Mazowiecki Zarząd Wojewódzki Związku Żołnierzy Wojska Polskiego
  NNewsy_4
 

POLITYCZNA PANIKA OPOZYCJI

art. Jolanty Kamińskiej  (przedruk)

Przed głosowaniem nad projektem komitetu "Ratujmy kobiety 2017" zarówno Nowoczesna, jak i PO popełniły błędy, ale to, co stało się już po nim, jest przykładem totalnej politycznej paniki - komentuje w rozmowie z Interią dr Olgierd Annusewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

W środę w Sejmie odbyło się pierwsze czytanie dwóch obywatelskich projektów dotyczących aborcji. Pierwszy, przygotowany przez komitet "Ratujmy Kobiety 2017", zakładał liberalizację obowiązujących przepisów, m.in. prawo do przerywania ciąży na żądanie kobiety do końca 12. tygodnia, przywrócenie tzw. antykoncepcji awaryjnej bez recepty i - co wzbudziło najwięcej kontrowersji - możliwość podjęcia samodzielnej decyzji o przerwaniu ciąży przez 15-latkę.

W drugim projekcie, złożonym przez komitet obywatelski #Zatrzymaj Aborcję, zaproponowano wykreślenie z obowiązującej ustawy przesłanki zezwalającej na legalne przerwanie ciąży ze względu na ciężkie wady płodu.
To właśnie on trafił do dalszych prac sejmowych.

Pierwszy przepadł, co rozpętało polityczno-medialną burzę.

Za odrzuceniem projektu prezentowanego przez Barbarę Nowacką głosowało 202 posłów, przeciw było 194, siedmiu wstrzymało się od głosu. Kością niezgody stali się nie tylko ci posłowie, którzy opowiedzieli się przeciw temu projektowi, ale i ci którzy podczas głosowania byli nieobecni w Sejmie lub wyciągnęli karty - co oznacza, że poseł nie bierze udziału w głosowaniu.

Barbara Nowacka przekonywała, że przed głosowaniem liderzy Nowoczesnej i PO Katarzyna Lubanuer i Grzegorz Schetyna zdeklarowali poparcie dla jej projektu. W PO wprowadzono w tej sprawie dyscyplinę, a w Nowoczesnej rekomendowano posłom jak mają głosować.

"W 2015 zabrakło kilku głosów by Ziobro stanął przed Trybunałem Stanu. Byłoby inaczej! Dziś 9 głosów by   Ratujmy Kobiety  do komisji. Opozycjo, gdzie byliście dziś! 39 nieobecnych!" - napisała Barbara Nowacka na Twitterze tuż po głosowaniu.

39 - tyle posłów PO i Nowoczesnej nie głosowało nad tym projektem. Ponadto Paweł Pudłowski (Nowoczesna) wstrzymał się od głosu, a posłowie PO Joanna Fabisiak, Marek Biernacki i Jacek Tomczak opowiedzieli się za jego odrzuceniem.

Oliwy do ognia dolał fakt, że za skierowaniem projektu środowisk lewicowych do dalszych prac w komisji głosowało aż 58 posłów PiS, w tym lider partii Jarosław Kaczyński, szef klubu Ryszard Terlecki, Mariusz Błaszczak, Jarosław Gowin, Antoni Macierewicz, a nawet zaciekle atakująca "lewactwo" Krystyna Pawłowicz. 
Afera wybuchła na Twitterze. Zaczęto udostępniać "listy hańby" piętnując posłów, którzy wyłamali się z partyjnego szeregu i postąpili - jak potem tłumaczyło wielu z nich - zgodnie z własnymi przekonaniami.

"Sprytne posunięcie PiS"

- To głosowanie miało wyłącznie charakter symboliczny. Nie miałoby najmniejszego wpływu na kształt systemu prawnego w Polsce. Nawet gdyby ten projekt przeszedł dalej, to w obecnym parlamencie nie miałby szans na wejście w życie - mówi dr Olgierd Annusewicz.

Prawo i Sprawiedliwość ma większość w Sejmie, a co za tym idzie również w komisjach, dlatego prędzej czy później odrzuciłoby ten projekt, a cała złość komitetu "Ratujmy Kobiety 2017" skupiłaby się właśnie na partii władzy. 

- Posłowie PiS zagłosowali za wysłaniem ustawy do komisji, bo wiedzieli, że nie oznacza to jej poparcia. To bardzo sprytne posunięcie. Teraz nie sposób na poważnie zarzucić Kaczyńskiemu, że chce powrotu do "średniowiecza", bo wina leży po stronie opozycji - stwierdza politolog.

Z sytuacji, która dla PiS miała być sporym kłopotem, partia wychodzi - przynajmniej na razie - obronną ręką, za to opozycja wpadła w tarapaty.

 - Obie partie PO i Nowoczesna, a właściwie ich kierownictwo, kompletnie nie poradziło sobie ze zrozumieniem znaczenia symboliki tego głosowania. Jeśli mamy do czynienia z ważną ustawą to szef klubu parlamentarnego stara się doprowadzić do sytuacji, w której wynik glosowania jest zgodny z politycznym interesem - mówi Annusewicz.

- W momencie, kiedy władze klubów wiedziały, że uzyskanie jednomyślności będzie praktycznie niemożliwe, powinny zmienić przekaz i przygotować opinię publiczną na to, że pewna grupa posłów nie poprze projektu komitetu "Ratujmy kobiety 2017" - kontynuuje.

Błędy Platformy

W opinii politologa, liderzy PO powinni przygotować się na to, że posłanka Fabisiak, czy poseł Biernacki, albo nie wezmą udziału w takim głosowaniu, albo zagłosują przeciw.

W poprzednich głosowaniach, kiedy w grę wchodziły podobne projekty, posłowie ci byli przeciw. Co więcej, kiedy półtora roku temu w Sejmie głosowano po raz pierwszy nad skierowaniem do komisji projektu zakładającego liberalizację aborcji, firmowanego przez Barbarę Nowacką, aż 13 posłów PO opowiedziało się za jego odrzuceniem.

Jeśli szefostwu PO nie udało się przekonać posłów, że to głosowanie ma jedynie wymiar symboliczny, bo de facto nie poparliby wprowadzenia przepisów liberalizujących prawo aborcyjne, to zdaniem eksperta, powinni byli zmienić przekaz.

- Jeszcze przed głosowaniem mogli powiedzieć, że jest to sprawa związana z sumieniem, a PO nigdy nie stosowała przemocy wobec sumień swoich posłów - stwierdza dr Annusewicz.

- Narzucenie dyscypliny w tym głosowaniu było błędem, także dlatego, że było to sprzeczne z wartościami PO, by nie narzucać dyscypliny partyjnej w sprawach o charakterze światopoglądowym - dodaje.

W rezultacie trzech posłów zostało wyrzuconych z PO, a w przypadku pozostałych 29, którzy nie głosowali, partia zapowiedziała, że zostaną ukarani.

Opinia publiczna zapamięta zaś Marka Biernackiego, który o wyrzuceniu z klubu dowiedział się od dziennikarki.

- Jestem zszokowany, że dowiaduję się od państwa, a nie od zarządu partii - powiedział w rozmowie z Justyną Dobrosz-Oracz. - Zawsze głosowałem według własnego sumienia, nie można łamać kręgosłupa ludziom - dodał.

- Na pewno nie jest łatwo partii opozycyjnej pozbyć się trzech posłów, zwłaszcza w aktualnej sytuacji sondażowej. Wyrzucenie ich jest po prostu pochodną błędów, które zostały popełnione przed głosowaniem  - ocenia dr Olgierd Annusewicz.

Jak zauważa, siłą PO były tzw. szerokie skrzydła. I nadal mogło tak być. Konserwatywni wyborcy mogli widzieć dla siebie zatokę w PO, którą tworzyli tacy ludzie jak Joanna Fabisiak, czy Marek Biernacki.

Teraz są oni łakomym kąskiem dla obozu Zjednoczonej Prawicy. - Gdybym był Jarosławem Gowinem, to już dawno byłbym po rozmowie z Markiem Biernackim - stwierdza Annusewicz i przypomina, że wyrzucony z PO Biernacki jest politykiem cieszącym się dużym poparciem, o czym świadczą jego wysokie wyborcze wyniki.

Rozgoryczenie w Nowoczesnej

Słów krytyki nie brakuje też pod adresem Nowoczesnej. Z doniesień medialnych wynika, że szefowa partii Katarzyna Lubnauer i szefowa klubu Kamila Gasiuk-Pihowicz wiedziały, że co najmniej trzech posłów nie poprze projektu Nowackiej. Same miały im zasugerować, by po prostu nie głosowali. Nie zorientowały się jednak, że taką decyzję podejmie aż 10 osób.

Po głosowaniu trójka posłów - Joanna Scheuring-Wielgus, Joanna Schmidt i Krzysztof Mieszkowski - zdecydowali o zawieszeniu na miesiąc swojego członkostwa w partii w ramach protestu wobec postawy ich kolegów z ugrupowania.

- Jestem rozgoryczona. Chcę, żeby to był zimny prysznic, żeby w trakcie wewnętrznych rozmów zastanowić się nad tożsamością Nowoczesnej - mówi mi Joanna Scheuring-Wielgus.

Czy po miesiącu odwiesi swoje członkostwo? Na razie tego nie wie. Na jej decyzję wpłyną wewnątrzpartyjne rozmowy.

- Najważniejsze jest to, że daliśmy sygnał naszym kolegom, że naprawdę stoimy nad przepaścią, i trzeba podjąć konstruktywne decyzje i wrócić do korzeni - przekonuje posłanka.

Kto jest winny wizerunkowego blamażu związanego z niefortunnym głosowaniem?

- Zawsze odpowiedzialni są ci, którzy zarządzają, i powinni wziąć tą odpowiedzialność na swoje barki - stwierdza i dodaje, że zabrakło rozmowy.

Partia ukarała niegłosujących posłów naganami i karami finansowymi w wysokości tysiąca złotych. Koniec także z głosowaniem zgodnie z własnymi przekonaniami, Nowoczesna zapowiedziała, że powoła rzecznika dyscypliny.

Zarządzanie ryzkiem politycznym

- Ta sytuacja pokazała, że opozycja ma problem z zarządzaniem ryzykiem politycznym wynikającym z ich własnej działalności. Nie przewidziano, co się może wydarzyć, politycy nie byli przygotowani na ten "czarny scenariusz", a przecież można było przewidzieć, że wydarzenia przybiorą podobny obrót - przekonuje dr Olgierd Annusewicz.

Władze obu partii pogubiły się, posłowie podzielili, a przedstawicielki komitetu "Ratujmy Kobiety 2017" nie zostawiały na obu partiach suchej nitki. PiS mógł tylko zacierać ręce.

Źródło: fakty interia

 
   
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=