej ministerstwo próbuje wyjaśnić w swoim piśmie, co można rozumieć przez "krótkotrwałość służby". A mianowicie "krótkotrwałość jest wprawdzie pojęciem nieostrym, w zakresie którego trudno określić choćby przybliżoną definicję, jednak oparłszy się na wykładni językowej, należy stwierdzić, że krótkotrwałość jest tożsama z nietrwałością, przelotnością lub chwilowością".

Co – według resortu – oznacza to w praktyce? "Tym samym krótkotrwałość wedle powyższej wykładni winna być rozumiana jako czasokres obejmujący tygodnie, w ostateczności miesiące. W ocenie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji, okres liczony w szerszym zakresie nie może być uznany za krótkotrwały, bo nie sposób scharakteryzować go jako odpowiadający powyższej wykładni językowej" – czytamy.

W związku z tym wspomniany strażnik graniczny, który w PRL-u przepracował zaledwie rok i osiem miesięcy, nie może być brany pod uwagę w kontekście odwołania od ustawy dezubekizacyjnej. Mimo że w wolnej Polsce służył 17 lat.

Dalej ministerstwo stara się wytłumaczyć, na czym polega "rzetelne wykonywanie zadań i obowiązków". Możemy przeczytać, że: "analogicznie posiłkując się wykładnią językową, należy wskazać, że pojęcie rzetelności w ujęciu określającym postawę i jakość wykonywania zadań i obowiązków zawodowych definiować należy jako sumienne, solidne i dokładne wykonywanie swojej pracy – przyjętych na siebie obowiązków".

Sprawa jednak komplikuje się przy kwestii służby z "narażeniem zdrowia i życia". MSWiA zwraca uwagę, że pojęcie to "odnosi się do kwalifikacji narażenia, rozumianej jako stwierdzenie istnienia zagrożenia innego, niż normalne następstwo pełnienia służby, przy założeniu, że w jej istotę wpisane jest ryzyko zagrożenia życia i zdrowia. Z perspektywy ustawowej regulacji ważne jest, aby zagrożenie nie było normalnym następstwem służby, czy też nie miało charakteru hipotetycznego, ale było rzeczywiste, dowiedzione i miało charakter wyjątkowy".

Jak zatem ocenić, czy funkcjonariusz pełnił służbę z faktycznym narażenie zdrowia i życia, a nie jedynie hipotetycznym? Tego już resort nie wyjaśnia. Stwierdza natomiast, że wnioskodawca nie spełnił tego wymagania.

"Organ nie kwestionuje rzetelnego wykonywania zadań i obowiązków przez Pana […] w trakcie pełnienia służby po dniu 12 września 1989 r., jednakże brak jest jakichkolwiek dowodów, aby służba ta pełniona była z narażeniem zdrowia i życia. Przy czym zaznaczenia wymaga, że sam charakter zadań realizowanych w jednostkach organizacyjnych Straży Granicznej i wynikające z nich prawdopodobieństwo możliwości zaistnienia sytuacji stanowiących zagrożenie życia i zdrowia nie może być oceniany jako narażenie zdrowia i życia, o którym mowa w art. 8a ust 1 pkt 2 ustawy zaopatrzeniowej" – czytamy.

MSWiA twierdzi też, że funkcjonariusz ten "nie legitymuje się wybitnymi osiągnięciami w służbie, szczególnie wyróżniającymi ją na tle pozostałych funkcjonariuszy". Jak ma się to do faktu, że strażnik był wielokrotnie wyróżniany odznaczeniami, w tym Brązowym Krzyżem Zasługi? Czy to go nie wyróżniało na tle pozostałych funkcjonariuszy? Co w takim razie, według resortu, świadczy o wybitnych osiągnięciach? Tego z pisma się nie dowiadujemy.

Komentarz:

Na podstawie tego pisma możemy wysnuć dwa wnioski. Po pierwsze ministerstwo zostawiło sobie bardzo duże pole do interpretacji, co w wypadku tak ważnej kwestii, jak ustalenie wysokości emerytury jest niedopuszczalne i nie powinno mieć miejsca w demokratycznym państwie.

Po drugie, będziemy mieli do czynienia z nierównym traktowaniem osób. Według własnego widzimisię resort będzie wskazywał, który funkcjonariusz był bardziej wybitny, a który mniej. Brakuje bowiem twardych kryteriów, które jasno by to określały.

Na podstawie zagmatwanych interpretacji MSWiA chce oceniać zasługi dla Polski i wymierzać sprawiedliwość dziejową. Problem w tym, że samo założenie sprawiedliwe nie jest i w przyszłości skrzywdzi jeszcze wielu ludzi. Tak jak tego strażnika granicznego.

Źródło: onet,pl




Czyszczenie MON po Macierewiczu

23.01.2018 r.

Minister Mariusz Błaszczak wymienił prawie całe kierownictwo MON. Oprócz wiceministrów zmienili się też dyrektorzy departamentów i biur. Nowa kadra ma uspokoić nastroje wewnątrz w armii i wyciszyć konflikty, m.in. z prezydentem.

·       W piątek przez MON przeszło kadrowe tornado. Ze strony internetowej resortu zniknęły nazwiska wiceministrów: Bartosza Kowanckiego, Bartosza Grabskiego i Dominika Smyrgały

·       Wkrótce okazało się, że nowy minister obrony odwołał też większość dyrektorów departamentów i biur w resorcie

·       Urzędnicy powołani przez Błaszczaka to jego zaufani, wieloletni współpracownicy, lecz nigdy nie byli związani z wojskiem

·       Najwięcej kontrowersji budzi powołanie na wiceszefa MON Marka Łapińskiego. W 2015 roku Błaszczak wyznaczył go na komendanta Straży Granicznej, a wkrótce awansował z majora na generała

Mariusz Błaszczak rozpoczął urzędowanie na stanowisku ministra obrony od ważnych spotkań. W ubiegłym tygodniu rozmawiał m.in. z Naczelnym Dowódcą Sił NATO w Europie (SACEUR) gen. Curtisem M. Scaparrottim i z Sekretarzem Generalnym NATO Jensem Stoltenbergiem. Potem poleciał do Stanów Zjednoczonych na spotkanie z Doradcą ds. Bezpieczeństwa Narodowego Prezydenta Stanów Zjednoczonych – gen. Herbertem Raymondem McMasterem.

Po powrocie z USA w piątek rano, minister zaprosił do pałacyku na Klonowej najważniejszych dowódców polskiej armii. Jak podał MON w komunikacie prasowym, rozmawiano o celach i zadaniach.

Prawdziwe trzęsienie ziemi miało jednak dopiero nastąpić. Wieczorem ze strony internetowej MON zniknęły nazwiska wiceministrów: Bartosza Kownackiego, Bartosza Grabskiego i Dominika Smyrgały. Jedynym wiceministrem z ekipy Antoniego Macierewicza, który zachował stanowisko jest Tomasz Szatkowski, odpowiedzialny za sprawy międzynarodowe. Wygląda jednak na to, że jego zakres obowiązków i kompetencje zostaną okrojone. Na razie w MON trwa przegląd i tworzenie nowej struktury urzędu.

Jeszcze w piątek okazało się, że roszady kadrowe nie zakończą się na poziomie wiceministrów. Powoli wymieniano też prawie wszystkich dyrektorów departamentów i biur MON. Ze starej ekipy ministra Macierewicza zostało tylko kilka osób, wśród nich szef departamentu kadr Radosław Peterman, były zastępca biura lustracyjnego IPN i były ekspert komisji weryfikacyjnej WSI, którą kierował Macierewicz. Jak mówią rozmówcy Onetu, Peterman do końca nie był pewny, czy zostanie.

– W kierownictwie długo zastanawiano się, jaki przyjąć wariant informowania o tych zmianach. W końcu stanęło na tym, że najpierw ze strony internetowej resortu zostaną usunięte nazwiska, a dopiero w poniedziałek, po powołaniu nowych wiceministrów, strona zostanie uzupełniona – mówi informator Onetu.

W ostatni weekend jeszcze nic nie było przesądzone. Dlatego, spekulacjom medialnym nie było końca.

Wkrótce na stronie MON systematycznie zaczęły pojawiać się nazwiska następców odwoływanych urzędników. To ludzie związani albo ze strukturami PiS, albo bliscy współpracownicy ministra Błaszczaka jeszcze z czasów, gdy był on szefem MSWiA.

Macierewicz zostawia Błaszczakowi wiele nierozwiązanych spraw

- Skala czyszczenia jest duża i to jeszcze nie koniec – mówi jeden z polityków PiS. – Minister Błaszczak nie chce, żeby byli współpracownicy Macierewicza coś przed nim ukrywali. Chce mieć realny obraz tego, co dzieje się w resorcie. Dlatego, powołał ludzi, którym ufa.

Wczoraj już oficjalnie okazało się, że Bartosza Kownackiego zastąpi Sebastian Chwałek, były wiceminister spraw wewnętrznych. W resorcie obrony będzie odpowiadał za modernizację armii i wojskową służbę zdrowia. Dostał też nadzór nad spółkami sektora zbrojeniowego. – To dobry administrator od lat związany z ministrem Błaszczakiem. Nie ma jednak doświadczenia w modernizacji wojska. Trochę potrwa, nim opanuje te kwestie – mówi Marek Świerczyński, dziennikarz i komentator spraw wojskowych z Polityka Insight.

Kolejną osobą, która z MSWiA przeszła do MON jest Tomasz Zdzikot. Będzie on nadzorował departament prawny, kwestie związane z teleinformatyką, infrastrukturą oraz wyższym szkolnictwem wojskowym. Powołanie Zdzichota było zresztą jedna z pierwszych decyzji kadrowych nowego ministra obrony.

Najwięcej kontrowersji budzi jednak powołanie Marka Łapińskiego na podsekretarza stanu w MON. Ten były szef Straży Granicznej ma odpowiadać za strategię obronną, budżet i sprawy socjalne. Na stanowisko komendanta Straży Granicznej powołany 31 grudnia 2015 roku, po półtora roku został mianowany ze stopnia majora na stopień generała brygady. Zanim objął eksponowane stanowisko w MSWiA, wiele lat przebywał w tzw. rezerwie kadrowej. W swojej karierze ma też epizod m.in. służby w Urzędzie Ochrony Państwa i pracy w Najwyższej Izbie Kontroli.

- Tak błyskawiczne awanse praktycznie się nie zdarzają. Łapiński musi być albo bardzo wybitny, albo bardzo oddany – ironizuje jeden z wojskowych. Dodaje, że obszar, za który ma odpowiadać Łapiński – szczególnie strategia obronna – jest na tyle skomplikowany, że nawet doskonale przygotowani fachowcy "zęby sobie na nim łamią".

Przypomina też, że na reformę nadal czeka system dowodzenia i kierowania armią. – Ekipie Macierewicza nie udało się tego uporządkować. Zobaczymy, czy ludzie Błaszczaka temu podołają – dodaje wojskowy. Jego zdaniem ekipa nowego ministra obrony ma kompetencje, by zrobić porządek w MON, ale jest mocno oddalona od spraw wojskowych. – Nadają się do administrowania, ale czy podołają reformie wojska? – pyta rozmówca Onetu.

– Zmiany kadrowe zaprowadza każdy nowy szef resortu. Niektórzy robią to w sposób ewolucyjny, Błaszczak przeprowadził je rewolucyjnie – mówi nasz rozmówca z MON.

Po odejściu płk Anny Pęzioł–Wójtowicz do Wojskowej Akademii Technicznej w MON nie ma rzecznika prasowego. Według naszych rozmówców te obowiązki może przejąć Agnieszka Glapiak, która została Dyrektorem Centrum Operacyjnego MON.

Źródło: wiadomości onet

 

 


Generał Polko po dymisji Macierewicza: Żołnierze liczą, że nie będą już wyzywani od ruskich szpiegów

Michał Gostkiewicz

Macierewicz przez dwa lata nie zrobił nic, by poprawić dowodzenie wojskiem. Nie zrealizował obietnic zakupu uzbrojenia. Zrobił czystkę wśród doświadczonych dowódców. Po tych dwóch latach czuję żal - mówi generał Roman Polko, były dowódca GROM.

Co pan czuje, osobiście, po tych dwóch latach Macierewicza w MON, zakończonych spektakularną dymisją?

- Żal.

Żal?

- Tak.

Dlaczego?

- Na początku postawił trafną - bo krytyczną - diagnozę stanu armii. Były nadzieje, że przyszedł na stanowisko szefa MON samodzielny, decyzyjny człowiek. Wziął do resortu kilku zdolnych, obytych, wykształconych ludzi, jak wiceminister Tomasz Szatkowski. Tyle że niespecjalnie potrafił z tych zasobów skorzystać.

To znaczy?

- Przez dwa lata nic nie zrobił, żeby ukształtować nowy system kierowania wojskiem. Doprowadził do konfliktu z prezydentem i Biurem Bezpieczeństwa Narodowego. Znam szefa BBN Pawła Solocha wiele lat. Można o nim dużo powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest człowiekiem konfliktowym. Dalej: kwestie zakupów uzbrojenia - usłyszeliśmy mnóstwo obiecanek.

Niewiele z tego zostało zrealizowane.

- Bo jak minister Macierewicz ogłaszał, jaki sprzęt chce kupić, to nic dziwnego, że firmy windowały ceny - bo kontrakt jeszcze nie był podpisany, można było na tym zarobić.

Z pewnością trzeba ten ogromny chaos uporządkować.

Zwykli żołnierze i odwołani generałowie otworzą dziś szampana?

- Z szampanem bym poczekał. Przede wszystkim liczę, że konflikt Pałacu Prezydenckiego z MON zostanie zażegnany i komunikacja między dwoma ośrodkami władzy nad wojskiem będzie się odbywała normalnie. To by była dobra wiadomość. Ale mam ograniczone zaufanie do ludzi, którzy są ekspertami od wszystkiego.

Chodzi o nowego szefa MON, który wczoraj jeszcze był ministrem spraw wewnętrznych?

- Właśnie. Bo nie wiem, jakie doświadczenie w sprawach wojska ma Mariusz Błaszczak. Nie wiem, jaki styl zarządzania przyjmie. Nie znam go, mimo wielu lat funkcjonowania w wojsku nie zdążyłem poznać jego zainteresowań w tej kwestii. Więc nowy szef MON jest dla mnie wielkim znakiem zapytania. Czy w ogóle się przygotował do objęcia tego stanowiska, czy też był tą nominacją zaskoczony? Bo żołnierze z pewnością byli.

Na co pana zdaniem liczą żołnierze po zmianach?

- Żołnierze oczekują, że zostanie powstrzymana ta fala odejść, ta czystka. Że wojskowi z doświadczeniem z Iraku czy Afganistanu, którzy wprowadzali nas do NATO, nie będą obrażani, wyzywani od ruskich szpiegów. Bo nie mają z tym wiele wspólnego. I nie będzie szukania haków, jak na świetnego, doświadczonego oficera, generała Kraszewskiego. Uważam, że pan generał został uwikłany w jakąś rozgrywkę - minister Macierewicz chciał pokazać, że to on ma całą władzę nad wojskiem i nie będzie się ani tą władzą, ani choćby informacją dzielił nawet z prezydentem RP. Mamy konstytucję, przepisy wskazują rządzącym, że trzeba działać i grać zespołowo. Centralizacja władzy przez Macierewicza i prymat ideologicznego zaangażowania nad kompetencjami, wiedzą i umiejętnościami z pewnością nie służyły rozwojowi polskiej armii. Armii, która ma wielu wspaniałych generałów.

Co jest w tej chwili najbardziej potrzebne polskiemu wojsku?

- Uspokojenie sytuacji i odbudowanie morale. Polityka kadrowa musi być przejrzysta, nominacje nie mogą być z zaskoczenia, a głos najwyższych dowódców nie może być pomijany, bo to oni mają najlepszą wiedzę o potrzebach wojska. A gdy "głowa", czyli polityczne dowodzenie armią, zostanie uporządkowana, wtedy trzeba się wziąć za poszczególne problemy.

Jakie?

- Mamy wielu doświadczonych oficerów, warto rozważyć kwestię przywrócenia do służby niektórych zwolnionych pochopnie dowódców i generałów. Z pewnością ich potrzebujemy, by mogli nas reprezentować w strukturach międzynarodowych. W szczególności w NATO, bo po ostatnich czystkach brakuje nam ludzi, którzy wypracowali sobie silną pozycję.

Właściwie musimy nasz autorytet w NATO odbudować z bardzo niskiego poziomu.

- Bo armia - każda armia - nie lubi czystek, rewolucji. Armia lubi stabilność i uporządkowane działania. Dowódcy natowscy mieli ustabilizowane kontakty z polskimi generałami. Co sobie pomyśleli, gdy tych generałów z dnia na dzień wycofano i w kraju zaczęto wyzywać od ruskich agentów? Mieli rozmawiać z Misiewiczem? No nie. My musimy mieć w międzynarodowych strukturach wojskowych wiarygodnych, doświadczonych, stabilnych przedstawicieli. I dobrych dyplomatów.

Musimy też pokazać stabilność w relacjach z sojusznikami. Kto nam teraz sprzeda sprzęt, po awanturze z Francją o śmigłowce Caracal?

- Można zrezygnować z zakupu Caracali. Tylko po co od razu obrażać sojuszniczy kraj? Nie w takim stylu powinno być to zrobione. A nawet jeżeli już robimy rewolucję w armii, nie możemy pozbawiać jej gotowości bojowej. Musimy się liczyć w każdej chwili z tym, że będziemy musieli podjąć interwencję zbrojną. I tu przed nowym ministrem zadanie kluczowe, naprawdę numer jeden - mam nadzieję, że już we współdziałaniu z prezydentem RP i BBN: wypracowanie w końcu jakiegoś logicznego systemu kierowania siłami zbrojnymi. Bo od ponad 2 lat mamy improwizację. System, który wypracował poprzedni rząd, i dokumenty strategiczne wówczas przyjęte, nie obowiązują. A nic nowego w zamian nie powstało.

Ale przede wszystkim trzeba naprawić najważniejsze. I najtrudniejsze.

Czyli?

- Wiarę żołnierzy w system dowodzenia. W to, że armia jest sprawnie kierowana. Że nie ma podziałów na tych, którzy służą prezydentowi i tych, którzy służą ministrowi obrony. Żeby żołnierze nie rozglądali się, pod którą opcję by się podpiąć. Armia nie jest od tego. Armia powinna czuć, że może raportować o problemach uczciwie, szczerze, autonomicznie, i raportować problemy realne, takie, jakimi są, a nie jakimi Macierewicz chciał je widzieć. Doprowadzono do takiej sytuacji, że wojsko żyło jak w jakimś matriksie.

Roman Polko. Generał dywizji Wojska Polskiego, oficer dyplomowany wojsk powietrznodesantowych i sił specjalnych, doktor nauk wojskowych w specjalności kierowanie organizacją. W drugiej połowie lat 90 XX w. przeszedł specjalistyczne szkolenia w 75 Pułku Rangersów Armii Stanów Zjednoczonych w Fort Benning. Jest instruktorem spadochronowym, strzeleckim i narciarskim. Dowodził grupą, plutonem i kompanią specjalną oraz brał udział w misji pokojowej na terenie byłej Jugosławii (kwiecień 1992 - grudzień 1993 - UNPROFOR). Od 2000 do 2004 pełnił funkcję Dowódcy Wojskowej Formacji Specjalnej GROM w Warszawie. Po konflikcie z kierownictwem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego odszedł do rezerwy na własną prośbę. W czasie gdy był dowódcą GROM, zrealizował misję na pograniczu kosowsko-macedońskim, rozpoczął działania w Afganistanie, a w marcu 2003 wziął udział w II wojnie w Zatoce Perskiej. Służył też na misji stabilizacyjnej w Iraku.

źródło: gazeta.pl



Absolutnie imponująca lista rzeczy, które w Polsce zbudowano za pieniądze z Brukseli w latach 2007-13

01.01.2018 rok

Grudzień to zwykle okres bilansu kończącego się roku. Tym razem jednak dostaliśmy od rządu podsumowanie większe, bo dotyczące aż sześciu lat. Ministerstwo Rozwoju podsumowało część wydatków finansowanych z funduszy unijnych za lata 2007-2013.

Długa, piękna lista

O tym, że Polska dostaje pieniądze z Unii Europejskiej, wszyscy wiedzą. Fakt, że kwoty, które otrzymujemy są znacznie większe od składek, które płacimy w drugą stronę, też jest powszechnie znany. Zestawienie Ministerstwa Rozwoju robi duże wrażenie. Pierwszy raz bowiem zestawiono obok siebie to, co za te pieniądze w ciągu kilku lat w Polsce powstało.

Lista inwestycji sfinansowanych środkami unijnymi z programu Infrastruktura i Środowisko w latach 2007-2013 źródło: Ministerstwo Rozwoju

Dofinansowanie z POIiŚ w latach 2007-2013 pozwoliło:

o   wybudować 1 417 km autostrad i dróg ekspresowych (np. dzięki zrealizowanym inwestycjom można dotrzeć autostradą A 1. z Łodzi do Gdańska; wybudowano autostradową obwodnicę Wrocławia .AS, wybudowano drogę ekspresową S8 na odcinku węzeł Walichnowy – Łódź A1;  powstały nowe drogi m.in. droga -ekspresowa S17 odc. Kurów-Lublin-Plaski, droga ekspresowa S8 odc. węzeł Powązkowska-węzeł Marki; droga-ekspresowa S3 Gorzów Wielkopolski-Nową Sól);

o  przebudować 8 najważniejszych lotnisk w Polsce (w Gdańsku Wrocławiu, Rzeszowie, Poznaniu, Katowicach, Szczecinie, Krakowie oraz Warszawie):

o    wybudować zmodernizować i zrewitalizować blisko 1.200 km linii kolejowych (skróceniu uległy czasy przejazdów pomiędzy Warszawą a Gdańskiem, Katowicami, Krakowem czy Wrocławiem. Przykładowo, czas podróży z Warszawy do Gdańska skrócił się z około 4 godzin 15 minut do poniżej 3 godzin, zaś z Warszawy· do Wrocławia z ponad 5 godzin do 3 godzin 42 minut);

o    kupić 440 sztuk taboru kolejowego (nowe lub zmodernizowane wagony oraz elektryczne zespoły trakcyjne. oferują odpowiedni komfort podróży oraz 'są przystosowane do obsług i osób mających problemy z poruszaniem się);

o  w 9 metropoliach - w warszawskiej, katowickiej, wrocławskiej. łódzkiej, trójmiejskiej, krakowskiej, poznańskiej, bydgosko-toruńskiej, szczecińskiej - wybudować i wyremontować 252 km linii tramwajowych trolejbusowych oraz kupić i zmodernizować blisko 1000 sztuk taboru (np. wagonów tramwajowy metra);

o    wybudować 2 575 km sieci gazociągów- najdłuższy z nich, relacji. Szczecin - ­Gdańsk, ma 265 km długości;

o    zbudować i rozbudować 15 centrów logistycznych oraz terminali kontenerowych,

o    wybudować i wyremontować 15tys. km sieci kanalizacyjnych, do której podłączonych zostało ponad 1,3 mln osób;

o    wybudować i przebudować 275 oczyszczalni ścieków;

o    wybudować ponad 360 km elektroenergetycznych sieci przesyłowych;

o    poddać termomodernizacji 570 obiektów użyteczności publicznej (np. szkól, szpitali:

o    wybudować i przebudować 630 km sieci ciepłowniczej w wielu miastach na terenie Polski;

o    wyposażyć ponad 180 szpitali i przychodni w nowoczesny sprzęt medyczny;

o    kupić 335 ambulansów ratowniczych;

o    poddać 6 tys. obiektów i zbiorów poddanych konserwacji (np. Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa, która pozwoliła ocalić przed utratą unikatowe zbiory biblioteczne):

o   wybudować 77 obiektów instytucji kultury (np. Centrum Nauki Kopernik, które okazało ślę turystyczny hitem Warszawy czy też powiększona l uatrakcyjniona siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach):

o    wyremontować i doposażyć ponad 280 szpitalnych oddziałów ratunkowych.

To mniej niż połowa całej kasy z Unii

A najlepsze w tej długiej liście jest to, że dotyczy ona tylko jednego Programu Operacyjnego. Cała kasa unijna, która do nas płynie jest podzielona na szereg programów operacyjnych. Niektóre są zarządzane centralnie, a do tego są programy regionalne dla poszczególnych województw.

Publikacja Ministerstwa Rozwoju dotyczy tylko programu Infrastruktura i Środowisko. Chodzi o ponad 28 miliardów euro. To mniej niż połowa całości środków, jakie otrzymaliśmy z Brukseli. A program Infrastruktura i Środowisko podsumowano akurat teraz nie dlatego, że kończy się rok, tylko dlatego, że właśnie nastąpiło ostateczne rozliczenie tego programu.

Teraz mamy do wydania jeszcze więcej

W latach 2007-13 Polska otrzymała z Unii łącznie 67,9 mld euro. Polski wkład własny we wszystkie finansowane z Unii inwestycje wynosił 18,3 mld euro, w tym niecałe 6 mld euro z budżetu państwa. Reszta z budżetów samorządowych i środków prywatnych firm.

Na lata 2014-20 Polska dostała jeszcze więcej pieniędzy: aż 82,5 mld euro. To 346 mld złotych przeliczając po obecnym kursie euro.

Jest się czym pochwalić.

AMS




Rok 2018 – ZMIANY W PODATKACH.


31.12.2017 rok.

       1. Jeden przelew do ZUS.

2. Rok 2018 przyniesie sporo zmian w podatkach. Jednolity Plik Kontrolny obejmie wszystkich płatników VAT, wprowadzony zostanie też mechanizm podzielonej płatności podatku VAT. Pojawią się nowe podatki od nieruchomości komercyjnych i najmu. Zmian jest jednak więcej. Już 1 stycznia 2018 r. wejdzie w życie obowiązek przekazywania przez wszystkich podatników ewidencji VAT w formie Jednolitego Pliku Kontrolnego. Oznacza to, że - według szacunków rządu - JPK obejmie swoim działaniem od lutego (wtedy firmy będą musiały złożyć JPK dotyczące transakcji styczniowych) 1,6 mln płatników VAT. W ten sposób trzykrotnie zwiększy się liczba faktur objętych tym systemem, który działa w ograniczonym zakresie od 2016 roku.

W 2018 roku nawet najmniejsi podatnicy VAT będą zatem musieli się skomputeryzować, by móc przekazywać .

 3.W lipcu 2018 roku podatników tych czeka jeszcze zmiana. Podmioty, które prowadzą elektroniczną dokumentację księgową, będą musiały wysyłać - na żądanie urzędu skarbowego - także inne struktury logiczne JPK, np. książkę przychodów i rozchodów, czy wyciągi magazynowe.
       4. Wyższa kwota wolna od podatku. Od nowego roku wejdzie też w życie inna ważna zmiana podatkowa - to kompleksowa nowela ustaw podatkowych, która zakłada m.in. podwyższenie kwoty wolnej od podatku - z 6,6 tys. zł do 8 tys. zł.

Jednocześnie przewidziano utrzymanie degresywnej kwoty wolnej od podatku dla dochodów stanowiących podstawę opodatkowania przekraczającą 8 tys. zł, ale nieprzekraczającą 13 tys. zł oraz dla dochodów stanowiących podstawę opodatkowania przekraczającą 85 tys. 528 zł, lecz nieprzekraczającą 127 tys. zł. Oznacza to, że nie zmieni się kwota wolna od podatku dla dochodów stanowiących podstawę opodatkowania, przekraczających 13 tys. zł oraz nieprzekraczających 85 tys. 528 zł rocznie.

5.Ustawa zakłada także podniesienie o 100 proc. rocznego limitu 50-proc. kosztów uzyskania przychodów, który wyniesie 85 tys. 528 zł. W efekcie wzrosną dochody, którymi będą dysponować twórcy.

6. Podatek dla właścicieli nieruchomości komercyjnych. Ta sama ustawa wprowadza także tzw. minimalny podatek dochodowy dla właścicieli nieruchomości komercyjnych o wartości przekraczającej 10 mln zł (chodzi m.in. o biura, centra handlowe i domy towarowe).

7. Zmienią się także zasady opodatkowania najmu. Zaproponowano ograniczenie stosowania stawki ryczałtu 8,5 proc. od przychodów z najmu nieprzekraczających rocznie 100 tys. zł. Przewidziano też wprowadzenie stawki ryczałtu 12,5 proc. od nadwyżki przychodów z najmu (poza działalnością gospodarczą) ponad 100 tys. zł.

8. Inna zmiana to rezygnacja z nieopodatkowywania dochodów z działalności gospodarczej, w części przeznaczonej na działalność rolniczą.

9. Jedną ze zmian, mających ułatwić działalność gospodarczą małym i średnim firmom jest podwyższenie z 3,5 do 10 tys. zł limitu wartości środków trwałych lub wartości niematerialnych i prawnych. Umożliwi to jednorazowe zaliczenie wydatków na nabycie tych środków do kosztów uzyskania przychodów.

10. Od nowego roku także dane podatkowe największych firm będą publicznie dostępne, co przewiduje nowelizacja ustawy o CIT. Chodzi o firmy o przychodach co najmniej 50 mln euro rocznie (w przeliczeniu na złote) oraz tzw. podatkowe grupy kapitałowe.

11. Blokowanie kont przestępców. 1 stycznia wchodzi też w życie tzw. Ustawa o STIR, która ma umożliwić blokowanie kont bankowych, które mogłyby służyć przestępcom.

12. Od nowego roku zmieniają się też przepisy dotyczące zwolnień z obowiązku ewidencjonowania sprzedaży za pomocą kas fiskalnych przez pewne grupy podatników. Obligatoryjnym obowiązkiem rejestracji sprzedaży za pomocą kasy fiskalnej, niezależnie od wielkości obrotu, objęte zostaną nowe grupy usług, takie jak np. sprzedaż biletów do cyrków, wesołych miasteczek, dyskotek i na sale taneczne.

13. 1 stycznia miała też wejść w życie akcyza na płyn do papierosów elektronicznych i tzw. nowatorskie wyroby tytoniowe. Jednak w wyniku przyjęcia w Sejmie poprawki do tej ustawy, do końca 2018 roku zostanie utrzymana zerowa stawka akcyzy na płyn do e-papierosów oraz wyroby nowatorskie.

14. Mechanizm podzielonej płatności od lipca. Od 1 lipca 2018 roku zacznie obowiązywać inna ważna regulacja, z punktu widzenia uszczelnienia systemu podatkowego, przede wszystkim systemu VAT - mechanizm podzielonej płatności. Płatność za nabyty towar lub usługę będzie dzielona - zapłata odpowiadająca wartości sprzedaży netto będzie płacona przez nabywcę na rachunek bankowy dostawcy, natomiast pozostała zapłata odpowiadająca kwocie podatku od towarów i usług, będzie płacona na specjalne konto dostawcy - rachunek VAT.

15. W górę podatki i opłaty lokalne. W 2018 roku, po dwóch latach obniżek związanych z deflacją, wzrosną także maksymalne stawki podatków i opłat lokalnych. Podwyżka ma związek z inflacją i wyniesie średnio 1,9 proc. W przyszłym roku maksymalna stawka podatku od nieruchomości mieszkalnych wzrośnie do 0,76 zł od 1 m kw. powierzchni, czyli o 1 gr. Natomiast górna, dopuszczalna stawka podatku od budynków lub ich części związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej wyniesie w przyszłym roku 23,10 zł od 1 m kw. powierzchni, a więc o 44 gr więcej niż obecnie.

16. Bardziej zauważalne będą wzrosty stawek maksymalnych w przypadku podatków od środków transportowych. Przykładowo stawka podatku za samochód ciężarowy o dopuszczalnej masie całkowitej od 3,5 tony do 5,5 tony włącznie wzrośnie do 819,59 zł, czyli o 15,29 zł. W przypadku ciężarówek o dopuszczalnej masie całkowitej równej lub wyższej niż 12 ton górna stawka podatku wyniesie w przyszłym roku 3130,90 zł, a więc o 58,38 zł więcej.

17. Od nowego roku wchodzą w życie nowe przepisy – już od 1 stycznia za każdą torebkę foliową zapłacimy 20 groszy. Opłaty mają ograniczyć stosowanie jednorazowych toreb foliowych. Obecnie w Polsce zużywamy ich nawet 11 mld sztuk.

Źródło: Internet  
AMS




Niektóre najważniejsze wydarzenia w Polsce i na świecie w 2017 roku.

30.12.2017 r.

Rok 2017 był gorącym politycznie rokiem w Polsce i na świecie. W kraju rząd PiS przeprowadził, mimo społecznych protestów, reformę wymiaru sprawiedliwości. Zmiany wywołały sprzeciw Komisji Europejskiej. A to tylko kilka z najważniejszych wydarzeń mijającego roku.

1. W styczniu do Polski zaczęły przybywać pododdziały 3. Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej (ang. Armored Brigade Combat Team, ABCT) z 4. Dywizji Piechoty, by rozpocząć pierwszą dziewięciomiesięczną zmianę w ramach stałej, rotacyjnej obecności amerykańskich wojsk w regionie. Wiosną do naszego kraju przybyła również wielonarodowa batalionowa grupa bojowa, w skład której, oprócz Amerykanów, weszli też Brytyjczycy i Rumuni. Oficjalne powitanie żołnierzy batalionowej grupy bojowej NATO odbyło się 13 kwietnia w Orzyszu.

Czytaj dalej>>>>>>


Dziennik.pl: Francuzi pozwą Polskę za caracale

29.12.2017 r.

Airbus Helicopters poinformował polskie władze, że kieruje do trybunału arbitrażowego sprawę zakończenia postępowania na śmigłowce wielozadaniowe caracal - podaje Dziennik.pl.

Jak informuje portal, pismo w tej sprawie przed świętami trafiło do MON, Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i prawdopodobnie do Ministerstwa Rozwoju. Informację Dziennik.pl miał potwierdzić w dwóch niezależnych źródłach.

Głównym zarzutem Airbus Helicopters jest podjęcie negocjacji bez woli zawarcia umowy, tzn. negocjacje pozorne. Jak podaje Dziennik.pl dowodem na to mogą być choćby słowa Antoniego Macierewicza, który na łamach "Dziennika Gazety Prawnej", jeszcze zanim został ministrem obrony narodowej mówił, że nie zgodzi się na zakup caracali.

Sprawa prawdopodobnie będzie toczyć się przed sądem w Sztokholmie. Polskę będzie w niej reprezentować Ministerstwo Rozwoju. Francuski producent śmigłowców może domagać się co najmniej kilkudziesięciu milionów złotych odszkodowania - informuje portal.

Sprawa caracali

4 października 2016 r. Ministerstwo Rozwoju poinformowało o zakończeniu rozmów z Airbus Helicopters, producentem caracali, ws. umowy offsetowej dotyczącej kontraktu na zakup tych śmigłowców.

Decyzję ogłoszono po prawie roku negocjacji. Francuzi dowiedzieli się o niej pół godziny wcześniej niż media. To znacznie ochłodziło stosunku polsko-francuskie. Było również powodem odwołania wizyty w naszym kraju ówczesnego prezydenta Francoisa Hollande'a. Później wiceminister obrony Bartosz Kownacki mówił o tym, że Francuzi uczyli się od nas jeść widelcem.

- Nikt nie zerwał żadnych rozmów, tylko te rozmowy wygasły, ponieważ naturalnie upłynęły terminy. Francja zna doskonale, jakie jest prawo polskie offsetowe. Ten offset nie był negocjowany za poprzedniego rządu, został pozostawiony naszemu. Nasz rząd w dobrej wierze przez prawie rok rozmawiał z Francuzami i oni nie wypełnili założeń offsetowych - przekonywał wówczas Witold Waszczykowski.

Postępowanie ws. zakupu śmigłowców wielozadaniowych rozpoczęto w 2012 roku. W 2015 roku do testów ostatecznie zakwalifikowano tylko caracala, który przeszedł je pozytywnie. Umowę na dostawę parafował jeszcze Tomasz Siemoniak. Miała wejść w życie po zawarciu umowy offsetowej.

Źródło: onet.pl

Zaczynamy płacić za arogancję.



Kownacki: Macierewicz najlepszym ministrem obrony od 25 lat

29.12.2017 r.

 - Na szczęście to nie sondaże decydują o tym, czy jest dany minister czy danego ministra nie ma, tylko efekty wyborów i tego, jak jest oceniany merytorycznie - powiedział wiceminister obrony narodowej Bartosz Kownacki, komentując wyniki sondażu na temat odwołania Antoniego Macierewicza z funkcji szefa MON. - W mojej ocenie to chyba najlepszy w przebiegu ostatnich 25 lat minister obrony - dodał.

59 procent badanych uważa, że Antoni Macierewicz powinien zostać zdymisjonowany - wynika z sondażu Kantar Millard Brown przeprowadzonego na zlecenie Faktów TVN i TVN24. Za pozostawieniem obecnego szefa MON opowiada się 26 procent ankietowanych.

- Na szczęście to nie sondaże decydują o tym, czy jest dany minister czy danego ministra nie ma, tylko efekty wyborów i tego, jak jest oceniany merytorycznie. A ja mam wrażenie, że duża część tych ocen jest wynikiem pewnego złego PR-u, w świetle którego próbuje się przedstawić ministra Macierewicza. Z pełną odpowiedzialnością mówię - to jest bardzo dobry minister obrony narodowej, w mojej ocenie chyba najlepszy w przebiegu ostatnich 25 lat, który dokonał szeregu bardzo poważnych zmian w MON, wprowadził je na zupełnie nowe tory i zaszczepił też nową dynamikę - skomentował ten sondaż wiceminister Bartosz Kownacki.

- Gdzie by minister Macierewicz nie był, to będzie grupa ludzi, która go z gruntu nie lubi czy nienawidzi - dodał. Kownacki stwierdził, że swoją "determinacją we wprowadzaniu zmian" minister obrony może też narażać się "grupom interesu".

Pytany o krytykę Macierewicza płynącą ze strony prezydenta Andrzeja Dudy, Kownacki powiedział, że "prezydent w niektórych rzeczach nie zgadza się z ministrem Macierewiczem, ale nie ulega wątpliwości, że zarówno prezydentowi jak i ministrowi Macierewiczowi zależy na tym, żeby Polska mogła się rozwijać, żebyśmy byli wszyscy bezpieczni". - I to że są pewne różnice w ocenach, to nie znaczy, że to jest fundamentalna krytyka - ocenił.

- Jestem przekonany że nie będzie dochodziło do żadnych zmian w najbliższym czasie - mówił w TVN24 Kownacki, komentując zapowiadane zmiany w gabinecie premiera Morawieckiego. - Minister Macierewicz, jeżeli spojrzymy na merytoryczną sferę jego działalności, nie to co piszą media, tylko to co jest robione merytorycznie - jeszcze raz podkreślam - jest bardzo dobrym ministrem - powiedział.

Kownacki zapewnił, że negocjacje ws. zakupu systemu antyrakietowego Patriot są "w trakcie ostatniej fazy". - To są mam nadzieję ostatnie miesiące, tygodnie tych negocjacji - zadeklarował.

Podległa Pentagonowi Agencja Współpracy Bezpieczeństwa Obronnego (DSCA) notyfikowała w listopadzie Kongresowi USA potencjalną sprzedaż Polsce pocisków Patriot wraz z wyposażeniem pomocniczym za łączną kwotę 10,5 mld dol. (37 mld zł). To o 7 mld zł więcej niż kwota, jaką Polska zamierza przeznaczyć łącznie na swą obronę przeciwrakietową.

Wiceminister obrony stwierdził, że kwota 37 mld złotych za Patrioty jest "nieakceptowalna". - Nie chcę dziś spekulować o kwocie. Jeżeli bym dzisiaj powiedział, jaka to jest kwota, to bym zdradził swoje negocjacyjne warunki brzegowe. Muszę to mieć zachowane dla siebie, jaką kwotę zaakceptuję, z jakiej kwoty będę zadowolony i mam nadzieję, że osiągniemy naprawdę dobry efekt - powiedział.
Źródło: rp.pl



Bój o reformę sądownictwa. Te 11 momentów warto zapamiętać

25.12.2017 r.

Gorąca debata polityczna, demonstracje w całej Polsce, pierwsze weta prezydenta Andrzeja Dudy i interwencja Komisji Europejskiej. Rok 2017 w Polsce upłynął pod znakiem batalii o reformę sądownictwa. Dla jednych niszczy trójpodział władzy, a dla innych kończy z "bezkarnością" sędziów i wprowadza nowe standardy. Przypominamy najważniejsze momenty z boju o trzecią władzę w Polsce.

1. Na początku roku pojawił się pierwszy projekt ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Od samego początku rozgorzała burzliwa dyskusja w tej sprawie. Główny zarzut dotyczył upolitycznienia tej instytucji – 15 sędziów KRS-u (czyli większość – łącznie jest ich 25) miałby wybierać Sejm, a nie środowiska sędziowskie.


Czytaj dalej>>>>>>>
 



Katastrofa MiG-29 obnaża problemy MON z zakupami i modernizacją. Leśnicy i strażacy ratują sytuację

Na mocy wstępnego porozumienia Polska miała kupić 50 śmigłowców Caracal różnego typu. Rozmowy jednak zerwano.

- Do akcji poszukiwawczej nie poderwano śmigłowca, z powodu złej widoczności. Jednak należy pamiętać, że istnieją już konstrukcje, wyposażone w kamery termowizyjne i radary skanujące rzeźbę terenu, które pozwalają na działanie w tak niekorzystnych warunkach. Tyle że ich nie mamy - mówi dla money.pl Michał Likowski, ekspert wojskowy i redaktor naczelny magazynu "Raport". Choć przy takich wypadkach każda minuta jest cenna, pilot czekał na ratunek blisko 3 godziny.

Nie wiadomo też, jak długo jeszcze na nowe maszyny ratunkowe poczekają wojskowi. Takich śmigłowców nie będzie nawet w grupie ośmiu nowych, które mają być zamówione już wkrótce.

Czytaj dalej>>>>>>>>



"DZISIAJ POLSKIE NIEBO JEST NIEMALŻE BEZBRONNE"

             8.12.2017 r.

W mojej ocenie najważniejsza jest obrona powietrzna - mówi wiceminister obrony narodowej Bartosz Kownacki pytany, który z rodzajów Sił Zbrojnych RP wymaga najpilniejszej wymiany sprzętu. W jego ocenie, "dzisiaj mamy niebo niemalże bezbronne".

"Doświadczenia pokazują, że dominacja w powietrzu decyduje o przebiegu walki. Jeżeli nie jesteśmy jednak w stanie dominować, to przynajmniej posiadajmy narzędzie, które ograniczą potencjalnego agresora" - tłumaczy w rozmowie z "Gazetą Polską Codziennie" wiceminister obrony narodowej Bartosz Kownacki.

Jak zaznacza wiceszef MON, "nie będziemy mieć w stanie tylu myśliwców, ile mają nasi potencjalni przeciwnicy, ale jesteśmy w stanie uniemożliwić ich dominację nad polskim niebem". "To jest najważniejszy element polskiego bezpieczeństwa, który powinien zostać zbudowany" - uważa Kownacki.

W kwestii uzbrojenia, Kownacki mówi gazecie, że żołnierze prezentowali mu "swoje znakomite umiejętności", jednak "przykro" mu było patrzeć, "jak wsiadają do wozów bojowych, które już dawno powinny być wycofane".

"Z tego powodu realizujemy projekt nowego bojowego wozu piechoty - Borsuka. Obecnie jest to praca badawcza; liczymy, że w 2019 r. będziemy mieli prototyp który pozwoli nam myśleć o produkcji seryjnej" - powiedział Kownacki. Jak dodał, w MON i w Hucie Stalowa Wola jest zielone światło, żeby to realizować.

Mówiąc o nowym sprzęcie, Kownacki zaznaczył także, że "warto spojrzeć na nasze okręty podwodne". "Na szczęście od przyszłego roku wychodzą z użytku" - przyznaje Kownacki. "To dobitnie pokazuje, czego nie byli w stanie dokonać nasi poprzednicy. Budowa okrętu podwodnego, to okres ok. 7 lat. W związku z tym, (...) umowa na nowe powinna być podpisana około roku 2010-2011. Tak, żebyśmy mogli zastąpić te, które wychodzą, następnymi" - podkreśla wiceszef MON.

Jak dodaje, wcześniej nic w tej sprawie nie zrobiono. "To my dzisiaj widząc, że jest to naprawdę pilna potrzeba, jeśli chodzi o Marynarkę Wojenną, robimy wszystko, żeby wybrać oferenta, i w przyszłym roku wynegocjować oferenta oraz podpisać umowę" - wskazał. 

 

Źródło: fakty. interia


WICESZEF MON: CENA ZA PATRIOTY NIE DO PRZYJĘCIA

7.12.2017 r.

"Zaproponowana Polsce cena za system antyrakietowy Patriot jest nie do przyjęcia" - powiedział wiceminister obrony narodowej Bartosz Kownacki w wywiadzie dla portalu internetowego Defense News. "Wysoki koszt był dla Polski niespodzianką" - dodał.

Podległa Pentagonowi Agencja Współpracy Bezpieczeństwa Obronnego (DSCA) notyfikowała w ubiegłym miesiącu Kongresowi USA potencjalną sprzedaż Polsce pocisków Patriot wraz z wyposażeniem pomocniczym za łączną kwotę 10,5 mld dolarów (37 mld złotych). Jest to o siedem mld złotych więcej niż kwota, jaką Polska zamierza przeznaczyć łącznie na swą obronę przeciwrakietową.

Kownacki mówił Defense News o tej ofercie we wtorek w Waszyngtonie; rozmowa została opublikowana w środę.

"Cena jest dla nas naprawdę nie do przyjęcia, nawet biorąc pod uwagę znaczne środki finansowe, jakie przeznaczyliśmy na techniczną modernizację polskich sił zbrojnych. Nie możemy sobie po prostu pozwolić na wydanie tak dużo pieniędzy na zakup dwóch baterii i pocisków PAC-3 (Patriot Advanced Capability-3)" - powiedział polski wiceminister obrony. "Wysoki koszt był dla nas niespodzianką" - dodał.

Jak przypomina Defense News, przedstawiona Polsce oferta obejmuje 16 wyrzutni rakietowych, cztery radary sektorowe i 208 rakiet PAC-3 w ulepszonej wersji MSE (Missile Segment Enhancement).

"Nie możemy po prostu zaakceptować takich warunków finansowych, będziemy intensywnie pracować nad ich złagodzeniem, przeprowadzimy szczegółową analizę. Zdajemy sobie sprawę, że dla zmniejszenia ceny będzie potrzebne więcej niż jedno spotkanie, być może dwa lub trzy spotkania będą potrzebne do wynegocjowania akceptowalnej, rozsądnej ceny" - kontynuował.

Według Kownackiego, zaskoczeniem były także inne elementy porozumienia, "na przykład cena offsetu". Podczas gdy niektóre firmy  zaangażowane w sprawę oferowały rozsądne ceny za offset, "mamy jedną firmę, która zaoferowała offset nie do przyjęcia dla nas i warunki, jakich nie możemy zaakceptować". Ponadto nawet w przypadku firm, które zaproponowały rozsądne umowy, będzie się jeszcze prowadzić negocjacje w celu obniżenia cen.

"Oczywiście nie możemy przewidzieć, na ile uda się nam zmniejszyć cenę, niemniej administracja USA, jak też firmy są świadome, że jest nam potrzebna obniżka tej ceny. Jestem przekonany, że zdołamy osiągnąć nasz cel i obecnie finalizujemy projekt, zatem jesteśmy w ostatniej fazie negocjacji" - zapewnił wiceminister. 

 

Źródło: fakty.interia.pl



Bartosz Kownacki: Patrzą na naszą armię i zazdroszczą

07.12.2017 r.

Polska armia liczy się na świecie. Mamy wojsko, które się rozwija, zwiększamy wydatki w tej kwestii - powiedział w programie Rzeczypospolitej  Bartosz Kownacki, wiceszef MON.

Kownacki wypowiedział się na temat najnowszej próby rakietowej przeprowadzonej przez Pjongjang. - Korea Północna może potencjalnie zaatakować USA, ponieważ ma takie możliwości. Trzeba jednak spojrzeć na sposób działania tego państwa, to jest próba wywarcia presji na inne państwa i budowanie pozycji wewnętrznej. To jest pewnego rodzaju taktyka reżimu. Sytuacja w regionie działa na korzyść Rosji i Chinom – ocenił.

- Posiadanie broni nuklearnej może odstraszyć potencjalnych wrogów – przyznał wiceminister obrony. Pytany jednak o to, czy Polska powinna w takim razie starać się o uzyskanie broni atomowej zapewnił, że inne środki odstraszania agresorów, jakimi dysponuje nasz kraj są wystarczające.

Kownacki ocenił również stan polskiej armii. - Jesteśmy w sile odstraszyć ewentualnych wrogów. Polska armia liczy się na świecie. Mamy armię, która się rozwija, i cały czas zwiększamy wydatki na nią. Nasi partnerzy to widzą i często zazdroszczą. Jesteśmy przewidywalnym sojusznikiem – dodał.

Pytany o ministra Antoniego Macierewicza i jego relacje z prezydentem Andrzejem Dudą, odpowiedział że nie powinno się w tej kwestii kreować niepotrzebnego konfliktu. - Najprawdopodobniej w przyszłym roku powrócimy do spraw nominacji generalskich. Mamy bardzo dużo zadań do wykonania. W pierwszej kolejności ministrowi i prezydentowi zależy na sprawie polskiej. Panowie na pewno będą się spotykać i współpracować – podkreślił.

Polityk odniósł się też do ujawnionych przez Onet informacji, że trzynastu spośród czternastu kandydatów na generałów z listy przedstawionej prezydentowi przez Antoniego Macierewicza ma za sobą przeszłość w PZPR lub ZSMP. Kownacki najpierw zdementował te doniesienia, po czym stwierdził, że wszystkich osób, które przed 1989 r. służyły w wojsku pozbywać się nie można. - Zgadzam się z teorią, że wojsko powinno być wolne od ludzi związanych z systemem komunistycznym. Niestety, jeszcze przez dziesięć lat, to pokolenie będzie aktywne w armii. Mam jednak nadzieję, że model wojska ulegnie zmianie i tych osób już nie będzie. Gdybyśmy teraz pozbawili ich stanowisk, zdezorganizowalibyśmy wojsko. Służba w armii przed 1989 r. nie dyskwalifikuje w kontekście służenia w nowej polskiej armii – powiedział.

Kownacki ocenił również przyszłe plany modernizacji Wojska Polskiego. - Możemy pochwalić się budową nowego niszczyciela min. Decyzja w tej sprawie zapadła za poprzednich rządów. W armii musi być kontynuacja planów. Chcemy na przełomie przyszłego roku wskazać partnera do budowy kolejnych okrętów podwodnych – podsumował.

 

Źródło: rp.pl/służby mundurowe



Macierewicz walczy z szefem sztabu generalnego

  24.11.2017 rok

Kolejny konflikt ministra obrony z kluczowym generałem. Antoni Macierewicz zwalcza szefa sztabu generalnego gen. Leszka Surawskiego. Według informacji Onetu, generał rozważa odejście z armii. Spór o generała to kolejny element wojny między Macierewiczem a prezydentem Andrzejem Dudą.

Gen. Leszek Surawski kieruje Sztabem Generalnym zaledwie od stycznia tego roku, a już w armii i wśród polityków pojawiają się zapowiedzi jego odejścia. Powód? Konflikt z Antonim Macierewiczem. Szkopuł w tym, że do niedawna Surawski uważany był za faworyta ministra - to dzięki poparciu Macierewicza został szefem sztabu.

Czytaj dalej>>>>>

 



Kolejne opóźnienia w armii. Szef MON zapowiada anulowanie przetargu na BMS

02.11.2017 r.
Bez systemu zarządzania polem walki BMS "polska armia jest ślepa". Technologię miała dostarczyć polskiej armii Polska Grupa Zbrojeniowa (PGZ), teraz okazuje się jednak, że polski przemysł państwowy nie dysponuje stosownymi rozwiązaniami. Szef MON zapowiada anulowanie kontraktu, co oznaczać będzie olbrzymie straty i kolejne opóźnienia w programie modernizacji sił zbrojnych - czytamy w "Gazecie Wyborczej".
o: Cezary Aszkiełowicz /

Początkowo kontrakt na system miał być podpisany do końca 2017 roku. Wcześniejsze decyzje Antoniego Macierewicza doprowadziły do tego, że jedynym oferentem przetargu była PGZ. "Dwa prywatne zakłady oferujące BMS zostały wykluczone z konsorcjum, którym miała zarządzać podległa ministerstwu Polska Grupa Zbrojeniowa" - podaje dziennik. Powodem miało być to, że PGZ sama miała być w stanie przygotować system.

"Eksperci ostrzegali wówczas, że polski państwowy przemysł obronny nie dysponuje stosownymi technologiami" - czytamy w gazecie. Szef MON nie słuchał jednak podobnych argumentów.

W zeszły czwartek szef MON stwierdził jednak, że "fakty okazały się inne", choć rok temu zapewniano go, że PGZ ma pożądane przez wojsko rozwiązania. Macierewicz nie wyklucza teraz, że przetarg trzeba będzie anulować i wszystko zacząć od początku. Nie wiadomo, kiedy polskie wozy bojowe będą w końcu dysponować systemem BMS.

Dlaczego BMS ma tak duże znaczenie na współczesnym polu walki? "Obecnie nie jest możliwa sytuacja znana z okresu II wojny światowej, by dowódca wozu bojowego wychylał się przez luk i obserwował, gdzie są jego pojazdy, a gdzie pojazdy przeciwnika. Powód? Miałby niewielkie szanse na przeżycie. Wszelkimi informacjami powinien dysponować na ekranie komputera wewnątrz wozu" - tłumaczy gazeta.

Więcej w "Gazecie Wyborczej".



"Polityka": biskup Józef Guzdek w mocnych słowach napomina MON

27.10.2017 r.

Biskup Józef Guzdek, który jest generałem brygady, a od 2010 roku pełni funkcję biskupa polowego Wojska Polskiego, w ostatniej swojej homilii skrytykował politykę MON. Duchowny, jak informuje "Polityka", negatywnie wypowiedział się na temat ciągłych zmian w wojsku.wid Zuchowicz / Agencja

- Co może myśleć o polskiej armii młody, zdolny człowiek, do którego wciąż docierają sprzeczne informacje o priorytetach wojska, o jego sile i znaczeniu, o ciągłych reformach w strukturach dowodzenia w siłach zbrojnych? Czyż nie będzie stawiał pytań: jaki jest sens i czy warto być żołnierzem? - powiedział w trakcie swojego kazania bp Guzdek, które wygłosił na mszy w 99. rocznicę utworzenia Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Jak czytamy na stronie "Polityki", biskup zwracając się do licznie zgromadzonych generałów i pułkowników, przestrzegał przed "kreowaniem wizji, planów czy też perspektyw nieosadzonych wystarczająco mocno w rzeczywistości".