Mazowiecki Zarząd Wojewódzki Związku Żołnierzy Wojska Polskiego
  AKTUALNOŚCI 2025
 











63 dni. Zryw powstańców

dni.

"Tragiczne przeznaczenie"

W Komendzie Głównej AK trwały zażarte dyskusje i spory. Większość dowództwa była zgodna — należy zaatakować Niemców, wyprzeć ich z miasta, najpewniej z pomocą Armii Czerwonej, i wobec wojsk Stalina stanąć jako przedstawiciele niepodległej Polski w wolnej Warszawie. Inni wskazywali jednak, że skoro Sowieci tyle już razy w czasie tej wojny pokazali swoją prawdziwą twarz, a teraz rościli sobie pretensje do rządzenia Polską, to na ich pomoc nie można liczyć, a uderzenie na Niemców skończy się masakrą. Ich zdaniem taki zryw nie mógł już w żaden sposób wpłynąć na przyszłe losy Polski, a jedynie przyczynić się do zniszczenia miasta. Jedną z takich osób był płk Janusz Bokszczanin.

Płk Kazimierz Iranek-Osmecki, także przeciwnik rozpoczęcia powstania, wspominał: "Nagle przypomniałem sobie ostrzeżenia Bokszczanina: »Niech mi pan wierzy, ja ich znam, oni nie przybędą, pozostawią nas samych Niemcom«. Byłem pewny, że ma rację i miasto czeka pewne zniszczenie. Widziałem przez okna rozognione słońce i wydawało mi się, że już widzę pożar pustoszący miasto i słyszę trzask płomieni. Złudzenie trwało kilka chwil. Lecz tak mną wstrząsnęło, że... przykre uczucie prześladowało mnie także w nocy, powodując okropne sny. Gdy obudziłem się o świcie, miałem wrażenie, że przeżywam antyczną tragedię. Przeczuwałem, że cała ta sprawa zakończy się straszliwym dramatem, lecz wiedziałem również, że nie zdołamy go uniknąć; jest on naszym tragicznym przeznaczeniem, przeciw któremu nie możemy nic zdziałać".

Ostatnie chwile przed wybuchem powstania

Okoliczności decyzji o wybuchu powstania były niezwykle dramatyczne. 25 lipca 1944 r. Niemcy rozpoczęli pod Warszawą kontrofensywę znaną m.in. jako bitwa pod Radzyminem lub bitwa pod Wołominem. Burzliwe narady w Warszawie trwały więc w kolejnych dniach. Sowiecka radiostacja nawoływała w tym czasie ludność polskiej stolicy do wystąpienia przeciwko Niemcom. W szeregach AK zarządzony został już alarm o mobilizacji sił powstańczych, ostatecznie jednak odwołano go.

Wreszcie nadszedł 31 lipca 1944 r. Komenda Główna AK miała obradować w lokalu przy ul. Pańskiej. Zanim jednak wybiła godzina spotkania, u czekającego tam już komendanta głównego Tadeusza Komorowskiego "Bora" zjawili się gen. Tadeusz Pełczyński i gen. Leopold Okulicki. Oficerowie ci za wszelką cenę parli do wywołania powstania, "Bór" jednak cały czas się wahał. Doszło do gwałtownej dyskusji, Okulicki krzyczał wręcz na dowódcę. Nagle do mieszkania przybiegł Antoni Chruściel "Monter", dowódca warszawskiego okręgu AK. Twierdził, że na Pradze są już sowieckie czołgi. Informacja — jak się później okazało — była fałszywa, dała jednak Pełczyńskiemu i Okulickiemu argument w dyskusji. Ostatecznie "Bór" zdecydował się wydać rozkaz.

Płk Kazimierz Iranek-Osmecki, który przybył na miejsce o omówionej godzinie, tj. o 17, zastał już tylko wychodzącego komendanta głównego. "Bór" powiedział, że sowieckie czołgi są na obrzeżach Warszawy, odprawa się zakończyła, a on wydał rozkaz do walki. "Słyszałem te słowa, ale były dla mnie jakby pozbawione sensu. Wewnętrznie odmawiałem jeszcze przyjęcia tej decyzji" – wspominał Iranek-Osmecki.

Pułkownik natychmiast przekazał komendantowi, że Sowieci wcale jeszcze nie przebili się do Warszawy, a "Bór" wybrał najgorszy moment na podjęcie decyzji. Słysząc to, dowódca osunął się na krzesło i wyszeptał: "Co mogę zrobić? Co mogę zrobić, co mi pan radzi?". Iranek-Osmecki proponował, by wysłać łączniczkę do "Montera" z rozkazem odwołującym akcję.

— Mój Boże, już szósta. Już ponad godzinę temu, jak "Monter" stąd wyszedł. Dawno musiał już rozesłać rozkazy – stwierdził "Bór". Płk Józef Szostak, który w międzyczasie także zjawił się w lokalu, zawołał, że wydanie rozkazu bez porozumienia z innymi oficerami to "szaleństwo" i musi on być natychmiast odwołany. Tadeusz Bór-Komorowski odparł tylko: "za późno, nie możemy już nic poradzić".

Tymczasem "Monter" sporządził i rozesłał rozkaz dopiero godzinę później, o 19. Brzmiał on: "Alarm do rąk własnych Komendantom Obwodów. Dnia 31.7. godz. 19. Nakazuję »W« dnia 1.8. godzina 17". Wówczas faktycznie nie było już odwrotu.

Pierwsze starcia

Szturm na kluczowe obiekty w mieście, rozpoczęty o godz. 17, zakończył się w przeważającej części klęską. Powstańcy nie opanowali żadnego lotniska, mostu ani dworca. Nie powiodły się uderzenia na koszary policji, centrale telefoniczne, siedzibę gubernatora przy pl. Piłsudskiego i kompleks budynków w dzielnicy niemieckiej. Do dużych strat w polskich oddziałach doszło na Pradze, wobec czego akcja powstańcza w tej dzielnicy praktycznie się załamała.

Sukcesem było natomiast zdobycie elektrowni na Powiślu, co zapewniło Warszawie dostęp do prądu na nadchodzące tygodnie. Drugiego dnia walk powstańcy zajęli też gmach Poczty Głównej przy pl. Napoleona. Ogółem udało się zająć większość Śródmieścia i Stare Miasto, poza tym m.in. Wolę, Żoliborz, Mokotów, Czerniaków i Sadybę. Niemcy na parę dni zostali wyparci na obrzeża stolicy, nie licząc jedynie kilku odciętych od siebie punktów w centralnej części miasta.

Wielu świadków tych wydarzeń wspominało ogromną radość, jaka towarzyszyła rozgrywającym się dookoła wydarzeniom. Po pierwszych zwycięskich starciach na ulicach Warszawy ludzie zaczęli wywieszać polskie flagi w oknach, w górę zaczęły rosnąć barykady. Sąsiedzi padali sobie w ramiona.

"Słychać było strzały i ta radość, że się już zaczęło, że jesteśmy w wolnej Polsce" – opowiadała Elżbieta Redkowiak "Ela". "Ludzie zaczęli bić brawo, zaczęli się ściskać – entuzjazm. Coraz więcej ludzi się gromadziło. Pamiętam, że na trzecim piętrze w kamienicy ktoś powiesił Orła Białego. Naturalnie wszyscy zaczęli klaskać, był ogromny entuzjazm i radość. Rzucali się na szyję: »Jesteśmy w wolnej Polsce! Będzie dobrze«".

"Punktualnie o piątej pierwsze wybuchy granatów, strzały, bieganie walczących po ulicach. (...) Boże, w tej chwili płakać i śmiać chce mi się z radości. Z dala dochodzą krzyki: »Niech żyje, niech żyje« – nasi zdobyli coś – tak, słyszę, »czerwony dom«, siedzibę SA. Ludzie w bramach biją brawo ¡ krzyczą: »Niech żyje Polska!«. (...) Ulicą prowadzą kilkunastu niemieckich jeńców, ludzie znowu krzyczą z radości. Na prawo i lewo wybuchy granatów, wystrzały rewolwerowe, karabiny maszynowe, przyjechała nasza karetka pogotowia ratunkowego. Pożary od alei Niepodległości, gdzieś od strony kościoła Zbawiciela – na razie nie orientujemy się w sytuacji. (...) Noc. Deszcz pada, a walka nie ustaje. Przerywana strzelanina raz bliżej, raz znowu gdzieś daleko – i cisza. Podziemnymi przejściami z domu do domu chodzą oddziały pomocnicze. Właśnie jeden przeszedł przez nasze podwórko" — wspominała ten dzień mieszkanka Warszawy z ulicy Koszykowej.

Kłopoty powstańców

Dlaczego jednak powstańcy pierwszego dnia nie zrealizowali zakładanych celów i nie zajęli kluczowych dla powodzenia całej akcji obiektów? Przede wszystkim Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę, że powstanie może wybuchnąć i byli na to przygotowani. Trudno było powstrzymać krążące po mieście informacje i plotki, o działaniach Polaków donosili też agenci Gestapo. Niemiecki garnizon został więc postawiony w stan gotowości, żołnierze byli w pełni uzbrojeni, a przed najważniejszymi gmachami budowano umocnienia: rozkładano druty kolczaste, worki z piaskiem i stanowiska karabinów maszynowych.

Drugim powodem były problemy z przygotowaniem oddziałów powstańczych do ataku. Podziemie dysponowało jedynie ograniczoną liczbą broni krótkiej i granatami, a na jego niekorzyść działał też czas. Dowódcy, otrzymawszy rozkaz o godzinie "W", mieli niekiedy ledwie kilka godzin na opróżnienie skrytek z bronią i wyposażenie swoich ludzi. W wielu przypadkach się to nie udało. Ponieważ czasu było mało, duża liczba powstańców zwyczajnie nie zdołała też dotrzeć na koncentrację i oddziały szły do ataku w znacznie uszczuplonych składach. Poza tym powstańcy nie byli przygotowani taktycznie na atak w ciągu dnia, bowiem pierwotne plany Komendy Głównej AK zakładały uderzenie na Niemców nocą.

"Nasza kompania miała za zadanie zdobycie koszar żandarmerii. Ale gdy [major] Gawrych dowiedział się od płk. Radwana, że nie będzie przewidzianego przydziału broni, odmówił wykonania rozkazu. Zagrożono mu sądem wojennym, ale on powiedział, że sam gotów jest ponieść wszelką odpowiedzialność, ale nie będzie narażał podwładnych na oczywistą śmierć" — to słowa Wiesława Chrzanowskiego.

Pierwsze godziny walk skończyły się w wielu przypadkach ogromnymi stratami. Jan Ciechanowski pisał: "Punktualnie o 17 ruszyliśmy do natarcia, ale jak tylko znaleźliśmy się pod skarpą Ogrodu Frascati i Ogrodu Sejmowego, dostaliśmy się pod silny ogień niemieckich ciężkich karabinów maszynowych z trzech stron. Pod tym morderczym, krzyżowym ogniem nasze natarcie załamało się, a Niemcy zaczęli przechodzić do przeciwuderzenia, zorientowawszy się, że jesteśmy uzbrojeni głównie w broń krótką i granaty. W natarciu straciliśmy dziesięciu ludzi, w tym dowódcę. Dalszy napór Niemców powstrzymały wybuchy granatów, celnie rzucanych przez naszych chłopców. Niemcy zatrzymali się i zaczęli dobijać rannych, co pozwoliło nam oderwać się od nich i wycofać".

Jednym z najbardziej tragicznych epizodów 1 sierpnia 1944 r. był atak AK-owców na tor wyścigów konnych na Służewcu. "Nacierało się na taki betonowy mur, który otaczał Wyścigi. Nie było żadnego wyłomu, po prostu musieliśmy górą przechodzić przez ten mur i setki ludzi zginęło" – opowiadał po latach w Polskim Radiu Jerzy Borowski ps. "Bomba".

Eugeniusz Tyrajski "Sęk" dodawał: "Niemcy zepchnęli nas na treningowe pole wyścigowe, to była goła łąka. Ja, przestrzegając zasad szkolenia, czołgam się. Koledzy nerwowo nie wytrzymują, podskakują i za którymś razem dostają. Po prawej stronie jest mur, otaczający teren wyścigów. Niektórzy koledzy próbują przez niego jeden drugiego podsadzać i Niemcy ścinają ich z tego muru"..

Siły powstańców

W związku z problemami mobilizacyjnymi (niektórzy nie dotarli na miejsce zbiórek, inni z powodu braku komunikacji rozeszli się do domów) o godzinie "W" w Warszawie walki rozpoczęło ok. 25-30 tys. powstańców. Przy czym uzbrojonych było właściwie tylko 10 proc. Siły te z każdą chwilą rosły, ponieważ po wybuchu zrywu wciąż napływali ochotnicy.

Do powstania przyłączyły się oddziały pozostałych organizacji podziemnych, w tym Narodowych Sił Zbrojnych — według różnych szacunków od tysiąca do 3,5 tys. żołnierzy, Armii Ludowej i Związku Walki Młodych — do 800 osób, Korpusu Bezpieczeństwa — 600-700 żołnierzy i ok. pół tysiąca członków Polskiej Armii Ludowej. Historycy oceniają, że stan bojowy sił polskich przeciętnie w ciągu całego powstania wynosił od 25 tys. do 28 tys. żołnierzy.

Tymczasem w chwili wybuchu zrywu w skład garnizonu niemieckiego w Warszawie wchodziło ok. 15 tys. żołnierzy, w tym ok. 6 tys. żołnierzy Wehrmachtu, ponad 4 tys. członków różnych formacji SS i policji oraz blisko 3 tys. żołnierzy naziemnej obsługi lotnictwa plus żołnierze artylerii przeciwlotniczej i oddziały zadymiania mostów.

Siły niemieckie szybko zostały jednak wzmocnione jednostkami kierowanymi na front rosyjski. Hitlerowcy użyli do walk także znane z okrucieństwa jednostki Waffen SS, w tym m.in. Brygadę Szturmową SS "RONA" i składającą się z kryminalistów Brygadę Dirlewangera. Łącznie do walk z powstańcami skierowanych zostało blisko 50 tys. żołnierzy niemieckich.

Kłopoty z uzbrojeniem

Ogromne kłopoty powstańców dotyczyły uzbrojenia, a właściwie jego braku. Posługiwali się głównie bronią ręczną. Brakowało przede wszystkim efektywnej broni przeciwpancernej, a zamiast niej Polacy posługiwali się tzw. koktajlami Mołotowa, czyli butelkami z benzyną i niewielką liczbą granatników. I tak skromne zapasy broni i amunicji powstańców zostały jeszcze przetrzebione tuż przed wybuchem powstania. Wiosną 1944 r. niemieckie służby odkryły kilka powstańczych magazynów, rekwirując ich zawartość, a w związku z wyłączeniem Warszawy z akcji "Burza" do wschodnich okręgów AK wysłano prawie tysiąc pistoletów maszynowych z amunicją.

W związku z tym w chwili wybuchu zrywu w rękach powstańców znajdowało się ok. 4 tys. pistoletów, 2,6 tys. karabinów, ponad 600 pistoletów maszynowych oraz ponad 200 różnych karabinów maszynowych. Do tego nieliczne moździerze i granatniki, działka przeciwpancerne, miotacze ognia, materiały wybuchowe i ponad 44 tys. granatów. Amunicji mieli natomiast tylko na kilka dni. Braki w uzbrojeniu powstańcy starali się nadrabiać różnymi własnymi "wynalazkami", jak np. granaty — tzw. filipinki zrobione z puszek po środkach czystości, granatniki konstruowane z rur kanalizacyjnych czy katapulty z resorów samochodowych do rzucania butelek z benzyną.

Naprzeciw powstańcom stanęły doskonale uzbrojone i wyszkolone do walki jednostki niemieckie, wyposażone w broń ciężką, czołgi i pojazdy pancerne. Hitlerowcy mieli też wiele nowoczesnych rodzajów uzbrojenia, jak np. sześciolufowe moździerze rakietowe, działa samobieżne "Grille", moździerze oblężnicze "Karl" czy słynne zdalnie sterowane gąsienicowe miny samobieżne "Goliat". Ich działania wspierała artyleria, która miała do dyspozycji prawie 200 dział, a wsparcie z powietrza zapewniały samoloty niemieckiej 6. Floty Powietrznej bombardujące codziennie miasto. dróg ratunku.

Ostatnia droga ratunku

Kanały jako droga komunikacji były Niemcom znane, jednak sami nie decydowali się, aby tam zejść. Zamiast tego po prostu wrzucali do środka granaty, tamowali przepływy, co prowadziło do piętrzenia się wody i ścieków lub pozwalali powstańcom skończyć podróż, rozstrzeliwując ich tuż po wyjściu przez właz. Miejsca do wysadzenia typował okupacyjny niemiecki dyrektor wodociągów warszawskich Otto Ehlhardt.

Po raz pierwszy do ewakuacji użyto kanału znajdującego się na Ochocie. W poniedziałek 7 sierpnia 1944 r. grupa powstańców, która broniła "Reduty Wawelskiej", postanowiła przejść kanałem, jednak wejście do niego było pod ostrzałem Niemców. To spowodowało konieczność przekopania się do podziemnych przejść z piwnic od strony ul. Wawelskiej. Kilka dni później, 11 sierpnia, po kilku nieudanych próbach grupa 83 obrońców reduty wyszła włazem przy ul. Prokuratorskiej, a pokonanie tego kilometrowego odcinka kanału zajęło im ok. sześć godzin.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

W relacjach osób, które przetrwały przeprawę kanałami, dominują strach i niepewność — obawy, że nie znajdą drogi, zabłądzą, utopią się w ściekach, zostaną pogryzione przez szczury lub zabite przez Niemców. Tak pisał Edmund Baranowski "Jur", żołnierz batalionu "Miotła" ze Zgrupowania Radosław:

Smrodem w kanale nikt się nie przejmował. Prawie go nie zauważaliśmy. Miałem przed sobą »Basię«, a za sobą »Czesia«. Rozpoczął się wolny i trudny marsz do Śródmieścia. Szliśmy w ciemnościach, po omacku. Tylko przewodnik na przedzie miał latarkę. Trzymaliśmy się za pasy, aby się nie zgubić. Czasem przechodziliśmy przez ludzkie zwłoki. W kanale powinno być cicho, a wcale nie było. Uciszaliśmy się nawzajem. Jednak zachowanie milczenia było trudne. Bardzo źle znosił trudy wędrówki »Szatan«, który w pewnej chwili zaczął kląć jak marynarz. Zakneblowaliśmy mu usta apaszką, którą miała »Basia«.

Przeprawa kanałami była dla wielu powstańców i cywilów ostatnią drogą ratunku. Pięcioma głównymi trasami w obrębie Śródmieścia, Mokotowa, Żoliborza i Ochoty przeprawiło się kilka tysięcy osób. piosenki. Czytali gazety i słuchali radia. Pili alkohol i opowiadali kawały. Zakochiwali się. Żyli.

"Żołnierz kładł się i zasypiał"

Przywołajmy wspomnienia uczestników Powstania Warszawskiego. Ppor. Janusz Kazimierz Zawodny, ps. "Miś", dowódca plutonu AK:

"Pluton zawsze spał na podłodze razem. To znaczy w jednym rogu piwnicy czy pokoju [...]. Czas snu na Starówce wynosił [...] około 4 godzin na dobę. Początkowo dziewczęta spały przemieszane z chłopcami, dosłownie, gdziekolwiek było wolne miejsce — żołnierz kładł się i zasypiał. [...] W ciągu dwóch miesięcy nikt się do snu nie rozbierał. Dziewczęta zdejmowały buty, pantofle, chłopcy na mój rozkaz na Starówce spali w butach. Ale bieliznę zmienialiśmy bardzo często.

Jak była woda do mycia (dość rzadko), dziewczęta miały pierwszeństwo, później myśmy się myli, w tej samej wodzie, według że tak powiem "gotowości" i chęci. Za największy skarb, oprócz broni i amunicji uważana była szczoteczka do zębów i trochę pasty. [...] Dyskrecją godną podziwu było załatwianie potrzeb naturalnych. We wszystkich armiach świata, pod wpływem przeżyć i twardych warunków życia w walce, dochodzi do pewnego schamienia i otępienia w stosunkach między ludźmi. Tego w plutonie nie było. Wprost odwrotnie raczej, czym bardziej wyglądało, że zostaniemy pod gruzami Starówki, tym bardziej widziałem subtelne zwracanie uwagi na poszanowanie prywatności i godności osobistej".

"Osiem papierosów za czajnik wody"

Dostęp do wody był jednym z najpoważniejszych problemów powstańczej Warszawy. Zaczęło się po dwóch tygodniach walk, kiedy Niemcy zajęli Stację Wodociągów i Kanalizacji przy ul. Starynkiewicza 5, czym zamknęli stały dopływ wody dla prawie całego miasta.

Dodatkowo woda była niezbędna do gaszenia pożarów, którymi objęta była znaczna część stolicy, co prowadziło do jej reglamentacji. Woda była też konieczna do działania szpitali i punktów sanitarnych, kuchni i stołówek powstańczych oraz do zachowania higieny osobistej i dbania o czystość toalet i latryn.

Jak radzili sobie mieszkańcy Warszawy? Czerpali wodę sączącą się rur i źródeł artezyjskich. Na kolejnych osiedlach władze masowo zlecały kopanie studni. Czasami trzeba było ratować się deszczówką z rynien czy wprost z kałuż lub lejów po bombach. Zdarzały się przypadki, że po wodę ze studni stało się w kolejce po kilka godzin, skrajnie — nawet kilkanaście.

Pobór wody przez poszczególne grupy był usprawniony specjalnymi rozporządzeniami z wyznaczeniem godzin. Szpitale: 4-5 i 20-21.30, kuchnie: 5-6 i 15-16, wojsko: 6-7 i 21.30-23, ludność cywilna: 7-15 i 16-20. W niektórych rejonach swoje godziny mieli wyznaczeni mieszkańcy konkretnych domów. Dodatkowym utrudnieniem było ulokowanie ujęć wody na odkrytym terenie, co stanowiło łatwy cel dla niemieckich lotników.

Te wszystkie okoliczności w niektórych rejonach miasta wywołały zjawisko handlu wodą. Kubeł wody z dostarczeniem do mieszkania kosztował od 50 do 100 zł lub równowartość w żywności i alkoholu. W jednym z meldunków dla Rejonowej Delegatury Rządu czytamy: "przeciętna taksa wynosi osiem papierosów za czajnik".

Prasa powstańcza nawoływała do picia tylko przegotowanej wody, by uniknąć epidemii. W propagandowych hasłach wzywano też do racjonalnego gospodarowania wodą, by wystarczyła na jak najdłużej: "Żołnierz oszczędza amunicję — cywil wodę".

Zupa plujka

Po wybuchu powstania wydawało się, że jedzenia nie zabraknie. W większości oddziałów sanitariuszki, łączniczki, peżetki i kobiety z plutonu gospodarczego gotowały w kuchniach powstańczych lub bezpośrednio na placówkach. Najczęściej były to dania jednogarnkowe: zupy (krupnik, fasolowa, grochowa, pomidorowa, kartoflanka), kasze lub makaron — na początku z odrobiną mięsa, później najczęściej z sosem pomidorowym, marmoladą, cukrem, czy "na sucho". Kucharki smażyły placki, naleśniki czy podpłomyki. Cenne były przechwycone od Niemców jarzyny konserwowe, kompoty, czarny chleb lub owoce i warzywa z pobliskich ogródków działkowych. Najczęściej pite napoje to kawa zbożowa, herbaty ziołowe, woda z sokiem lub winem i alkohol, podczas powstania bardziej dostępny niż woda.

Każda dzielnica Warszawy miała swoją specyfikę, a dostępność produktów żywieniowych była uzależniona od zabudowy i rozlokowania magazynów. Jednak wspólne dla wszystkich dzielnic było dokarmianie powstańców przez ludność cywilną. Z zebranych produktów w wielkich kotłach na podwórkach gotowano żołnierzom przede wszystkim pożywne zupy. Kanapki, słodycze, owoce, herbatę na placówki przynosiły kobiety. Papierosy i alkohol dostarczali mężczyźni.

Im dłużej jednak trwało powstanie, tym problem z zaopatrzeniem stawał się coraz bardziej dramatyczny.

Warszawiacy w poszukiwaniu żywności penetrowali opuszczone kamienice i zakłady pracy. Dochodziło do przypadków skrajnego niedożywienia, które kończyły się śmiercią. Dotyczyło to szczególnie niemowląt, których matki przez ogromny stres straciły pokarm.

W pewnym stopniu problem żywnościowy udawało się rozwiązywać dzięki współpracy różnych ogniw: władz cywilnych i wojskowych, różnych instytucji opiekuńczych i samopomocy mieszkańców oraz właścicieli sklepów i magazynów. Zdarzały się przypadki, kiedy powstańcy i cywile przez cały dzień zjadali jedynie kilka kostek cukru, parę łyżek marmolady czy kilkadziesiąt pestek słonecznika dzielonego między kilka osób.

We wszystkich dzielnicach jadło się tzw. zupę-pluj, zwaną plujką, plują czy też pluj-kaszą. Gotowana była na słodko lub słono z nieoczyszczonych mielonych ziaren pszenicy, owsa czy jęczmienia.

Miłość

"Epidemia miłości", która wybuchła podczas Powstania Warszawskiego, to określenie, które w ostatnich latach pada coraz częściej i nie jest to przekłamanie. Młodzi powstańcy cenili każdą chwilę swojego życia. Sympatie i flirty były na porządku dziennym. Wiele par pobierało się, a podczas tych 63 dni odbyło się ponad 200 ślubów. Śluby zawierali przeważnie młodzi powstańcy: żołnierz z łączniczką lub sanitariuszką, harcerze z zaprzyjaźnionych drużyn, lekarze lub medycy z jednego szpitala. Najczęściej para wywodziła się z jednego oddziału.

"Nie należy wyobrażać sobie powstania jako pasma bezustannych czynów bohaterskich czy czynów w ogóle. Walki toczyły się oczywiście nieustannie, ale ludzie są tylko ludźmi, musieli odpoczywać, od czasu do czasu musieli też myśleć o innych sprawach. Myśleli również o miłości, więcej, myśleli o utrwalaniu miłości. O tym, żeby były na niej pieczęć, sakrament, signum trwałości. U mnie w plutonie była para narzeczonych, podchorąży "Jastrzębiec" i łączniczka "Halina". Już przed powstaniem, jak to się w Warszawie mówi, "chodzili ze sobą", a w czasie powstania, rozdzieleni, jednak znajdowali te ułamki chwil, żeby od czasu do czasu się ze sobą widywać" — tak opisał tę uroczystości zaślubin pchor. Mieczysław Kurzyna ps. "Miecz" z batalionu "Czata 49". Para pobrała się w katedrze 15 sierpnia w wieczorem, kiedy ostrzał był nieco mniejszy. — Dwudziestego trzeciego młode małżeństwo zostało zasypane na ul. Miodowej w czasie nalotu sztukasów — odnotował podchorąży.

Pobierali się też cywile, jednak były to rzadsze przypadki. Ceremonia zaślubin była skromna, ale uroczysta, ze względu na wyjątkowość chwili. Panna młoda najczęściej zakładała białą bluzkę i granatową spódnicę, jej małżonek odziewał mundur. Przestrzegano zasady, by posiadać coś nowego i pożyczonego. Jeśli nie było akcji powstańczej, rodzina, przyjaciele lub żołnierze z oddziału urządzali skromne przyjęcie w mieszkaniach prywatnych, gospodach, świetlicach żołnierskich, na kwaterach czy stołówkach powstańczych.

Serwowano wówczas jedno lub dwa "dania" w poczęstunku: kanapki z konserwą mięsną, befsztyki z koniny, sardynki, biszkopty, potrawkę z królika, sałatkę jarzynowa, śledzie, pomidory czy symboliczną ilość czarnej kawy. Najłatwiej było zdobyć alkohol: wino, wódkę, czasami nawet szampana. W prezencie ślubnym małżonkowie dostawali najczęściej żywność, ale też inne podarki: kolorowe i pachnące mydełka, klisze do aparatu, paczkę naboi do pistoletu, tuzin chusteczek do nosa, skarpety, broń, osobny pokój w kwaterze lub cały następny dzień wolny. Często przyjęcia przerywało bombardowanie, wybuchy pocisków lub rozkaz ewakuacji kanałami.

"Adolfku, nie udawaj Greka, bo i ciebie to czeka!"

W Powstaniu Warszawskim humor, śmiech i szczęście każdego dnia przeplatały się z chwilami pełnymi tragedii ludzkich, smutku, rozpaczy i łez. By zapewnić walczącym powstańcom tak bardzo potrzebny wtedy uśmiech, odprężenie i rozluźnienie, dość często 80 lat temu organizowane były w Warszawie różne koncerty, akademie czy wieczornice. Drugi cel tych spotkań to oczywiście miejsce na najróżniejsze formy propagandowe. Powstańcy oglądali skecze, słuchali humorystycznych piosenek i wierszyków, które zabawnie i złośliwie opisywały współtowarzyszy walki czy wydarzenia w oddziale. Zdarzały się miniodsłony kabaretu czy parodie przemówień Hitlera i Churchilla.

"Pomagał nam humor. [...] w czasie powstania, czekając w długiej kolejce po wodę, siadaliśmy na grobach — bo wszędzie były groby — i opowiadaliśmy dowcipy. W sytuacji zagrożenia człowiek po prostu broni się, by nie oszaleć" — w jednym z wywiadów mówiła potem aktorka Danuta Szaflarska ps. "Młynarzówna".

Powstańcy żartowali ze wszystkiego: z walki, wojska, służby, z kolegów, z polityki, władz, dowódców, z ludności cywilnej, z propagandy, z życia codziennego czy z pobytu w szpitalu.

Żarty wyrażały też pogardę do śmierci i były bronią przeciw zwątpieniu, drwiły z lęku i słabości. Artysta plastyk Jan Marcin Szacner lata po wojnie przytoczył charakterystyczny dla powstania kawał: "Jest nalot. Na dachu siedzą dwaj chłopcy, jeden z nich mówi: Felek, przestrasz mnie, bo mam czkawkę".

Inny popularny kawał: "Mówił Hitler do Mussoliniego: Hallo, Benito! Słyszałem, że ci mordę obito? A Benito do Hitlera: — Adolfku, nie udawaj Greka, bo i ciebie to czeka!".

Seans filmowy

Niezwykle ważnym, wyczekiwanym, stałym i nieodłącznym elementem życia mieszkańców Warszawy były powstańcze media. Jednym z podstawowych narzędzi działania Biura Informacji i Propagandy oraz Delegatury Rządu na Kraj były Stacja Nadawcza Armii Krajowej "Błyskawica", Polskie Radio i działająca przez krótki czas i tylko na Żoliborzu "Syrena". Codzienne audycje dostarczały informacji, także propagandowych, dawały wytchnienie, odpoczynek i relaks. W PR, jak na scenie, ścierały się różne obozy polityczne.

Kino również odegrało istotną rolę. Pierwszy oficjalny pokaz kroniki filmowej z wydarzeń powstańczych, odbył się 15 sierpnia 1944 r. w kinie "Palladium" na ok. 1 tys. miejsc. Kolejne — 21 sierpnia i 2 września. Następny odcinek był już gotowy, ale zabrakło prądu w Śródmieściu i zbiegło się to z ostrzelaniem okolicy. Bezpłatne bilety, numerowane, z napisem "Seans filmowy" i pieczątką Komendy Sił Zbrojnych trafiały do oddziałów powstańców w Śródmieściu i na Powiślu na dwie, trzy godziny przed projekcją. Seanse filmowe ruszały po zmroku i wszystkie były szeroko opisywane w prasie powstańczej.

Stworzenie i wyświetlanie kronik powstańczych w trakcie trwania walk było ewenementem na skalę światową, niespotykanym dotąd w dziejach żadnej kinematografii. Łącznie powstało 6,6 tys. m taśmy filmu dokumentalnego z Powstania Warszawskiego.

Wolne słowo przekazywane przez różnorodną, niecenzurowaną prasę, w powstańczej Warszawie nabrało jeszcze większego znaczenia, a wiadomości spragnieni byli wszyscy. Czasami dzienniki z informacjami ze świata, Polski i samej Warszawy wyrywano sobie z rąk. Dla funkcjonowania prasy powstańczej niezbędne było uruchomienie sieci drukarń.

W czasie Powstania Warszawskiego ukazało się 150-180 tytułów prasy powstańczej wydanych przez ugrupowania polityczne, wojsko i jego poszczególne oddziały, komendantów dzielnic, lokalnych propagandzistów z BIP, drużyny harcerskie, społeczników i osoby prywatne. Część z nich była ilustrowana przez Fotograficznych Sprawozdawców Wojennych. Normą były też apele o papier, kalki, a nawet sprzęt do nasłuchu radiowego.

"Warszawa ma być zrównana z ziemią"

Już rok po wybuchu wojny Adolf Hitler stanowczo sprzeciwiał się jakiejkolwiek odbudowie miasta. Na gruzach Warszawy miało powstać "nowe niemieckie miasto Warszawa" (niem. Die neue Deutsche Stadt Warschau), a przynajmniej takie były założenia tzw. Planu Pabsta. Według niego miasto miało liczyć ok. 130 tys. osób. Niemcy mieliby wówczas mieszkać po lewej stronie Wisły. Po prawej zaś powstałoby niewielkie osiedle dla Polaków, którzy usługiwaliby Niemcom.

Z biegiem czasu III Rzesza ponosiła coraz to bardziej dotkliwe klęski na wojennych frontach, przez co plan stworzenia Die neue Deutsche Stadt Warschau odchodził powoli w niepamięć. I to właśnie wybuch Powstania Warszawskiego miał być idealną okazją dla nazistów do rozwiązania "polskiego problemu" poprzez zniszczenie stolicy Polski.

Już podczas narady, która odbyła się 1 lub 2 sierpnia 1944 r., Hitler wydał ustny rozkaz zrównania Warszawy z ziemią i wymordowania wszystkich jej mieszkańców. "Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy" — tak według generała SS Ericha von dem Bacha-Zelewskiego miał brzmieć rozkaz Adolfa Hitlera po wybuchu Powstania Warszawskiego.

Warszawiacy ginęli na ulicach. Naziści dokonywali grabieży i gwałtów. Z zimną krwią zabijali bezbronnych cywilów, którzy nie byli w żaden sposób uzbrojeni i nie uczestniczyli w walkach.

Naziści w walce z warszawskimi powstańcami używali ciężkiej artylerii, dokonywano też ataków lotniczych, co doprowadziło do olbrzymich zniszczeń w mieście.

W drugim miesiącu powstania Niemcy siali zniszczenie na terenie prawobrzeżnej Warszawy. Wycofując się z Pragi wysadzili wszystkie mosty na Wiśle. Zniszczyli też wszystkie praskie dworce kolejowe.

Wielu zniszczeń w żaden sposób nie można było wytłumaczyć tzw. koniecznością wojenną. Niemcy niszczyli wszystko, co polskie, historyczne i patriotyczne. W ten sposób został wysadzony Zamek Królewski. Sam rozkaz zniszczenia symbolu Warszawy Hitler wydał już na początku wojny, dlatego w 1940 r. saperzy przygotowali otwory na dynamit w ścianach wszystkich pokojów na parterze oraz we wszystkich filarach. Jednak od detonacji odstąpiono z obawy przed zniszczeniem pobliskiego mostu Kierbedzia. W 1944 r. Niemcy już nie mieli oporów i wysadzili zamek.

Nic ich nie powstrzymało też przez obaleniem Kolumny Zygmunta III Wazy. Na szczęście sam posąg upadł w taki sposób, że nie był znacznie uszkodzony, a dzięki szybkiej akcji Polaków pomnik króla, który przeniósł stolicę z Krakowa do Warszawy, został przewieziony na saniach do pobliskiego kościoła św. Anny i przetrwał wojnę.

Niemcy już w pierwszych dniach rozmyślnie spalili Mariensztat u podnóża Starego Miasta. Z pieczołowitością niszczyli też polskie biblioteki. W ten sposób we wrześniu 1944 r. spłonęła Biblioteka Ordynacji Zamojskiej przy ul. Senatorskiej. Podobny los spotkał Archiwum Główne, Archiwum Akt Dawnych oraz Archiwum Skarbowe. Zniszczeniu uległo od 80 proc. do 100 proc. przechowywanych dokumentów.

Kolejnym elementem niszczenia Warszawy była masowa grabież mienia prywatnego mieszkańców zarówno w trakcie, jak i po zakończeniu powstania. Ci, którym udało się przeżyć, byli wysyłani do obozu przejściowego w Pruszkowie. Mogli wziąć ze sobą tyle, ile udźwignęli. Ich domy i mieszkania przejmowali Niemcy, zabierali co lepsze towary i wywozili do swojego kraju. Ograbione doszczętnie mieszkania podpalano, a nad miastem tygodniami unosił się gęsty dym. Niemcy często wracali na pogorzelisko i wzniecali ogień ponownie, aby już nic nie zostało.

— Wiadomo mi, że Niemcy już po upadku powstania, i to aż do momentu opuszczenia Warszawy, rozmyślnie podpalali domy, które z powstania wyszły cało. Sam tego nie widziałem, jednak ponieważ ludności cywilnej polskiej w tym czasie w Warszawie nie było, a na mieście stale niemal były nowe pożary, więc uważam, że nikt inny tego nie mógł robić jak Niemcy — zeznawał przed okręgową Komisją Badania Zbrodni Niemieckich w Warszawie właściciel sklepu Kazimierz Gryglaszewski, który przeżył powstanie.

— Widziałem, jak w okresie około Bożego Narodzenia, w czasie, gdy palił się Zamek Królewski, Niemcy fotografowali ten pożar. W Warszawie, prócz wojsk, które miały przydziały do linii obronnych, były również i oddziały niebiorące udziału w walkach obronnych i to one moim zdaniem dokonywały podpaleń — stwierdził.

 i zdziczałej fantazji.

Rzeź na Woli

Od środy 2 sierpnia do piątku 4 sierpnia pododdziały Dywizji Pancernej "Hermann Göring" i 608. pułku bezpieczeństwa wkroczyły na Wolę. Od godzin porannych zaczęli wypędzać ludzi z mieszkań, nie zważając na starszych, kobiety w ciąży i niemowlęta. Do piwnic wrzucali granaty, a wychodzących z kamienic od razu rozstrzeliwali.

Rzez Woli

Koszmar, który rozegrał się w sierpniu na Woli, opisuje Tadeusz Klimaszewski w książce "Verbrennungskommando Warschau", przywołując obraz z okolic zajezdni na Wolskiej oraz z ogrodu dawnego pałacyku Biernackich.

Musiała to być grupa uchodźców. Świadczyły o tym ubrania pomordowanych, pozakładane palta, płaszcze i rozrzucone wokół tobołki, paczki, walizki. Tu przeważały kobiety i dzieci. Drobne dzieci i niemowlęta spoczywały jeszcze w zaciśniętych skurczem objęciach matek, starsze leżały w pobliżu, trzymając jeszcze w rękach poły ich ubrania. Pośrodku tej grupy jak upiorny symbol leżał starszy siwy człowiek. Ręka wysunięta daleko do przodu zaciskała kij, oparty na pobliskich zwłokach, na końcu którego powiewała biała flaga.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Edward Pawlak "Zbożyn" o masowych zbrodniach Niemców

Mordy przybrały na sile 4 sierpnia, gdy w dzielnicy pojawiły się siły Reinefartha i kryminaliści z oddziału Dirlewangera. To zwiastowało najgorsze. Już następnego dnia rozpoczęły się pacyfikacje, które przekroczyły swoją brutalnością wszystko, co do tej pory znane było walczącej Warszawie. 5 sierpnia przeszedł do historii jako "czarna sobota", kiedy z rąk Niemców zginęło ok. 45 tys. mieszkańców Woli. Była to największa pojedyncza masakra w całej historii Polski, której towarzyszyły liczne gwałty i grabieże.

W dniach 6-7 sierpnia ludzie Reinefartha i Dirlewangera zamordowali jeszcze około 14 tys. mieszkańców Woli i Śródmieścia Północnego. W następnych dniach, choć skala mordów zmalała, to wciąż miały one miejsce. Łącznie szacuje się, że w rzezi Woli zginęło około 65 tys. osób.. Uważał on, że tego rodzaju operacje są niewykonalne.

Zrzuty

4 sierpnia brytyjski premier Winston Churchill w depeszy skierowanej do Józefa Stalina, poinformował go, że alianckie lotnictwo w najbliższym czasie dostarczy powstańcom około 60 ton zaopatrzenia bojowego. Dodał także, że powstańcy proszą o pomoc rosyjską. Następnego dnia przywódca ZSRR odpowiedział brytyjskiemu politykowi. "Zakomunikowane Panu przez Polaków informacje są bardzo przesadzone i nie budzą zaufania (…) Armia Krajowa Polaków składa się z kilku oddziałów, które niesłusznie nazywają siebie dywizjami. Nie mają one ani artylerii, ani lotnictwa, ani czołgów. Nie wyobrażam sobie, jak takie oddziały mogą zdobyć Warszawę, której bronią cztery pancerne dywizje niemieckie" — napisał Stalin.

Rosyjski dyktator nie zgodził się nawet na to, aby alianci lądowali na sowieckich lotniskach w celu uzupełnienia paliwa czy wykonania napraw samolotów.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Tadeusz Borzęcki "Czesław" o zrzutach aliantów

Tym niemniej pierwsze samoloty z brytyjską pomocą dla walczącej Warszawy wystartowały w nocy z 4 na 5 sierpnia. Misja lotników była ekstremalnie niebezpieczna. Musieli oni lecie nad terenami opanowanymi w większości przez wroga. Maszyny startowały z Campo Casale koło Brindisi w południowych Włoszech i leciały nad Adriatykiem, a następnie nad okupowanymi Albanią, Jugosławią, Węgrami i Czechosłowacją. Nad Polskę wlatywały od południa.

Na samym początku za sterami maszyn siedzieli polscy lotnicy. Dopiero po kilku udanych misjach marszałek Slessor zgodził się na udział załóg innych narodowości. Nad Warszawę głównie przylatywało bombowce o największym zasięgu, czyli Handley Page Halifax i Consolidated B-24 Liberator.

Największa operacja, o kryptonimie "Frantic VII", miała miejsce 18 września. Wówczas pomiędzy godz. 5.55 a 6.20 z lotnisk południowo-wschodniej Anglii wystartowało 110 bombowców Boeing B-17 Flying Fortress ("latająca forteca"). Należały do amerykańskiej 8 Armii Powietrznej. Po drodze kilka uległo awarii, a kilka zostało zestrzelonych przez wroga. Finalnie nad Warszawę doleciało 101 potężnych maszyn. Pilnie ostrzeliwane przez nieprzyjaciela dokonały ogromnego zrzutu nad Śródmieściem, Żoliborzem i Mokotowem. W zasobnikach przymocowanych do spadochronów zrzucono broń, amunicję, materiały wybuchowe, żywność i leki. Powstańcom nie sprzyjał jednak wiatr. Ku ich rozczarowaniu zdecydowana większość ładunków spadła na tereny zajęte przez Niemców. Tylko 25 proc. zasobników trafiła w ręce Polaków.

Tak ten dzień wspominał starszy strzelec Mieczysław Cielecki "Wiatr". — To było 18 września. To był ten dzień, kiedy był ten przylot stu kilkunastu amerykańskich samolotów. Amerykańskich, brytyjskich, w towarzystwie myśliwców, i te zrzuty dla nas — pomoc na spadochronach. To był wściekły ogień artylerii przeciwlotniczej niemieckiej, ale one leciały tak wysoko, że ogień nawet wtedy nie dosięgał. Wtedy nie zestrzelono żadnego. Zrzucali na spadochronach te zasobniki. Radość była niesamowita wszędzie. Gdzieniegdzie myślano, że to jest ten desant polskich spadochroniarzy. To nie byli spadochroniarze, tylko to były zasobniki z magazynami, w torbach takich była broń, amunicja, pistolety. Nawet przeciwczołgowa broń też była, żywności trochę było, środków opatrunkowych też – mówił po latach.

Ostatni samolot z pomocą pojawił się na warszawskim niebie 18 września. W sumie nad miastem zrzucono kilkaset zasobników o wadze ok 200 ton z ponad 300 samolotów alianckich. Powstańcy przejęli od 60 do 90 ton. Cała operacja wsparcia powstańców była bardzo kosztowna. Zestrzelono ponad 30 maszyn, a śmierć poniosło ponad 200 lotników.

"Sojusznicy naszych sojuszników"

Sowiecki dyktator nie chciał i do niczego nie potrzebował istnienia państwa polskiego, nie miał więc zamiaru respektować tego, że istnieje na tym terenie podziemna władza i jej zbrojne ramię. Pod koniec lipca 1944 r. powołał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który zaczął występować jako organ mający przejąć władzę nad Wisłą, choć przecież w Londynie przez cały czas działał legalny rząd niepodległej Rzeczypospolitej. Czerwonoarmiści bez skrupułów aresztowali żołnierzy i oficerów AK, którzy ujawniali się, by prowadzić wspólną walkę przeciw Niemcom.

Armia Krajowa traktowała Sowietów z rezerwą, jako "sojuszników naszych sojuszników", ale — mimo otwarcie wrogich zamiarów Stalina — dowódcy AK uznali, że nacierająca Armia Czerwona wspomoże powstańców w ich dziele wyzwolenia Warszawy z rąk Niemców. Ich zdaniem samo podjęcie akcji zbrojnej przyczynić miało się też do uratowania Polski przed nadchodzącą sowietyzacją. Okazało się to ułudą. Stalin widział w wybuchu powstania wyłącznie szansę, by niemieckimi rękami doprowadzić do wyniszczenia znienawidzonej AK i polskich elit, których Warszawa była głównym ośrodkiem. Stąd też polskojęzyczna, komunistyczna Radiostacja Kościuszko perfidnie nawoływała warszawiaków, by uderzyli na Niemców i pomogli czerwonoarmistom w przeprawie przez Wisłę.

Oczywiście gdy do zrywu już doszło, Armia Czerwona wcale nie pojawiła się w mieście. Wprawdzie na skutek niemieckiego kontruderzenia sowiecka ofensywa pod Warszawą uległa pewnemu wyhamowaniu, ale przewaga w ludziach i sprzęcie cały czas była po stronie wojsk Stalina i pomimo istniejących możliwości, próby wdarcia do miasta nie podjęto przez cały sierpień i pierwszą połowę września.

"Niewątpliwie sił i środków na operację frontową miał [Stalin] pod dostatkiem. Ale i tym razem zwyciężyły względy polityczne. (...) Postanowił – można przypuszczać – z zimną krwią obserwować zagładę powstania, udzielając mu pomocy w niewielkich, ściśle kontrolowanych dawkach, aby jedynie przedłużyć jego agonię i stwarzać pozory przed sojusznikami" — oceniał rosyjski historyk prof. Nikołaj Iwanow.

Warszawa walczyła więc osamotniona, wykrwawiając się w oczekiwaniu, że jeden wróg Polski przybędzie, by pokonać drugiego wroga. Tragiczny nastrój tych dni oddał powstaniec Józef Szczepański. 29 sierpnia, niedługo przed śmiercią, napisał słynny wiersz zaczynający się od słów:

Czekamy ciebie, czerwona zarazo,

Byś wybawiła nas od czarnej śmierci,

Byś kraj nam przedtem rozdarłszy na ćwierci

Była zbawieniem witanym z odrazą.

Zgodnie z taktyką "przedłużania agonii" powstania 13 września 1944 r. — gdy sytuacja Warszawy była coraz gorsza — Armia Czerwona wdarła się na Pragę i zajęła prawobrzeżną część stolicy. Stalin, chcąc sprawić wrażenie, że powstańcom lada moment zostanie wysłane wsparcie, wykorzystał do tego celu berlingowców. Byli to żołnierze tzw. 1 Armii Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga. Armia ta została wprawdzie sformowana z Polaków zesłanych do ZSRR — którzy tylko w ten sposób mieli możliwość powrócić do ojczyzny — de facto jednak podporządkowana była Armii Czerwonej, a za jej powstanie odpowiadali polscy komuniści.

Gdy Praga została opanowana przez Sowietów, w kolejnych dniach berlingowcy zaczęli przeprawiać się przez Wisłę w celu opanowania przyczółków w lewobrzeżnej Warszawie i podjęcia wspólnej walki z powstańcami przeciwko Niemcom. Do desantu zostały skierowane jednak jedynie niewielkie pododdziały 1 Armii WP (ok. 4 tys. żołnierzy). Przepłynęły one Wisłę i wylądowały na Żoliborzu, Powiślu i Czerniakowie, przy czym tylko w tym ostatnim miejscu berlingowcy zdołali połączyć się z oddziałami AK (było to 16 września).

Sytuacja berlingowców w Warszawie była dramatyczna. Przeprawa przez Wisłę pod ogniem nieprzyjaciela, bez zapewnionego wsparcia artyleryjskiego i lotniczego ze strony Sowietów, a także późniejsze walki w samym mieście, zbierały krwawe żniwo.

"Zająłem więc miejsce ze swym plutonem i cekaemami w jednym z pontonów. (...) Po chwili wiosła poszły w ruch i popłynęliśmy, nic przed sobą nie widząc, bo Wisła była zadymiona. Ponton co pewien czas wchodził na mieliznę i wtedy wskakiwaliśmy do wody, by go przeciągnąć. Wszystko to odbywało się pod silnym ogniem niemieckiej broni maszynowej, moździerzy i artylerii. Niemcy widząc zadymiony odcinek, byli pewni, że coś się tam dzieje i pokryli go silnym ogniem. W wyniku tego ognia już przy wsiadaniu były straty. Został zabity szef kompanii (...). W tym piekle rozrywających się pocisków nawet nie wiem, która mogła być godzina, gdy ponton dotarł do drugiego brzegu. Z batalionu na tym brzegu pozostało nas około stu. Już po wylądowaniu kilku żołnierzy zostało zabitych" — relacjonował żołnierz 1 Armii Adam Czyżowski.

We wspomnieniach powstańców żołnierze Berlinga zapisali się jako słabo wyszkoleni, nieznający taktyki walki w mieście.

"Jesteśmy pod ostrzałem. Berlingowcy są przerażeni. Są to chłopi (...). Dostają broń, z której nie umieją strzelać. Nie byli nigdy w żadnym wielkim mieście, a cóż dopiero w zgruzowanym, walczącym mieście Warszawa. Chowają się po rozmaitych dziurach, siedzą wzdłuż murów w piwnicach, płaczą, modlą się, przeklinają" — wspominała łączniczka i sanitariuszka batalionu "Zośka" Halina Martin w filmie dokumentalnym wyprodukowanym dla Discovery.

Zacięte walki na Czerniakowie trwały w kolejnych dniach, ale niemiecka przewaga była zbyt wielka. AK-owcy i berlingowcy musieli zacząć się wycofywać, w efekcie czego 22 września w rękach powstańców znajdowały się już tylko dwa domy przy ul. Wilanowskiej 1 i Solec 53, a także ok. 200 metrów wybrzeża. Jedynym sposobem na zachowanie życia była ucieczka. Części żołnierzy udało się przeprawić wpław na prawy brzeg Wisły, mała grupka przebiła się do wciąż opanowanego przez powstańców Śródmieścia. Wielu innych zginęło lub dostało się do niemieckiej niewoli. Łączne straty wśród żołnierzy Berlinga to ok. 3,5 tys. ludzi. Na prawy brzeg Wisły zdołało wrócić ok. 400.

Sowieci nie podjęli więcej prób pomocy upadającej Warszawie. Armia Czerwona wraz z 1 Armią Wojska Polskiego weszły do ruin miasta dopiero 17 stycznia 1945 r.

Eksodus warszawiaków

Dokument kapitulacyjny podpisano 2 października w Ożarowie Mazowieckim. Tam mieściła się kwatera SS-Obergrupenführera Ericha von dem Bacha-Zelewskiego. Akt nosił nazwę "Układu o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie". O godz. 21 czasu polskiego ustały działania wojenne w stolicy.

Niemcy zgodzili się w nim uznać prawa kombatanckie żołnierzy AK oraz nie stosować odpowiedzialności zbiorowej wobec ludności cywilnej. Mieszkańcy Warszawy mieli zostać wysiedleni, zachowując przy tym prawo zabrania majątku ruchomego, kosztowności, dóbr kultury itp. Niemcy zobowiązali się także oszczędzić pozostałe w mieście mienie publiczne i prywatne, ze szczególnym uwzględnieniem obiektów o dużej wartości historycznej, kulturalnej lub duchowej. Sami żołnierze AK po poddaniu się nazistom mieli trafić do obozów jenieckich na terenie III Rzeszy.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Lech Antoni Hałko "Cyganiewicz": Niemcy stali i śmiali się z nas

Kapitulację ze strony polskiej podpisali pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki i podpułkownik Zygmunt Dobrowolski, którzy mieli do tego umocowanie "Bora" Komorowskiego. Sam dowódca powstania z von dem Bachem spotkał się dopiero 4 października, również w siedzibie niemieckiego zbrodniarza w Ożarowie. Po nim wrócił do Warszawy, gdzie dzień później dokonał jeszcze przeglądu części akowskich oddziałów i wraz z nimi ostatecznie poddał się Niemcom.

Żołnierze, zgodnie z układem, wśród szyderstw i szykan trafili do obozów jenieckich. Dramatyczny los spotkał też ocalałą ludność stolicy. Warszawiacy przeszli przez obóz przejściowy w Pruszkowie, gdzie naziści dokonywali selekcji. Część kobiet i mężczyzn trafiła na roboty do Niemiec, a część została rozmieszczona m.in. w Radomiu, Częstochowie czy Krakowie.

"Kamień na kamieniu nie powinien pozostać"

Już 9 października w Prusach Wschodnich odbyła się konferencja na temat przyszłości Warszawy i to tam Heinrich Himmler wydał rozkaz całkowitego zniszczenia miasta. "Miasto ma całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi i służyć jedynie jako punkt przeładunkowy dla transportu Wehrmachtu. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać. Wszystkie budynki należy zburzyć aż do fundamentów" — miał powiedzieć Himmler.

Kilka dni później gubernator dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer w notatce służbowej pisał, że "Warszawę należy jeszcze w ciągu wojny zrównać z ziemią". To był początek trwającej trzy i pół miesiąca akcji dobijania Warszawy, którą przerwała sowiecka ofensywa na początku 1945 r.

Niemcy zniszczyli wtedy obiekty użyteczności publicznej — zakłady przemysłowe, elektrownie, tabory kolejowe. W ten sposób zrujnowano elektrownię na Powiślu, Stację Filtrów czy Stację Pomp Rzecznych. Wszystko po to, by uniemożliwić życie w mieście. Przez zrównanie z ziemią Dworca Głównego i Dworca Pocztowego (na rogu ulic Żelaznej i Chmielnej), zablokowano całkowicie kolej średnicową. Zniszczono lotnisko na Okęciu, a tramwaje i autobusy wywieziono do Niemiec.

Równali z ziemią zabytki, kościoły, pomniki, muzea i biblioteki. Z czego najbardziej spektakularne było wysadzenie w powietrze Pałacu Saskiego w grudniu 1944 r., który podczas powstania pozostawał w rękach niemieckich. Po wysadzeniu reprezentacyjny budynek zamienił się w kupę gruzu, ostała się tylko monumentalna kolumnada nad Grobem Nieznanego Żołnierza. Dlatego tę część wysadzono ponownie następnego dnia, wtedy zapadło się sklepienie arkad, a płyta nagrobna została przysypana gruzem.

Niemcy wysadzili też sąsiadujący z Pałacem Saskim Pałac Brühla, a także pobliski pomnik księcia Józefa Poniatowskiego. Jego replika stoi obecnie przed Pałacem Prezydenckim przy Krakowskim Przedmieściu.

Jeszcze w październiku doszczętnie spalono Gmach Biblioteki Ordynacji Krasińskich, w której znajdowały się starodruki i największy w Polsce zbiór rękopisów o ogromnym znaczeniu historycznym. Z kolei w styczniu 1945 r. ogień strawił bibliotekę przy ulicy Koszykowej.

Część budynków naziści jedynie przygotowali do wysadzenia, lecz nie zdążyli tego zrobić przed nadejściem ze wschodu Armii Czerwonej. W ten sposób ocalały Belweder, Pałac Łazienkowski, Pałac Pod Blachą, ruiny Opery oraz kościoły oo. Bernardynów, Karmelitów i sióstr Wizytek na Krakowskim Przedmieściu. Jednak Niemcy dokonali znacznych dewastacji w tych zabytkach. Według przekazów Belweder został tak ograbiony, że nawet zdejmowano tapety ze ścian.

Wiadomo też o zniszczeniu 22 ze wszystkich 31 warszawskich pomników. Jak podaje Muzeum Powstania Warszawskiego, spośród 957 obiektów wpisanych do rejestru zabytków aż 782 uległy całkowitemu zniszczeniu, a 141 zostało znacznie uszkodzonych. Jedynie 34 zabytki przetrwały we względnie dobrym stanie.

Widzieli na własne oczy

Wiedzę o tym, co Niemcy zrobili w Warszawie, niosą zapisy zeznań świadków złożone przed Najwyższym Trybunałem Wojskowym już po zakończeniu wojny. Jednym z nich był architekt Roman Piotrowski, późniejszy wiceprezydent Warszawy i komisarz ds. odbudowy miasta przy Ministrze Odbudowy. Zeznawał on w sprawie przeciwko Ludwigowi Fischerowi, Ludwigowi Leistowi, Josefowi Meisingerowi i Maksowi Daumemu oskarżonym o zbrodnie wojenne.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Ryszard Piotrowski "Piorun" o upadku powstania

— Wyrok na Warszawę został wydany przez Niemców już niemal w chwili jej zajęcia — mówił. — Z całą premedytacją, uporem i nakładem ogromnego wysiłku niszczono dzielnicę po dzielnicy, dom po domu, niemal izbę po izbie — zeznawał.

— Przytłaczająca większość zniszczeń nie powstała w ogniu walk, nie była podyktowana koniecznością pozbawienia przeciwnika miejsc oporu, lecz była wynikiem spokojnej, metodycznej pracy organizacyjnej, dokonywanej przez władze cywilne na mieście bezbronnym i bezludnym — mówił dalej architekt, który przeżył wojnę.

Od początku wojny w 1939 r. do końca powstania Niemcy zniszczyli około 85 proc. zabudowy Warszawy. Z kolei w trakcie samego powstania śmierć poniosło około 18 tys. powstańców, 3,5 tys. żołnierzy 1 Armii WP oraz około 180 tys. cywilów, z których blisko połowa zginęła na skutek masowych mordów dokonywanych przez oddziały SS, Wehrmachtu i niemieckiej policji.

Autorzy: Piotr Gruszka, Weronika Waldon, Martyna Bielska, Tomasz Mateusiak, Przemysław Mosur-Darowski, Diana Wawrzusiszyn, Piotr Halicki

Montaż: Sebastian Czerwiński

Skład i grafika: Michał Rogalski

Opieka redakcyjna: Daniel Olczykowski

Korekta: Katarzyna Nowak

Development: Ring Publishing

Współpraca: Muzeum Powstania Warszawskiego

Zdjęcia: Muzeum Powstania Warszawskiego

 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.

Źródło: Onet

Data utworzenia: 1 sierpnia 2024 07:30 © 2024 Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. - Powered by Ring Publishing | Developed by RAS Tech

















 


 
Przed 80 laty powstały Wojska Ochrony Pogranicza, które przez 46 lat strzegły granic Polski, aż do rozformowania 34 lata temu. Każdego roku, 10 CZERWCA obchodzimy Święto Wojsk Ochrony Pogranicza.

Zarząd Mazowieckiego Wojewódzkiego Związku Żołnierzy Wojska Polskiego składa byłym Żołnierzom WOP i Pracownikom cywilnym Wojsk Ochrony Pogranicza najlepsze życzenia wszelkiej pomyślności, osiągnięć i powodzenia w życiu osobistym.



 

 

UROCZYSTE OBCHODY NARODOWEGO DNIA ZWYCIĘSTWA

W 80 ROCZNICĘ ZAKOŃCZENIA II WOJNY ŚWIATOWEJ W EUROPIE

 

W dniu 8 maja br. obchodziliśmy Narodowy Dnia Zwycięstwa ustanowiony w 2015 roku na dzień 8 maja. Tegoroczne jubileuszowe obchody upamiętniały 80. rocznicę zakończenia działań II wojny światowej w Europie. Dla uczczenia tej ważnej rocznicy, Prezydium Zarządu Głównego ZŻWP wraz z Zarządem Głównym Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych zorganizowały uroczystość przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Ta spontaniczna, bo podjęta kilka dni wcześniej przez oba Związki decyzja była naszym patriotycznym aktem i obowiązkiem uczczenia ofiar wojny prześladowań i represji, pochylenia sztandarów i oddania hołdu wszystkim poległym, zmarłym, a także żyjącym żołnierzom walczącym na wszystkich frontach tej wojny, a także cywilnej ludności, która w mrocznych latach okupacji poniosła największą ofiarę życia
i cierpień.

Każda ze stron zaprosiła na uroczystość związki i środowiska, z którymi utrzymuje bieżące kontakty. W rezultacie obecność uczestników, pocztów sztandarowych i delegacji składających wieńce i wiązanki kwiatów przekroczyła swym rozmachem niejedną podobną uroczystość organizowaną przez władze państwowe.

W obecności asysty honorowej Pułku Reprezentacyjnego DGW (szpaler, trębacz
i werblista), stawiły się poczty sztandarowych stowarzyszeń żołnierskich, organizacji pozarządowych i szkół, którymi dowodził płk Jerzy Gąska z Koła Nr 6 ZŻWP, w tym:

 

Związek Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych w osobach: płk Czesława Lewandowskiego – prezesa Zarządu Głównego, powstańca warszawskiego, więźnia obozu Stuthoff, oficera WP, pani Elżbieta Sadzyńska – sekretarz Generalny ZG Związku oraz wiceprezesi: kpt Józef Maliński, Zbigniew Gołąbek i Krzysztof Rinas

oraz Związek Żołnierzy Wojska Polskiego – z prezesem Związku płk Markiem Bielcem
i wiceprezesami: płk Stanisławem Kalskim i Adamem Spychalskim oraz Mazowieckiego Zarządu Wojewódzkiego –z prezesem Henrykiem Odrzywołkiem, członkami Zarządu i Kół, jako gospodarze, byli zaszczyceni przybyciem gości:

 

przedstawicieli władz państwowych i samorządowych:

§  Wicemarszałka Sejmu RP – pana Włodzimierza Czarzastego

§  Katarzyny Piekarskiej z Klubu Parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej

§  pana Ministra Michała Syski – zastępcy Szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych

§  pana Zbigniewa Czaplickiego – Pełnomocnika Marszałka Województwa Mazowieckiego do Spraw Kombatantów

§  panią Katarzynę Cechowską – reprezentującą Radę i Zarząd Dzielnicy Warszawa Śródmieście

weteranów:

§  płk Józefa Koleśnickiego – Honorowego Prezesa Mazowieckiego ZW, żołnierz 1 Armii WP, uczestnika walk o Wał Pomorski, Kołobrzeg i w szturmie Berlina:

§  Feliksa Waśkiewicza – członka Szarych Szeregów i Armii Krajowej, uczestnika Powstania Warszawskiego, represjonowanego po wojnie

§  Jerzego Leśniaka – b. więźnia KL Dachau

§  Stanisława Sikorskiego – prezesa warszawskiego Związku Sybiraków

przedstawicieli stowarzyszeń żołnierskich i innych organizacji pozarządowych:

§  Związku Inwalidów Wojennych RP – z płk Janem Przeździeckim

§  Stowarzyszenia Rodzina Kościuszkowska z prezesem gen. dyw. Piotrem Czerwińskim
i wiceprezesem – gen. bryg. Zenonem Poznańskim,

§  Klubu Generałów i Admirałów RP – z gen. dyw. Januszem Lalką

§  Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę – z panem Andrzejem Mossakowskim

§  Stowarzyszenia Tradycji LWP im. gen. dyw. Zygmunta Berlinga – z prezesem
mjr Kazimierzem Rdzankiem,

§  Stowarzyszenia Rodzina Katyńska

§  Klubu Kościuszkowców – z prezesem Tomaszem Kurzydło,

§  Związku Weteranów i Rezerwistów WP – z prezesem Krzysztofem Robakiem
i Tadeuszem Otulakiem

§  Stowarzyszenia Żołnierzy 1 Armii Francuskiej Ren i Dunaj – z prezesem Tomaszem Pawelczakiem

§  Stowarzyszenia Misji Pokojowych ONZ

§  Zarządu Oddziału Wojewódzkiego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych RP Województwa Mazowieckiego – z prezesem Antonim Tarczyńskim wraz oddziałami OSP na Mazowszu

§  Związku Kadetów RP – z panem Krzysztofem Sową

§  Stowarzyszenia Proobronnego Amor Patriae – z prezesem gen. dyw. Związku
dr Piotrem Gorukiem -Górskim;

§  Stowarzyszenia Ochotnicy Wolności – z panem Łukaszem Truścińskim

§  Stowarzyszenia Pokolenia – z prezesem panem Czesławem Pilarzem

§  Stowarzyszenia Współpracy Polska – Wschód – z prezesem Józefem Bryllem

§  Stowarzyszenia Lewicy Demokratycznej – z panem Zbigniewem Żabą

Uroczystość rozpoczęła się od zapowiedzi przez organizatora, otwarcia zgromadzenia publicznego uroczystości, po czym narrator uroczystości płk Lech Pietrzak – przedstawił informację nawiązującą do jubileuszu upamiętniającego 80. rocznicę zakończenia działań wojennych II wojny światowej w Europie.

Po odśpiewaniu hymnu państwowego, w imieniu organizatorów głos zabrał prezes Związku płk Marek Bielec. Witając uczestników, podziękował za liczne stawiennictwo pocztów sztandarowych(14), kombatantów i weteranów, przedstawicieli najwyższych władz państwowych z Wicemarszałkiem Sejmu RP – panem Włodzimierzem Czarzastym, zastępcą Szefa UdsKiOR – panem Michałem Syską, przedstawicieli związków
i stowarzyszeń, Ochotniczej Straży Pożarnej, a także młodzieży warszawskich szkół. Podkreślił znaczenie zorganizowania tej uroczystości dla uszanowania historii i tradycji oręża polskiego. Wskazał na potrzebę jedności i niezłomną wolę działania wobec tworzących się różnorodnych podziałów społecznych w naszym kraju.

Przemówienie okolicznościowe wygłosił Prezes Zarządu Głównego Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych pan płk dr Czesław Lewandowski, członek Szarych Szeregów, powstaniec warszawski, więzień obozu koncentracyjnego Stuthoff, żołnierz Wojska Polskiego i nauczyciel akademicki.

W wystąpieniu podkreślił wielkie znaczenie uszanowania wysiłku orężnego polskiego żołnierza na różnych frontach drugiej wojny światowej. Podkreślił, że, cyt.: Wbrew prawdzie historycznej na przestrzeni lat umniejsza się, a nawet wymazuje z pamięci zasługi żołnierzy Wojska Polskiego na froncie wschodnim w dziele wyzwolenia kraju. Z premedytacją zniekształca się i usuwa z pamięci społecznej, podręczników szkolnych, literatury, wszelką informację o ich bohaterstwie, poświęceniu i zasługach. O tym, że to oni, zatknęli naszą biało-czerwoną flagę na zgliszczach Berlina, że ich czyny bojowe stanowiły znaczący wkład w dzieło wielkiego zwycięstwa dobra nad złem – pokonania faszystowskich Niemiec.

Zastępca Szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych pan Minister Michał Syska, w wystąpieniu stwierdził, m.in. że cyt.: W 80. Rocznicę zakończenia II wojny światowej, oddając hołd polskim żołnierzom poległym na wszystkich frontach tej wojny, należy przypomnieć, że Polska była ważną częścią koalicji. Ci żołnierze spełnili swój obowiązek, ale to na obecnym pokoleniu spoczywa zobowiązanie, by piekło II wojny światowej nigdy się nie powtórzyło, by nigdy nie odrodziły się totalitarne ideologie posługujące się językiem wykluczeń i dyskryminacji, antysemityzmu i nacjonalizmu.
Nigdy więcej wojny!

Głos zabrał gen. dyw. Piotr Czerwiński – prezes Stowarzyszenia Ogólnokrajowa Rodzina Kościuszkowców, który kierując słowa do uczestników uroczystości zwrócił uwagę, że od kilkunastu lat poczynania władz i im pokrewnych instytucji, realizując założenia tzw. nowej polityki historycznej, umniejszały ważność tego dnia, jego wagi i znaczenia dla procesu patriotycznego wychowania. Brak rzetelnej oceny historycznej wysiłku orężnego
i zasług polskiego żołnierza, na różnych frontach II wojny światowej jest wykorzystywana do gloryfikacji różnorodnych formacji zbrojnych i manipulowania nastrojami naszego społeczeństwa.

Na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza złożone zostały wieńce i wiązanki kwiatów - pośród delegacji: Marszałek Sejmu RP - pan Włodzimierz Czarzasty oraz w imieniu pani Magdaleny Biejat, delegacja ZG ZKRPiBWP wraz z kombatantami, zastępca Szefa UdsKiOR - pan Minister Michał Syska.

Ponadto, delegacje:

ú  ZG i ZW ZŻWP – płk Marek Bielec i płk Henryk Odrzywołek, płk Stanisław Kalski, płk Bogdan Bartosiński

ú  Klub Generałów i Admirałów – z gen. dyw. Januszem Lalką,

ú  ZG Związku Inwalidów Wojennych – płk Jan Przeździecki,

ú  Stowarzyszenia Ogólnokrajowa Rodzina Kościuszkowców – z gen. dyw. Piotrem Czerwińskim i gen. bryg. Zenonem Poznańskim,

ú  Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę – z panem Andrzejem Mossakowskim

ú  Stowarzyszenia Misji Pokojowych ONZ

ú  Stowarzyszenia Tradycji LWP im. gen. dyw. Zygmunta Berlinga – z prezesem
mjr Kazimierzem Rdzankiem

ú  w imieniu Rady i Zarządu Dzielnicy Śródmieście – radna pani Katarzyna Cechowska

ú  Stowarzyszenia Rodzina Katyńska

ú  Związku Weteranów i Rezerwistów WP – z prezesem Krzysztofem Robakiem
i Tadeuszem Otulakiem

ú  Stowarzyszenia Żołnierzy 1 Armii Francuskiej Ren i Dunaj – z prezesem Tomaszem Pawelczakiem

ú  Związku Kadetów RP – z panem Krzysztofem Sową

ú  Stowarzyszenia Proobronnego Amor Patriae – z prezesem gen. dyw. Związku dr Piotrem Gorukiem –Górskim

ú  Stowarzyszenia Pokolenia – z prezesem panem Czesławem Pilarzem

ú  Stowarzyszenia Współpracy Polska – Wschód – z prezesem Józefem Bryllem

  Koła Nr 49 ZŻWP – płk Janusz Kurasz – sekretarz Koła

Po ich złożeniu, przewodniczący poszczególnych delegacji wpisali się do Księgi Pamiątkowej Grobu Nieznanego Żołnierza, po czym odegrany został sygnał „Spij kolego” .

Następnie odtworzona została pieśń patriotyczna „ROTA” – która powstała w 1908 roku. Słowa utworu oparte zostały na motywach wiersza Marii Konopnickiej, zaś muzykę skomponował Feliks Nowowiejski. Prawykonanie utworu miało miejsce 15 lipca 1910 roku
w Krakowie, odśpiewane przez przedstawicieli wszystkich zaborów - kilkuset chórzystów podczas odsłonięcia Pomnika Grunwaldzkiego na Placu Matejki.

Uroczystość zakończyło odprowadzenie pocztów sztandarowych dowodzonych przez płk Jerzego Gąskę, w takt marsza „Warszawianka”.

Po zakończeniu uroczystości przed Grobem Nieznanego Żołnierza, w siedzibie Zarządu Głównego ZKRPiBWP, z okazji Narodowego Dnia Zwycięstwa zorganizowane było spotkanie żołnierskich pokoleń, w trakcie którego prezes ZG ZKRPiBWP płk dr Czesław Lewandowski uhonorował prezes Związku płk Marka Bielca - Kombatancką Gwiazdą Pamięci – Polska Niepodległa.

Wyrażamy serdeczne podziękowanie Dowódcy Garnizonu Warszawa za udział asysty honorowej, udzieloną pomoc i wsparcie, przedstawicielom parlamentu, licznie przybyłym pocztom sztandarowym, delegacjom związków i stowarzyszeń, władzom
i strażakom Ochotniczych Straży Pożarnych oraz delegacjom warszawskich szkół.

 

 Płk w st. spocz. Lech Pietrzak

 

 

 

  

 


 

 

  

 

 

 

 


II EMERYTURA







Wszystkim Członkom oraz Sympatykom ZŻWP

     życzymy zdrowych i spokojnych Świąt Wielkanocnych 







POSIEDZENIE MAZOWIECKIEGO ZARZĄDU WOJEWÓDZKIEGO ZŻWP W DNIU 26.03.2024 r. Z UDZIAŁEM PREZESÓW KÓŁ

 

1. Otwarcie posiedzenia Zarządu i przedstawienie jego planu

             - Prezes MZW;

2.Ocena sprawozdań z działalności kół,  stanu osobowego Organizacji             Mazowieckiej w 2024 roku - Prezes

3. Analiza i ocena realizacji budżetu w 2024 roku oraz analiza sprawozdań 

    finansowych złożonych przez koła,  przyjęcie projektu   uchwały MZW w

     sprawie wykonania budżetu za 2024  rok oraz  budżetu na 2025 rok.

- sprawozdanie z wykonania (realizacji)  budżetu MZW ZŻ WP  w 2024 rok - do     zatwierdzenia;

- budżet MZW ZŻ WP na 2025 rok. sprawozdanie raz  budżet zostały omówione i przyjęte przez Prezydium Zarządu   Wojewódzkiego w dniu 4.03.2025 bieżącego roku.

- Skarbnik

4. Sprawozdanie Wojewódzkiej Komisji Rewizyjnej  za 2024 rok - Przewodniczący Wojewódzkiej Komisji Rewizyjnej


w trakcie trwania posiedzeni nastąpiły podziękowania i odznaczenie aktywnych członków Zarządu Mazowieckiego



 

80. ROCZNICA ZAKOŃCZENIA WALK O WARSZAWĘ

17 stycznia 1945 r. zakończyły się walki o Warszawę. Trwały one 1958 dni. Rozpoczęły się 8 września 1939 r. nieudanym szturmem  niemieckiej 4. DPanc, która próbowała zdobyć miasto z marszu, a zakończyły w nocy 16/17 stycznia 1945 r. opanowaniem miasta przez 2. i 6. Dywizje Piechoty 1. Armii Wojska Polskiego.
    Dla uczczenia tej ważnej rocznicy Prezydium Zarządu Głównego ZŻWP wraz z Zarządem Głównym Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych zorganizowały uroczystość składania wieńców i wiązanek kwiatów na Płycie Grobu Nieznanego Żołnierza. Jak się późnej okazało był to decyzja nad wyraz trafna. Każda ze stron zaprosiła na uroczystość środowiska, z którymi utrzymuje kontakty.

    W rezultacie składanie wieńców i wiązanek kwiatów przekroczyło swym rozmachem niejedną podobną uroczystość organizowaną przez władze państwowe. Na plac przed  Grobem Nieznanego Żołnierza stawiło się 11 pocztów sztandarowych stowarzyszeń żołnierskich, organizacji pozarządowych oraz szkół. Na zaproszenie organizatorów pozytywnie odpowiedziały władze 9 dzielnic Warszawy (Śródmieścia. Mokotowa, Ochoty, Pragi Północ, Pragi Południe, Targówka, Wawra, Żoliborza, Woli) i przysłały swe delegacje.
    Obecni byli przedstawiciele: Ministerstwa Obrony Narodowej (części cywilnej), Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, Związku Inwalidów Wojennych, Klubu Parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej, stowarzyszeń żołnierskich oraz innych organizacji pozarządowych. Swój list do uczestników przesłał Minister ON Władysław Kosiniak-Kamysz, który w tym czasie spotykał się z wojskowym korpusem dyplomatycznym. W imieniu Sekretarza Stanu w MON Stanisława Wziątka (uczestniczył w spotkaniu w premierem),  wieniec złożył radca koordynator w Biurze Ministra Obrony Narodowej płk Jerzy  Porajski. Przybyli uczniowie Wojskowego Ogólnokształcącego Liceum Informatycznego im. Polskich Kryptologów (ze sztandarem), Technikum Elektrycznego nr 2 im. Synów Pułku oraz Szkoły Podstawowej nr 205 im. Powstańców Warszawy (ze sztandarem). Ocenia się, że w uroczystości wzięło udział ponad 200 osób.  
    Uroczystość rozpoczęła się od otwarcia zgromadzenia publicznego. Po odtworzeniu hymnu państwowego narrator uroczystości, a zarazem jej prowadzący, płk Henryk Budzyński w swym wystąpieniu podkreślił znaczenie Grobu Nieznanego Żołnierza w polskiej tradycji narodowej. Krótko przypomniał historię walk o Warszawę. Wezwał do oddania hołdu żołnierzom armii przedwrześniowej i 1. Armii Wojska Polskiego, żołnierzom Państwa Podziemnego i innych formacji ruchu oporu. Oddał hołd ludności cywilnej, która w mrocznych latach okupacji poniosła ogromną ofiarę życia i cierpień. Przypomniał, że według najnowszych badań w latach wojny, w Warszawie straciło życie około 850 tys. osób. Nie zapomniał o ofierze żołnierzy państwa alianckich niosących pomoc walczącej Warszawie.
    Prezes Związku płk Marek Bielec powitał  wszystkich przybyłych. Podkreślił znaczenie uroczystości dla historii i dnia dzisiejszego.
   Przemówienie okolicznościowe wygłosił Przewodniczący Zarządu Głównego Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych płk dr Czesław Lewandowski, członek Szarych Szeregów, powstaniec warszawski, więzień obozu koncentracyjnego Stutthof, żołnierz Wojska Polskiego i nauczyciel akademicki.
    W swym  wystąpieniu podzielił się swymi doświadczeniami z okresu działalności konspiracyjnej oraz przypomniał  ofiary i straty, których doznała Warszawa w latach wojny. Sprzeciwił się próbom zamazywania i przekręcania historii.
   Na płycie grobu złożono ponad 40 wieńców i wiązanek kwiatów. Po ich złożeniu przewodniczący poszczególnych delegacji wpisali się do Księgi Pamiątkowej Grobu Nieznanego Żołnierza. Odegrana została melodia „ŚPIJ KOLEGO” oraz odtworzona prawie zapomniana przez wielu OKA.

 







 

 



 
   
 
Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę internetową?
Darmowa rejestracja